W nocy obudził mnie ból gardła i brzucha. Zdiagnozowałam mukowiscydozę i salmonellę (no bo przecież nie przeżarcie i chodzenie z dekoltem do pasa, prawda).
Jastrząb się niestety zalągł. Przepędzam go, ale wraca, siada na donicy i się oblizuje. Jak jesteśmy w robocie, to na pewno przez cały dzień czatuje. Trochę mi ręce opadły, bo niby już wiosna i można zlikwidować karmnik, ale miałam plan żeby np. kupić fontannę, żeby się ptaszyny latem napiły (jeśli ktoś jeszcze wierzy w lato, ha, ha). Ale nie chcę, żeby ogrodowe źródełko się zmieniło w paśnik dla jastrzębia. CZEMU TO WSZYSTKO MUSI BYĆ TAKIE SKOMPLIKOWANE!…
Ponieważ sandałki leżą, kwiczą i wygląda na to, że jeszcze sobie polezą (i pokwiczą), to zakupiłam na pocieszenie bardzo porąbane botki w stylu militarnych kowbojek. No i tak o: siedzę w kowbojkach i wizualizuję sobie upał. Bo co mi innego zostało.
Nie macie wrażenia, że tegoroczna wiosna jest z tego samego nadania politycznego, co zarząd PKP?