POMYSŁ NA DZIŚ


Chciałabym kupić sobie dwie suczki, albo dwie owieczki i dać im na imię Deuter i Tryt. No taki mam pomysł na moje życie w dniu dzisiejszym. Tylko musiałyby umieć gotować albo przynajmniej wziąć sobie jedzenie z lodówki. Bo kto się nimi zajmie, jak my wyjedziemy? Na przykład, dziś na kolację musimy zjeść rzeżuchę, bo jutro do Madrytu, więc nie będzie jej miał kto podlać. I co, i załóżmy, że mamy te psy (suki), albo owce, i musimy je zjadać przed każdym wyjazdem?… Bez sensu.

 

KRAJ SKROMNYCH MILIONERÓW, KRÓW I ZEGARKÓW


Bardzo wiało. Az wyłączyli fontannę w Genewie, więc jej nie widziałam. Za to widziałam cztery miliony sklepów z zegarkami. Ja nie rozumiem zegarków (ani biżuterii) – odbijają się ode mnie, ale mój mąż był w siódmym niebie. I kilku kolejnych chyba też. Najdłuższa i najszersza na świecie ulica ze sklepami, a w nich – zegarki. Na lotnisku – to samo, tylko w wersji mini.

Podoba mi się natomiast, że można do tych sklepów wchodzić z psami (na pewno do Patek Philippe i Hublot – wiem z pierwszej ręki). I do restauracji też (co stwierdziłam na własne oczy).

Jezioro Genewskie z górami naprzeciwko – bardzo malownicze. Domki – cukiereczki, krowy czyściutkie, uczesane (tylko rezydencja UEFA mało skromna). W ogóle wszystko tam jest zadbane i nienadęte. No owszem – przy krawężniku w Genewie zaparkowane Ferrari, ale jakoś tak nienachalnie. W okolicznych wioskach – to samo; Phil Collins na przykład ma piękny, zadbany żywopłot (chyba z oleandru).

Jadłam przepysznego tatara (dietetycznego, ostrego, z chrupiącymi dodatkami) i rosti. Aaaaaa!… Kocham rosti. Rozmiar mojego tyłka chyba nieco mniej kocha rosti, ale to już trudno. W ogóle, żeby nie to rosti, to by było bardzo mięsnie, a tak, to była równowaga piramidy żywieniowej. Uwielbiam ziemniaki, niestety, a jeszcze takie chrupiące z wierzchu to już całkowicie są w stanie przeciągnąć mnie na ciemną stronę mocy.

Bon Genie zwiedziłam w Lozannie. Załapałam się na koszulę (męską, ale haftowaną na przodku, no ja nie wiem, co bym sobie pomyślała, gdybym zobaczyła MĘŻCZYZNĘ w takiej koszuli! Ale jako adaptowana na damską – bardzo ładna).

Tak w ogóle to jestem lekko wściekła i niewyspana, bo najpierw przez ten wiatr tłukła się okiennica (okiennice jako element estetyczny – bdb; spanie w domu z okiennicami podczas szwajcarskiego halnego – NIE bdb.), a wczoraj LOT oczywiście miał opóźnienie (i niedobre kanapki). I nie było sklepu wolnocłowego na pokładzie, a w katalogu podobała mi się jedna apaszka. Naprawdę, skandal goni skandal!!!!111

FIGUR NA FIGUR, JAK MAWIAŁ ŚWIĘTY IGÓR


Uff. Popołudnie miałam zupełnie jak u Moniuszki: "U prząsniczki siedzą jak anioł dzieweczki, odpruwają sobie od gaci meteczki". Tak własnie było, jak również – miałam kilkanaście zawałów w drodze do Łodzi i tyleż samo z powrotem (N. wyprzedzał OSŁÓW! OSŁOW! KOCHANIE TO SĄ OSŁY, BARANY, A NIE KIEROWCY – i zzzzzziu!… na gazetę z tym z naprzeciwka… o losie mój losie!!!!), a jutro wypada nam Genewa. No raz człowiekowi wypadnie plomba, raz fleczek, a raz Genewa.

W dodatku przez Zurich, więc może spotkam Kwinto.

Przyszedł "Tasiemiec księżnej pani" oraz "Rozważania psa Mafa i jego przyjaciółki Marylin Monroe". Kończę "Co widział pies i inne przygody" Gladwella (o Gladwellu innym razem) – coś mi literatura na psy zeszła.

JESTEM GRUBA DROGI PAMIĘTNIKU.
(Ale za to posmarowałam nogi samoopalaczem, w tym roku nie dam się zaskoczyć! Ha! HAHAHAHAHAH!…)

O ZARAZKACH, TORBIE I PINGWINACH


Cudownie jest ostatnio. Ja nie umiem żyć bez grafiku, a od kilku tygodni nie mogę sobie nawet POMYSLEĆ o planach na weekend, ba – na jutro! A już Boże bron – POWIEDZIEĆ na głos – bo normalnie słyszę w tle taki złośliwy chichot „A założymy się, że nie?…” – i się denerwuję, i układam wszystko od nowa i niedługo nie starczy mi walizek do przepakowywania.

Wczoraj wracałam komunikacją publiczną, co zawsze jest przygodą. Najpierw w autobusie jakaś pobudzona nastolatka (lub nastolatek – trudno to stwierdzić w dzisiejszych czasach na sto procent, co w sumie jest dość smutne) prowadził(a) rozmowę sama ze sobą, za to na cały autobus. Następnie w kolejce podmiejskiej pani obok mnie zaczęła kaszleć, na co pan siedzący naprzeciwko odpowiedział jej kichaniem. I tak sobie konwersowali przez pół drogi. Wysiadłam ze spuchnięta głową i prawie widziałam te zarazki, które po mnie spacerowały.

(Żeby nie torba z Zary, to normalnie nie wiem. Weszłam do Zary po szalik, ale nie było, za to zamszowa torba, kiedy ją mijałam, zaczęła przemawiać do mnie wierszem i obiecywać, że spełni wszystkie moje życzenia. No to ją adoptowałam).

Ptaszki zżarły już wszystko, co dla nich przewidzieliśmy; wyskrobałam jakieś resztki kaszy kukurydzianej, ale nie chcą kaszy. Rozwydrzyły się!… Kuna jakoś przycichła – albo się przeniosła, albo chodzi w kapciach. Albo przyłazi wtedy, kiedy nas nie ma.

W celu rehabilitacji za pół kota, dziś opowiem dowcip o pingwinach. Dwóch. Całych.

Idą dwa pingwiny i jeden mówi do drugiego:
-Stary, wyglądasz, jakbyś miał na sobie frak!…
Na co drugi pingwin:
– A może mam?…

Wnioski są takie, że jak rozwiążemy kwestię melioracji, to będzie już tylko z górki.

O TYM, ZE ZIMNO


Na fejsbuku atakuje mnie aplikacja „Postarzanie twarzy”. Czy oni OSZALELI?… Jaja sobie robią?… Chyba ktoś chce w ryj, naprawdę.

(Lub Basia. „Cześć, jestem Basia, schudłam 10 kilo i PONOWNIE stałam się atrakcyjna dla siebie i męża! Opowiem ci, jak to osiągnąć!” – Basiu, zaprawdę, spierdalaj).

Ale już pachnie, naprawdę. Np. u nas w domu rzeżuchą. Falujące łany rzeżuchy zostaną jutro zjedzone (czy ja nie jestem wobec nich lekko podła?… Jak Baba Jaga, co tuczyła Jasia i Małgosię?…).

Trochę za zimno jeszcze, żeby mi się cokolwiek chciało.

PS. Świetny dowcip dziś od rana znalazłam:
– Co to jest: ma dwie nogi i krwawi?
– Pół kota.

(Hanka się do mnie przestała odzywać, jak jej to wysłałam).

 

A TYMCZASEM…


Oglądam fontanny i marzę o wiośnie (a garb mi sam wyrośnie!).

Oraz ekranizacje Jane Austen – kupiłam cały pakiet, cudna rzecz i niedrogo, a „Duma i uprzedzenie” z Colinem Firthem!…

No, Mark Darcy – to oczywiste, ale wiadomo, dlaczego Imperium Brytyjskie musiało upaść. Nie miało innego wyjścia.

Z powodu zidiocenia arystokracji.

Jak miało nie upaść, skoro stery przejęły rozhisteryzowane, rozplotkowane babsztyle, za jedyne zajęcie mające bale, spacery i obrabianie tyłków bliźnim. Duchowni miewali zazwyczaj żony o dobrych kilkanaście lat od siebie młodsze – stare lubieżne capy! – a mimo pruderyjności i surowego wychowania, prawie nie było rodziny, w której bogobojna córeczka nie uciekłaby z przystojnym kolonelem, albo znudzona mężatka – z rozpustnym lowelasem. Najgorsze ze wszystkiego były oczywiście ubogie kuzynki – niby ciche, skromne, ale jak już się uwzięły na najbogatszą partię w okolicy, to nie było przebacz. Śluby ciotecznego rodzeństwa też raczej nie poprawiały sytuacji.

Ale ekranizacje cudowne, zwłaszcza koguty na głowach sióstr Bingleya (słowo daję, one miały na kapeluszach całe bażanty! Ciekawe, czy chociaż wypatroszone, czy takie przyniesione prosto z pola, wyrwane psu z pyska, jeszcze dymiące).

Kuna nadal u nas bywa, najchętniej w okolicach trzeciej w nocy. Zważywszy powyższe, nie bardzo się wysypiam. Żebym chociaż od tego chudła!…

 

O KOZIE

 

Podobno pierwsze, staropolskie pączki były z nadzieniem z boczku albo ze skwarkami. Takie to bym jadła do rozpęknięcia.

 

Natomiast chwilowo mamy Bal Napoleoński – mam taką propozycję, że się przebiorę za kozę. W końcu – były kozy w epoce napoleońskiej, tak czy nie?…

 

Masakra.

MA SA KRA.

 

O ROSLINKACH!!!!


Porady z tygrysem – bezcenne. Acz, jak mówi staroperskie przysłowie – „Można zaprowadzić tygrysa na dach, ale nie można go zmusić do sikania”.

Wiem natomiast, że moje wycieczki do marketów budowlano – ogrodniczych niczemu dobremu nie służą. Kilka dni temu zawiesiłam się przy stojaku z bulwami i wyszłam targając pełny koszyk lilii, dalii i innych fintifluszków – wszystko, co było w kolorze brązowym. Teraz mam taki niecny plan, żeby zrobić z tego klomb (tak, klomb – to już TEN WIEK, kiedy się trzaska klomby!…).

Tak, zdaję sobie sprawę z moich talentów ogrodniczych. Że jedyne co mi wychodzi, to obcięcie malin przy samej ziemi. Że potrafię doprowadzić każdą roślinę na skraj załamania nerwowego. Że szybko mi się nudzi, a później leżą po kątach takie botaniczne niedobitki, konają i jęczą „Kill me!… Kiiiilll meeeeeeee!…”. Że – jak powiedział ten facet w tej książce – „Niektóre ludzie powinny sobie znaleźć inne rozrywkie!”.

Ale teraz przepadło, już mam te bulwy, wypasione na holenderskiej hydroponice, ogary poszły w las! Znaczy, pójdą, jak śnieg jednak stopnieje, aż taką suką nie jestem, żeby (mimo opisu na kartonikach, żeby sadzić II – V) je teraz wetknąć w grunt. Zresztą, chyba bym musiała pożyczyć palownicę od chłopaków z Pikutkowa, bo dość sobie twardawy jest.

Więc realizuję się chwilowo przy pomocy rzeżuchy (wyjmujemy zeszyty i piszemy 100 razy „rzeżucha” i „gżegżółka”). Jest to znakomicie do mnie dopasowana roślina. Rośnie szybko i cały proces widać gołym okiem. O proszę  – dziś drugi dzień – a ona już szczerzy kły! Zasłużyła na łyczek mineralnej (bo jest na butli, wiecie).

Ale i tak najgorsze było wczoraj – kiedy to zachciało mi się ananasa, a w CAŁYM DOMU NIE BYŁO OTWIERACZA DO PUSZEK!!!!!!!!!!!111

DZIS W PUNKTACH


1. Po dachu nocami lata nam kuna (niestety, nie Iza Kuna, tylko taka z ogonem). Więc już całkiem nie mogę spać, bo dość głośno tupie. I jak ja mam nie mieć nerwicy (pytanie retoryczne)?

2. Maria Callas miała tasiemca na schudnięcie. W Genewie (a gdzieżby indziej!…) podali jej jajeczka, które popiła szampanem. Następnie mówiła do niego (niej?…) per Coco. Schudła, ale nogi w kostkach nadal miała grube.

3. W pewnych okolicznościach, schabowy jest jak powiew wiosennego wiatru.

4. Jak kupię jeszcze jedne buty, to mąż mnie zabije.

5. Jak mój mąż kupi sobie jeszcze jedną mapę, to ja go zabiję. I będziemy kwita.

6. Na Allegro nie ma kapsułek z tasiemcem, wbrew pogłoskom; za to jest ksiązka Haska „Tasiemiec księżnej pani” – dlaczego ja tego nie czytałam???????

7. Zimo, wypierdalaj!