O TYM, ŻE WIOŚNIE SIE NIE SPIESZY

 

W nocy obudził mnie ból gardła i brzucha. Zdiagnozowałam mukowiscydozę i salmonellę (no bo przecież nie przeżarcie i chodzenie z dekoltem do pasa, prawda).

Jastrząb się niestety zalągł. Przepędzam go, ale wraca, siada na donicy i się oblizuje. Jak jesteśmy w robocie, to na pewno przez cały dzień czatuje. Trochę mi ręce opadły, bo niby już wiosna i można zlikwidować karmnik, ale miałam plan żeby np. kupić fontannę, żeby się ptaszyny latem napiły (jeśli ktoś jeszcze wierzy w lato, ha, ha). Ale nie chcę, żeby ogrodowe źródełko się zmieniło w paśnik dla jastrzębia. CZEMU TO WSZYSTKO MUSI BYĆ TAKIE SKOMPLIKOWANE!…

Ponieważ sandałki leżą, kwiczą i wygląda na to, że jeszcze sobie polezą (i pokwiczą), to zakupiłam na pocieszenie bardzo porąbane botki w stylu militarnych kowbojek. No i tak o: siedzę w kowbojkach i wizualizuję sobie upał. Bo co mi innego zostało.

Nie macie wrażenia, że tegoroczna wiosna jest z tego samego nadania politycznego, co zarząd PKP?

 

 

O PRAWDZIWYCH HORRORACH

 

A i tak najstraszniejsze horrory to są w życiu, a nie w serialach. Wczoraj przez ból głowy aż mi leciały łzy – pierwszy raz w życiu coś takiego miałam. No ale po udanych zakupach spożywczych (hiszpańska szynka ORAZ nie przewróciłam się na środku sklepu i nie zwymiotowałam, czyli – sukces) wracamy do domu, a tam… na donicy… siedzi…

Siedzi jastrząb i wpiernicza któregoś z naszych karmnikowych ptaszków.

(Albo krogulec. Szaroniebieski grzbiet i skrzydła, brzuch i gacie białe w prążki, pomarańczowe oko – piękny okaz, ale dlaczego U MNIE NA PODWÓRKU?).

W ogóle się nami nie przejął, trzymał sobie jedzenie jedną nogą, a dziobem wyciągał flaka. Bardzo prosiłam, BŁAGAŁAM N., żeby mi przyznał rację, że JEST SZANSA, że on sobie wyjął z kosza kawałek białej kiełbasy (najgorszy syf ze starego knura, jaki kiedykolwiek jadłam – jak mogli coś takiego sprzedawać, to nie wiem, z premedytacją przed świętami, bo przecież wtedy upchną każde gówno, i to tzw. LOKALNI SPRZEDAWCY z bazarku! dziady borowe). N. stwierdził “Nie łudź się”, a kiedy nalegałam – “Ha ha, kiełbasa nie ma piórek”. To było z jego strony okrutne i nieczułe (bo faceci to nieczułe cebule).

Tak, ja wiem. Że świat to jedna wielka restauracja. Jeden zjada drugiego i tak to się kręci. Ale nie wiem, czy CHCĘ to oglądać – bardzo proszę, żeby jastrzębie (czy tam krogulce) zrobiły sobie KFC gdzie indziej. Następnego będę gonić z mopem.

No i taki to miałam wczoraj powiew wiosny.

A ten “Bates Motel” to dam mu szansę, bo w połowie pierwszego odcinka się zdenerwowalam, że robią jakieś GLEE dla młodzieży, ale nie, szybko wrócili do adremu, zwłoki w wannie, więc jedziemy dalej. I gdzie grał ten chłopak? Bo nie mogę sobie przypomnieć i mnie męczy.

 

PS. O, albo śliczny wątek – “Granica wiekowa publicznego karmienia piersią” – zębaty trzylatek u cycka w restauracji, to jest dopiero horror! A nie tam Hannibal.

O NOWYM FAJNYM SERIALU O MORDERCACH

 

Ależ oczywiście, że obejrzałam „Hannibala”. Jak mogłabym sobie odmówić widoku Le Szifre’a, zajadającego jajecznicę na damskich płucach. Ten drugi miły, wrażliwy psychol, co rozmawia ze zwłokami i mieszka z siedmioma psami – tez bardzo przyjemny.

I odkryłam jeszcze jeden kryminalny serial, bardzo dobrze zrobiony – „Motyw”. Pierwsze sceny każdego odcinka pokazują nam zabójcę i ofiarę, a później się wyjaśnia, kim dla siebie byli, jak się spotkali i dlaczego zabił. Lub zabiła, bo stwierdzam z przyjemnością, że nareszcie wśród ofiar jest więcej facetów, niż kobiet, natomiast wśród zabójców tak po równo. Bardzo demokratycznie. I w ogóle taki INNY ten serial, zastanawiałam się, o co chodzi – czy to lata 70-te? Nie, bo mają komórki i komputery, ale to USA jakieś dziwne, ciepłe i spokojne. Okazało się, że to produkt kanadyjski.

Chyba bym pojechała do Kanady (wiem, co chłopaki z South Parku mówią o Kanadzie, niemniej jednak. Poza tym, lubię bekon i syrop klonowy).

Bardzo mnie boli głowa. Pocieszam się, że to NA ZMIANĘ POGODY, ha ha ha (na zmianę pogody w KATAKLIZM?…).

 

O TYGODNIU, KTÓRY NA SZCZĘŚCIE MINĄŁ I NIECH NIE WRACA

 

Ten tydzień roboczy tak się nam przysłużył i tak dokopał, niezależnie od pogody (pogoda dołożyła swoją drogą gratis), że pozwolę go sobie podsumować popularnym związkiem frazeologicznym o dość uniwersalnym wydźwięku:

KURWA MAĆ.

 Bo doprawdy nic innego się o nim powiedzieć nie da.

Jedynym jasnym punktem była piątkowa pizza, którą zamówiliśmy do roboty z “Rucoli” na Francuskiej. Muszę dać wstęp, mianowicie – mnie włoska kuchnia nie rusza za bardzo. Zjem, smaczne, ale żebym przepadała, to nie powiem. Pizza tak sobie, kluski czasem, a najbardziej carpaccio (mniam mniam mniam). Nie ma tego pierdolnięcia, które jest w hiszpańskich wiktuałach.

No ale zamówiliśmy pizzę (i tylko dzięki temu nie umarliśmy w gabinecie notariusza do 22.00 – w piątek, tak? Mówiłam już, że parszywy tydzień nam się trafił?…) i O MATKO JEDYNA, to była najlepsza pizza, jaką w życiu jadłam. Na cieście cienkim i kruchym jak opłatek, bez maziastego, rozmaczającego wszystko sosu, no i prawdziwe włoskie dodatki – sery i wędliny. Po prostu – koncentrat smaku, smak w koncentracie. Skropione oliwą, pachnące, chrupiące arcydzieło. I to z pudełka, więc wyobrażam sobie, jak musi być pyszna w lokalu, prosto z pieca i z kieliszkiem wina i świeżą rukolą… Na pewno pójdę sprawdzić.

A dupa rośnie.

Ech… “Dziewczyny” się skończyły chwilowo, “Siostra Jackie” jeszcze nie zaczęła, to co, może posprzątam w chałupie? (Buahahahahaha).

 

O JAKOŚCI USŁUG I TAK OGÓLNIE MELANCHOLIJNIE

 

Małe, wzruszające ptaszki z mojego karmnika przepuszczają przez swoje małe, wzruszające jelitka sześć kilogramów łuskanego słonecznika tygodniowo. N. oczywiście dokupił im dodatkowo karmę dla kanarków, żeby nie były głodne. Nie wiem, czy w kategoriach ekonomicznych tygrys nie zaczyna wychodzić taniej.

O pogodzie nie napiszę, bo chyba wyczerpałam już limit kurw na najbliższe 450 lat.

Wczoraj był dzień bez sensu wlokący się jak flak po bezdrożach, jedyny plus taki, że nic nie jadłam, bo nie było kiedy. Wróciliśmy do domu po 23.00, przylepka z pomidorem (N. gdzieś upolował malinowe, oczywiście TO JESZCZE NIE TO, ale chociaż w przybliżeniu smakowało pomidorem, czego nie można powiedzieć o większości tych wodnistych kulek z marketów) i spać.

No ale jest już cały prąd, a nawet internet!

Z internetem nie było prosto, bo najpierw UPC zawracało dupę niepomiernie, że koniecznie chcą nam zainstalować NOWĄ LEPSZĄ usługę. Osobiście jak słyszę, że NOWE LEPSZE, to dostaję gęsiej skóry, no ale dobra. Wpuściliśmy pana na zakład przed świętami. Pan najpierw zepsuł to, co działało, a później się na nas obraził, bo mamy ruter (?????). Bo on tego nie przewidział. I z tej złości, że nie podłączył nam nowego internetu, to wyłączył nam też stary, żeby było sprawiedliwie.

Tak zwany serwismen przybył dopiero wczoraj, nie za wcześnie, bo bez przesady, jeszcze by się nam w dupach poprzewracało. Na wstępie obraził się na nas, że mamy ruter, bo kolega mu tego nie przekazał. Po dłuższych mękach coś tam mu się udało podłączyć (może po prostu kradniemy od sąsiada), ale chyba nas nienawidzi, bo ciągle wychodził do furgonetki, siąpał znacząco nosem i w ogóle.

Z powyższego mam dwa wnioski:

1) Nigdy, przenigdy nie poprawiaj czegoś, co DZIAŁA,

oraz

2) Jeśli ktoś koniecznie chce ci sprzedać jakąś usługę dla twojego dobra, to go zabij.

Jedno jest pewne: jakość usług spada na ryj w tempie “Lotu trzmiela”. (Oraz: dwóch ludzi, dwa dni roboty plus dziesiątki telefonów, pięć dni awarii i powrót do stanu wyjściowego – na czym oni zarabiają?…).

Zauważyłam, że przestaję być po prostu blada, a zaczynam być półprzezroczysta – jak meduza (i też taka galaretowata).

 

O WŚCIEKLIŹNIE GROŻĄCEJ WYBUCHEM

 

Jestem o tyciutki kroczek od wybuchu, takiego wybuchu, że elektrownia w Fukushimie to będzie przy mnie pyknięcie kalichlorkiem. I ten tyciutki kroczek zmniejsza się i zmniejsza – np. za każdym razem, kiedy zerknę na prognozę pogody na najbliższy tydzień. A bilety do Hiszpanii dopiero na dwudziestego czwartego.

Tegoroczne święta przeszły moje NAJŚMIELSZE oczekiwania. Choć nie miałam ich zbyt wygórowanych – ot, obskoczyć rodzinę, najeść pyszności i wybyczyć. N. kupił najbardziej ekologiczne jajka na całym targu – żadne dwa jajka nie były tej samej wielkości (od gołębich do półstrusich) i żadne nie dało się normalnie obrać po ugotowaniu (znaczy się bardzo świeże), za to wszystkie, WSZYSTKIE były wymazane kurzą kupą po prostu MODELOWO. Od razu mi się przypomniało, jak kumpel opowiadał, jak przy granicy rolnicy kupują jajka w Lidlu, malują je kurzą kupą i sprzedają Niemcom jako wolnowybiegowe, gdyż polski rolnik potrafi.

U teściowej obżarłam się jak prosię duszonych prawdziwków, tak pięknych, pysznych, wielkich jak dłoń, że ledwo wsiadłam do samochodu (co prawda, były komentarze, że nie bez powodu podsuwa te borowiki mi i zięciowi, ale jakiekolwiek miały przesłanie, w smaku były BOSKIE i nawet jeśli zatrute, to mój żołądek nie z takimi rzeczami sobie radzi). W dodatku najmłodsze z rodu, zapytane “A kto tam stoi koło wujka na zdjęciu?” odpowiedziało “KSIĘŻNICZKA!” (JAKIEŚ PYTANIA? Dzieci i pijacy mówią prawdę!). Wracaliśmy w śnieżną nawałnicę, o niczym już nie marzyłam, tylko uwalić się jak jamnik przed telewizorem, puścić Twin Peaks i opijać herbatą.

W ZWIĄZKU Z CZYM W NIEDZIELĘ WIECZOREM WYŁĄCZYLI NAM PRĄD.

Do rana chałupa wystygła. Pojechaliśmy do mamy Zebry po ratunek i gorącą herbatę do termosów. N. skombinował agregat, żeby podłączyć CHOCIAŻ piec i lodówkę. Ja, owinięta we wszystkie koce z całego domu, siedziałam i bulgotałam jak gorące źródło w Yellowstone. Nie godzi się tak kląć w święta, jak ja klęłam, naprawdę. Włączyli po południu – dwie fazy (działał prąd w gniazdkach, ALE NIE OŚWIETLENIE). Ze złości prawie urosły mi włosy na uszach.

Po czym jedziemy dziś do pracy, A TAM NIE MA INTERNETU.

Ha.

HAHAHAHAHAHHAHAHAHHAHA!!!

Uprzedzałam. MAŁY KROCZEK SIĘ ZMNIEJSZA I ZMNIEJSZA.

Plusy dodatnie? Poczytałam sobie, gdyż nic innego nie wchodziło w rachubę (może jeszcze wylew). Łyknęłam “Milczącą dziewczynę” Tess Gerritsen (można, ale to już nie to, co jej pierwsze powieści). Książkę, którą napisał  pan Marek Raczkowski, żeby mieć na dziwki i narkotyki (uroczy dziwkarz, ale lepiej rysuje, niż komentuje rzeczywistość słowem, no i pytania i komentarze pani Żakowskiej to jakieś nieporozumienie). “Szklany zamek” Jeannette Walls – Hanka mi podesłała, świetny. Kilka felietonów z “Naked” Davida Sedarisa (wydzielam sobie, gdyż go kocham). “My, właściciele Teksasu” – reportaże Małgorzaty Szejnert z lat 70-tych – obłędnie dobra książka, nie można się oderwać od tych historii, w dodatku jeden, najobszerniejszy reportaż stał się podstawą scenariusza do filmu, za którym przepadam – “Jeśli się odnajdziemy” (z Kolbergerem, z Anną Romantowszką i z Kasią Kukurydzianką – kto pamięta?…). Ale wszystkie są fantastyczne – o stołówce, o spożywczaku, o szalonej willi, o hodowcy storczyków. Bardzo, bardzo dobry zbiorek i ja chcę więcej.

Niemniej jednak jestem tak wściekła, że gdyby zombie przypuściły atak i ja bym je ugryzła, to by zdechły.

Na pocieszenie kupiłam sobie dziś piękny, przepiękny lakier do paznokci. Metaliczny, opalizujący, w kolorze tych much, co siadają na padlinie.

O NIEWŁAŚCIWYM KOŃCU BANANA

 

N. dziś wyjeżdżał BARDZO RANO w delegację. Przed samym wyjściem z domu, już z kubkiem termicznym w ręku, oznajmił mi

– Wiesz, w Trójce mówili, że małpy obierają banany tak jak ty – od ogonka!

Po czym pocałował mnie w czoło i wybył.

SZLAG MNIE TRAFIŁ, bo on się ZAWSZE czepi mojego banana, ZAWSZE – a ja faktycznie obieram od ogonka, BO TAM JEST POCZĄTEK BANANA!… Więc to chyba LOGICZNE, że chcę go zjeść OD POCZĄTKU! I widocznie mam rację, skoro małpy też tak robią – no sorry, ale mało kto się tak zna na bananach, jak małpy. (On oczywiście obiera banany w JEDYNIE SŁUSZNY SPOSÓB, od czarnego końca).

Następnie odbyłam jedną z bardziej fascynujących rozmów telefonicznych w moim życiu. O tym, czy zaświadczenie o przyłączu energetycznym i instalacji ma być z pomiarami, czy bez pomiarów. Rozmowę odbywałam leżąc na podłodze i wyciągając odkurzaczem koty spod łóżka (kurzu! koty kurzu, zanim na mnie naślecie TOZ). Bardzo to było surrealistyczne.

A teraz zastanawiam się, czy ryby potrafią pływać do tyłu (żeby się nie zastanawiać nad pogodą i nie oszaleć; znajomy nas pocieszał, że u nich w Hiszpanii przez cały czas leje i jeszcze jakiś czas ma lać – ale przynajmniej mają 15 stopni!…)

 

O PRZEDMIOTACH NIEZAKUPIONYCH (DLA ODMIANY)

 

Najlepsze jest to, że nic nie musze odsyłać, bo mi Hanki chłopak naprawił porysowanego Bonda. Swetrem. Wytarł płytę swetrem i działa. Twierdzi, że to dlatego, że sweter jest ZAGRANICZNY (i może w tym być ziarno prawdy, bo w domu N. tarł ręcznikiem i nie zeszło – nie wiem, jakiej narodowości jest ręcznik, nie byliśmy przedstawieni).

A najgorsze? Najgorsze – oprócz pogody – że przestaję sobie radzić w sklepach internetowych. Ja! Ja, wierna internetowa kupczyni, co to niektórzy twierdzą, ze w PEWNYCH SKLEPACH to już powinno stać moje popiersie (i przechodzący pracownicy pocierają nosek na szczęście?…). Zachodzę mianowicie do sklepu z butami A TAM… zamiast przyjaznych oku zdjęć… Buty jeżdżą na karuzeli! To jest, właściwie, na płycie gramofonowej – ktoś wymyślił, że zrobi taka ruchomą panoramę, że niby buty się przedstawią z każdej strony. Niestety, po kilku sekundach zrobiło mi się niedobrze i z butów nici.

To poszłam sobie obejrzeć taki naszyjnik, co mnie korci (wygląda jak obroża, normalnie tylko przypiąć smycz, byśmy miały podobne ąpluła ze Szczypawką na spacerze). Tam znowuż jest zdjęcie co prawda statyczne, ale modelka ma na szyi i dekolcie TAKĄ gęsią skórę, że od razu miałam wizję zamrażary pełnej biednych, sinych kurczaków i naszyjnik także poszedł się gonić.

I jak ja mam stymulować gospodarkę! NO JAK!

(W dodatku Merlin mi przysłał maila „Bądź piękna na wiosnę” – przepraszam, a to ja nie jestem piękna CAŁY CZAS?… No chyba naprawdę chcą mnie zdenerwować, bo robią co mogą).

 

PS. Przekonałyście mnie. Wchodzę w bieluń – ładny i pożyteczny (jeśli, oczywiście, będzie szansa, żeby cokolwiek w tym roku ZASADZIĆ, bo może ten śnieg stopnieje dopiero za skromne 20 tysięcy lat).

 

O DODUPIU

 

Najszybciej to bym się otruła, ale czym? ALE CZYM? Co za czasy jakieś dzikie nastały, żeby pani domu nie miała pod ręką arszeniku albo chociaż kropli do oczu z beladonną, bo wszystko refundowane i nikt nie wypisze, bo trzeba ożynać budżet państwa. Ewentualnie mogę zjeść saszetki na mole i popić nawozem do kwiatów, ale mój żołądek nie takie rzeczy już widział i strawił.

 

A Merlin mi przysłał porysowanego Bonda i teraz nie wiem, reklamować i narażać się na historię rodem z “piekielnych”, czy od razu wyrzucić, odpuścić i skoczyć z mostu.