EUSKADI ESSENCIAL

Przeprszm że ja tak milczę jak jakiś polityk przyłapany na seksie z chłopcem, ale tu, w Kraju Basków, człowiek ma cały czas rece zajete pintxos i kieliszkiem. A w ogole to wcale nie Pais Vasco, tylko Euskadi. I wszystkie napisy są w Euskera, wspanialym języku totalnie nie do zrozumienia, chyba jeszcze bardziej pokreconym, niz węgierski. Proszę, oto przykład: "JAJETXEA" to jest ni mniej, ni więcej, a restauracja. No widzieli państwo!

To lecim na kanapki. Agur!

O WIOŚNIE (CHYBA)


N. się zaraził serduszkiem i słoniem w Trójce („Serduszko kocha słonia? Słoń kocha serduszko bardziej, niż serduszko kocha słonia”) i tak jakoś weszliśmy w konwenans od wczoraj (po wstępnej naradzie roboczej, who is w naszym związku słoniem, a kto serduszkiem).

Rano serduszko chciało udusić słonia, bo znalazło pod słonia biurkiem paczkę z lornetką. KOLEJNĄ paczkę z kolejną lornetką. Ale najśmieszniejsze jest to, że słoń CAŁY CZAS ma nadzieję, że uda mu się coś schować przed serduszkiem! I że serduszko się nie domyśli i nie znajdzie paczki. Jakie te słonie są naiwne…

Następnie słoń kupił serduszku nakolanniki do prac w ogrodzie. Serduszko popłakało się ze śmiechu.

Później słoń strzelał z łuku, a serduszko oglądało piąty sezon „Criminal Minds” i z podziwu nie mogło wyjść, jacy ci mordercy kreatywni. Serduszku by się nie chciało, ot, wzięłoby młotek i rozwaliło łeb palantowi, co wyrzuca pety przez okno samochodu na światłach. Ale żeby na przykład oczy wyjmować specjalną łyżeczką?… Małych chłopców w klatce trzymać?… Fenk ju, już kiedyś jeża trzymałam na werandzie, a po małych chłopcach na bank jest więcej sprzątania, niż po jeżu. Widoki na kolejną karierę legły serduszku w gruzach.

W dodatku ajfon serduszku dziczeje coraz bardziej – ja mu wiele wybaczam, ale naprawdę zbliża się ta wiekopomna chwila, kiedy wyląduje on w sedesie bez możliwości apelacji.

Jaka piękna pogoda! Uchyliłam okno i muska mnie świeża wiosenna bryza i bieżący przegląd słownictwa branżowego („Gdzieżeś ty ch… podział tom je… łatę?…”) – sąsiedzi elewację odnawiają.

O CHRZANIE I PŁCIOWYCH PERYPETIACH


Najbardziej się udał chrzan, powiem szczerze. Nałożyłam sobie na szyneczkę i… jakbym dostała pięścią między oczy!… Łzy mi ciekły do wieczora. Znaczy, dobry chrzan. Prawdziwy staropolski, nie rozcieńczany. Uh.

Jeszcze tylko jedne imieniny i jedna komunia dzielą nas od…

Z komunią jest lekka draka, bo trochę się zamotaliśmy i nie możemy sobie za bardzo przypomnieć, jakiej płci jest komunista(tka). Bo N. ma dwóch kuzynów, bardzo do siebie podobnych, ja ich rozpoznaję wyłącznie po żonach. W dodatku dzieci na tych rodzinnych imprezach zazwyczaj biegają cała grupą i nie są podpisane, które czyje. OJEJKU, NO. Obiecuję, że po majowym weekendzie wkuje na pamięć całe – jak się uroczo wyraziła czyjaś babcia – drzewo ginekologiczne rodziny N., ale chwilowo mamy lekki zgryz.

Imieniny na szczęście wiemy, czyje są.

A później wyjeżdżamy nieprzytomnie się obżerać – śladami Antony’ego Bourdain.
Więc to chyb oczywiste, że zapowiadają deszcze w San Sebastian od przyszłej soboty.

 

SZYCZENIA


Jakbym się nie odzywała przez dłuższy czas, to znaczy że mrówki mnie zżarły, jak ostatniego z rodu Buendia, i została tylko pusta wydmuszka. Już raz tak mi zjadły baranka z cukru – w nienaruszonym foliowym opakowaniu została tylko obróżka… Chwilowo zaprowadzają ład i porządek na blacie w kuchni oraz spora grupa siedzi w zlewie. Czajnik jakoś (tfu, tfu!) odpuściły.

Wesołych Świąt wszystkim!

A dla mnie – chociaż spokojnych.


 

SNY I MIESZKANCY DACHU


Nie dość, że mam tego doła, to jeszcze śniło mi się dziś w nocy, że kąpałam się z Waldemarem Pawlakiem. W wannie. Naprawdę wyląduję w domu wariatów, teraz już nie mam co do tego wątpliwości. Czuję się jak Wołmontowicze po wieczorku kawalerskim bandy Kmicica.

Przyleciał szpak, zainstalował się nad nasza sypialnią, uwił gniazdko i dwa dni wył jak potępieniec, od świtu do czarnej nocy. Na szczęście przyleciała jakaś baba, wprowadziła do niego i się uspokoił, bo przecież naprawdę, można było oszaleć.

Nic nie mam zabawnego do powiedzenia, a ten kryminał Marie Jungsted tak mi się jakoś topornie czytał chyba dlatego, że główny bohater ma na imię Knutas. Kurę z rzędem temu, komu się to NIE RYMUJE w głowie. Mi się rymuje, niestety.

Ponadto kupiłam sobie „Cieplarnię” Aldissa, bo jakoś mnie ominęła w latach szkolnych, kiedy to zaliczałam większość tego typu klasyki SF, no i niestety. Taką fantastykę, jak również ospę i świnkę, trzeba przechodzić w odpowiednim wieku, bo później to kiszka. Pomysł niezły, ale język mnie masakruje i pozostawia wybroczyny.

No i tak to. N. szaleje biznesowo jak tygrys. Ja leżę obolała jak smutny smok. Ale sny kąpielowe z byłymi premierami sobie wypraszam (no chyba, że z obecnym).

 

O SYFILISIE


Jest chujowo – nie bądźmy pruderyjni, w końcu jesteśmy wszyscy dorośli. Nie ma co owijać w bawełnę (co najwyżej opierdolić dechami). Poza tym, w końcu po cos robie w budowlance, nie? Nie po to, żeby sobie nie powiedzieć „chujowo” od czasu do czasu.

Co do lektur, to nic nie czytam przez ostatnie 2 tygodnie, bo nie mogę się skupić. To jest, pół kryminału Marie Jungsted. Znaleźli konia bez łba, znaleźli studentkę archeologii – dla odmiany z łbem, ale dość sponiewieraną, ale nie wiem, co dalej. Oglądam za to „Mentalistę”. Jakoś mnie uspokaja. Ten blondyn ma bardzo miły uśmiech i podoba mi się ta duża ruda. Ta mała brunetka tez może być. Wyjątkowo nikt mnie nie wkurwia z obsady, to aż niebywałe.

W ramach przywracania równowagi zamówiłam sobie „Sagę rodu Forsyte’ów”.

Poza tym co. Lady Gaga spadła z fortepianu. Jedna pani Amerykanka zjadła siedem sof w ciągu roku kalendarzowego. We wszystkich sklepach są wyjątkowo ohydne buty.

Ale za to widziałam mrówki w okolicach czajnika (znowu zaczynają!…). Czas najwyższy. Naprawdę, jeszcze tydzień takiego syfilisu i oszaleję. 

 

NIEMOC TRWA


Pomału sobie żyję. Jakoś nie mogę się wygrzebać z tego marazmu. Pogoda nie pomaga. Jem sucharki, mam doła, wiatr wyje, nie za dobrze mi ze sobą ostatnimi dniami. Tyle, że chudnę.

N. mnie zaciągnął do marketu budowlanego. Wlokłam się za nim jak upiór, właściwie marzyłam tylko o tym, żeby się położyć pod kocem, niewiele do mnie docierało. Nagle patrzę, a on ładuje do koszyka butelkę środka do czyszczenia granitów.

– Po co ci ten środek do czyszczenia granitów?… – pytam.

Nic. Idzie dalej, ogląda wszystkie śrubki, deski, narzędzia, przekładki. Ja za nim, rozczochrana, obolała, nieszczęśliwa, a w kwestii granitu nadal nie znam stanowiska. Cos mi się w łeb stało i zawiesiłam się z tym granitem – idę i jęczę:

– Po co ci ten środek do czyszczenia granitów… Po co ci ten środek do czyszczenia granitów… Po co ci ten…

Strasznie to musiało być upierdliwe, bo w pewnym momencie N. nie wytrzymał i ryknąl na pół marketu:

– BO KOT SIĘ ZESRAŁ!…

I pomaszerował dalej.
Ja za nim, ale nic już nie jęczałam, bo 1) nie miałam siły, 2) i tak już wszyscy się na nas gapili.

I tak to. Co się polepszy, to się popieprzy, że tak pozwolę sobie zacytować. Chciałabym usnąć i obudzić się dopiero latem, i to na Kanarach.

O NIEMANIU SIŁY


Może faktycznie ta kuracja odchudzająca tasiemcem to nie jest takie znowu hop siup. Właśnie przeszłam kuracje odchudzającą znacznie mniejszym (acz, podejrzewam, bardziej licznym) stworzonkiem i ledwo stoję na nogach. Ledwo. W dodatku mogę jeść tylko suchy chleb i pić colę zero, nic innego nie wchodzi w grę (jak koń! N. powiedział dziś rano, że nasz – potencjalny – koń miałby na imię Klemens, bo to piękne staropolskie imię dla konia; Klemens??? Tak miał na imię mój promotor!).


Nie, nie mam gorączki. Miałam, ale Zebra mnie wyleczyła (z gorączki i wszystkich innych przypadłości). Wisiała nade mną z elektrolitami i szczegółowym, naukowym opisem zastrzyków z witaminy B12, którego miałam zostać beneficjentem, jak mi objawy nie miną w określonym czasie. Podobno mało co jest w stanie przebić zastrzyk z B12, może amputacja kończyny bez znieczulenia.

Straszne mam zaległości, tymczasem na Long Island podobno grasuje seryjny morderca!… Zupełnie nie mam jeszcze na to siły.


O SUCHEJ KARMIE


Znacie jakiś słaby film z Colinem Firthem? Ja już znam. „Ostatni legion” się nazywa. Jest to poruszająca opowieść o tym, jak Rzymian wygryźli Goci, a zupełnie przy okazji – skąd się wziął Escallibur. I Merlin. Zakupu filmu kategorycznie zażyczył sobie mój mąż i obejrzał go wczoraj bez mrugnięcia okiem (ale na końcu przyznał, że dawno takiego gówna nie widział; nie pomogły nawet po wielokroć poddawane zbliżeniom kamery piersi przecudnej Aishwarya Rai w mokrej / za ciasnej / rozpiętej / obcisłej / przejrzystej koszulinie, niepotrzebne skreślić). Bardzo realistyczni brudni i zawszeni Goci (którzy pokonali cesarstwo, hm).

Nowa ksiązka Antka Bourdain – wspaniała (no przecież musiałam coś robić, jak on oglądał tę kiszkę). Z przyjemnością odnotowuję, że Antek podziela moją miłość do hiszpańskich tapas barów (z tym, że raczej nie odesłał do kuchni wątróbki u Arzaka, psiakrew). Ale kaczego embrionu bym nie zjadła. Smażonego razem z flakami małego ptaszka – takoż. Ucieszyłam się natomiast z jego opinii, że na tle Hiszpanii Francja wypada blado, wilgotno, tłusto i bez koloru. Nie, żebym jakos specjalnie nie lubiła Francji, ale mam dokładnie to samo. W Hiszpanii wszystko jest wyraźniejsze. Kolory, smaki, ludzie, wino. Prowansja czy Toskania nie zrobiły na mnie wrażenia, a w byle spelunie z xerezem z beczki dostaję małpiego mózgu ze szczęścia. I tak, Baskowie są najlepszymi kucharzami świata. Nawet Galicyjczycy to przyznają (choć nie za często i raczej po cichu). Pewnie to kwestia jakiejś częstotliwości w mózgu albo co. Widocznie mamy z Antkiem podobną.

Tak na marginesie, to znowu widzieliśmy coś, co ja nazywam zjawiskiem dwóch barów: są sobie na ulicy w Madrycie dwa bary. Oddziela je tylko ściana. Pora przedobiadowa, więc wszyscy polecieli na drinka przed obiadem. I jeden bar jest pusty (siedzi jeden dziadek, popija wino i czyta gazetę), a w drugim – tłum ludzi przy barze, podpierających ściany, przy parapecie i na chodniku. Oczywiście, że musieliśmy pójść do tego drugiego, sprawdzić o co chodzi. Jak dostaliśmy do szklanki wina po kanapce z cabralesem, to już nie miałam pytań. Jak dodatkowo barman dzwonił w dzwon nad barem za każdym razem, jak wrzucał napiwek do buta (drewnianego buta, cos a la sabot, przybitego na ścianie), to tym bardziej. W trakcie drinka tłum musiał się rozstąpić jak Morze Czerwone, żeby wpuścić siedmioosobową hiszpańską rodzinę z wózkiem dziecięcym (zafrapowało mnie, kto był ojcem, choć kto był matką – również nie było takie oczywiste, ten wózek tak dość luźno krążył w towarzystwie), bo barman kazał zrobić dla nich miejsce na końcu baru. A wiadomo, że lepiej nie zadzierać z barmanem. Wszyscy się darli i było cudownie.

No miło sobie powspominać. Zwłaszcza kiedy znowu się nie zgadza i trzeba ustalić, z czego to wynika. Całe życie cos mi się nie zgadza, taka już moja karma (sucha i w granulkach).

 

O PIASCIE KOLODZIEJU (W OSTATECZNYM ROZRACHUNKU)


Mało brakowało, a guzik by był – z pętelką – a nie Madryt. Lufthansa się spóźniła (a mieliśmy przesiadkę w Monachium – DOPRAWDY NIE WIEM, czemu te bezpośrednie bilety ida jak świeże, chrupiące bułeczki!) i już miałam prasnąć walizka o kontuar i zwiać do domu – godzina na przesiadkę, z czego 50 minut opóźnienia; w perspektywie – czarowna noc w Monachium i użeranie się z personelem naziemnym – ale panienka z okienka Lufthansy przysięgała, że wszystko będzie dobrze, i było! Podstawili busiki pod schodki, samoloty przesiadkowe zaczekały i jednak wieczorne drinki zaliczyliśmy w Madrycie.

Z większych wydarzeń, to w sobote był wiec i koniec świata, jeden pan powiedział mi komplement i nakichałam na Picassa.

Poszliśmy do Thyssena, nareszcie. Przeczołgałam się przez tematykę sakralną (czy Jezus zaraz po urodzeniu naprawdę wyglądał tak staro? Czy wszyscy w średniowieczu chorowali na wodogłowie?), jednak najbardziej mnie bierze El Greco – on naprawdę musiał studiować anatomię w kostnicy, bo każda postać u niego ma plamy opadowe. N. mnie gonił przez portrety (on nie lubi, ja – bardzo; wenecka sprzedawczyni cebuli mnie uwiodła spojrzeniem), po czym jakoś tak wyszłam zza zakrętu i stanęłam nos w nos z Picassem! Z wrażenia zaczęłam kichać. Z dość bliskiej odległości nakichałam na Picassa!… Jest mi strasznie wstyd. Na szczęście, tylko na jednego; może dlatego, ze był z okresu, którego nie rozumiem u Picassa i każdy jego obraz kojarzy mi się z rozbiorem mandoliny na czynniki pierwsze. To chyba była „Twarz mężczyzny” – ja widziałam gitarę, no i trudno.

Wstrząsnęło mną dzieło „Duke jakiśtam pokazuje Dukowi jakiemustam swoja kochankę” (faktycznie, jeden facet z zainteresowaniem patrzy, jak drugi ściąga prześcieradło z dość pulchnej, różowej gołej baby – scena warta uwiecznienia, doprawdy – chociaż może to taki ich CKM był wówczas). W sali z rosyjską awangardą dziwnie pachniało – jakby zbutwiałymi dechami i wódką, przysięgam. Mój mąż się zawiesił przy portrecie Kiki de Montparnasse, ja przy Dalim i Chagallu. A Georgia O’Keefe to musiała być straszna baba. Straszna.

Przeszliśmy tylko stałą wystawę, a i tak łeb mi spuchł. Ze trzy razy by tam trzeba pójść, żeby to ogarnąć. I jakieś takie surowe to muzeum – Prado się lepiej zwiedza. Choć oczywiście warto i trzeba.

Z cała naiwnością przyznałam się N., że jak wędrowałam sobie od sklepu do sklepu, to jeden pan powiedział, że jestem guapa. N. natychmiast mnie ostudził, że jestem naiwna, a to był pijak, psychopata, narkoman, żul, kryminalista i profesjonalny przestępca uliczny. I na pewno był pijany oraz śmierdział. I na pewno chciał ode mnie pieniądze (no, to miał pecha, bo pieniądze własnie puściłam w Zarze). Po czym zatrzymywał się przy każdym kolesiu z kubeczkiem na drobne, uprzejmie zagadującym przechodniów, i pytał mnie „To ten? Dam mu w ryj!”. Naprawdę, chyba rozumiem POTRZEBĘ MAŁYCH SEKRETÓW w małżeństwie, bo to było dośc uciążliwe jednak.

W sobotę po południu do centrum Madrytu przyjechali wszyscy mieszkańcy Hiszpanii i państw ościennych na Noc Teatrów. I skończyło się rumakowanie. Nie było gdzie wsadzić szpilki, we wszystkich knajpach tłum wylewał się na chodnik, więc nawet się nie upiliśmy w Zieloną Noc, bo fizycznie nie było gdzie!… A nawet jak człowiek załapał te 7 cm kwadratowych miejsca, to się stało na jednej nodze, a kieliszek trzeba było podnosić do ust na zmianę z sąsiadami. Może to i ma swój urok, ale jednak wolę chrupać kanapkę w Alhambrze nie potrącana ze wszystkich stron.

Wracamy, a tu przymrozek.

Gdybym miała okazję, to bym przylała Piastowi Kołodziejowi dechą z gwoździem. Aż tu go zaniosło, zamiast zaklepać kawałek miejsca zdecydowanie bardziej na południe. Musiał byc okropnym safandułą, którego nikt nie chciał za sąsiada.