W tym roku zdążyłam kupic obwarzanki. Pięć sznurków. Na razie zjadłam jeden.
Wytrąbiłysmy wczoraj z Zebrą butelke litewskiej nalewki na porzeczce czarnej, celem utrzymania się przy zyciu, bo tradycyjnie bardzo zmarzłam. Żebym NIE WIEM CO na siebie założyła – zawsze zmarznę na cmentarzu. Trochę mnie dziś łupie głowa, ale najgorsze było to, że nie mogłyśmy zatańczyc na stole, choć już nam lekko w piersiach grało.
Spoko.
Do nowego domu mamy zamówiony BARDZO solidny, debowy stół, trzymetrowy, i nikt, NIKT mnie nie powtrzyma przed zatańczeniem na nim z moja siostrą, jeśli akurat będziemy miały taka fantazję.
A będziemy miały. O to jestem spokojna.
Natomiast zupełnie nie rozumiem, dlaczego moja rodzina pokładała się ze śmiechu, jak im oznajmiłam, że mam zamiar pobierać lekcje jazdy konnej. Niech się smieją, ciekawe, czy będą się smiac, jak ich minę kłusem na klaczy wierzchowej. Ha.
Rozważam jeszcze lekcje ikebany oraz kurs na sommeliera.
Z tym, że – jak powiedziała Zebra i trudno mi się z nia nie zgodzić – „od ikebany dupa ci nie schudnie”.
Podobno na południu Polski pada śnieg.
ŚNIEG, TAK?????????
AAAAAAAAAAAAAAAAA.