O ROBALACH, ŚCIELENIU ŁÓŻEK I MIŁYM S-F

 

No. To mamy upał, mole w szafkach i robotników na dachu (czy ja mogę zastosować roszczenie regresywne wobec kuny, cholera jasna?), niezapominajki, stokrotki i bez PRAWIE JUŻ (więc od soboty apiać leje, prawda).

Robaki, to jest jedyne, czego mi zimą nie brakowało. Zimą nic nie wychodzi z odpływu się przywitać, nie śmiga po ścianie i nie krąży namolnie nad głową. Od kilku dni wygłodniałe komary koniecznie chcą mi zrobić morfologię i ja tu widzę niewykorzystany potencjał diagnostyczny i oszczędności dla NFZ. Niech pacjent zachowa komary, które go pogryzły, i okazuje lekarzowi przy najbliższej wizycie. Zdrowe, wesołe, o świecących oczkach – nic pani nie będzie. Smutne, ociężałe i bekają – podwyższony cholesterol. Leżą na plecach i machają niezbornie nóżkami – panie Józku, niech pan tyle nie pije. Pijawki się zaprzęgło w służbie medycyny, to komarów się nie da? Wszystko się da!

Tak sobie wczoraj przy zmienianiu pościeli dumałam nad naturą wszechrzeczy oraz nad zawijaniem prześcieradeł pod materac w hotelach. Po co się to robi, zawsze mnie zastanawia. To znaczy, na pewno po to, żeby pokazać gościom, jak personel dla nich ciężko tyra, bo takie zawijanie, żeby łóżko zostało gładziutkie, bez jednej fałdki, to jest straszna robota. W dodatku jak się człowiek kładzie, to pierwsze, co robi, to musi to wszystko dokładnie spruć – strasznie dużo szarpania. W ogóle, nie cierpię pościeli typu koc między prześcieradłami, zawsze mi się to w nocy pokotłuje, rano się muszę odplątywać, masakra po prostu. Zdecydowanie wolę powłoczki. (Mój pies często ląduje w nocy w powłoczce kołdry i też rano nie może wyjść, biedactwo. Widać u nas zaplątywanie się w pościel to rodzinne).

A z seriali, to przepraszam, ale już mi się odbija kryminałem i obyczajem i weszłam w lekkie, bezpretensjonalne science fiction pod tytułem “Warehouse 13”. Rzecz jest o ściśle tajnym magazynie gdzieś na bezdrożach USA, gdzie rząd trzyma wszystkie tak zwane artefakty, stworzone przez ekscentrycznych geniuszy albo przez cholera wie kogo, które mogą stanowić zagrożenie dla ludzi (np. spinka Lukrecji Borgii albo dynks do przechodzenia przez ściany). Nad magazynem czuwa ekscentryczny geniusz, pomaga mu lekko nawiedzona szefowa motelu, która odczytuje aurę, a artefakty odzyskuje i przynosi do magazynu para specjalnych agentów. Podoba mi się pomysł samego magazynu, który jest trochę jak INBADCZAM z “Poniedziałku” Strugackich, trochę biblioteką z Niewidzialnego Uniwersytetu, a trochę przechowalnią z pierwszego Indiany Jonesa. W każdym razie, te artefakty tam dość rozrabiają, strzelają iskrami, nie można się przy nich denerwować, mogą próbować uciekać i tak dalej. No, mówiłam – nieciężki i normalnie bym się nie miała do czego przyczepić, gdyby nie aktorka, grająca AGENTKĘ (na imię jej Myka, co oni wymawiają MAJKA, ha). No więc, ma napompowaną kolagenem górną wargę i w najbardziej gorących momentach nie mogę się skupić na akcji, bo cały czas obserwuję wargę. Ona biegnie – ja patrzę na usta. I zastanawiam się, czy już były eksperymenty z wargami napompowanymi kolagenem w warunkach nieważkości. On się tam powinien zbić w kulkę, prawda? Mogłoby to całkiem nieźle wyglądać.

O MINISTRZE ŚWIETNYM NA INSEKTY I OBRZYDLIWYCH ŚMIECIUCHACH

 

Minister Nowak we “Wprost” świetnie zabija osy (oraz – prawda, jaki on na zdjęciach podobny do Lelanda Palmera? Aż mnie ciarki przechodzą, jak patrzę).

Dziś chciałam się wypowiedzieć w temacie alergii na ludzi. Ktoś, kto poczytał tak ze trzy notki mojego blogaska, wie, że mam alergię na ludzi jako takich, kropka. Ale lekką, bez bąbli i puchnięcia gardła.

Dużo, dużo, dużo większą mam na określone typy ludzi, na przykład:

– typ “mi się należy”, ze szczególnym uwzględnieniem i dedykacją dla tych, co “jak dają, to trzeba brać”;

– typ “bo pan(i) nie wie, kim ja jestem” – no właśnie, jeśli ja czegoś nie wiem, to znaczy, że tego w ogóle nie warto wiedzieć (że tak sobie pozwolę zapożyczyć poglądy Pana Ziemowita Fedeckiego);

– typ, który brzydko się odnosi do ludzi, zatrudnionych na stanowiskach typu: portier(ka), kelner(ka), kasjer(ka), ponieważ mu, temu typu, się wydaję, że to są ludzie stojący niżej od niego w jakiejś hierarchii;

Ale to wszystko nic.

Najgorszym skurwysynem świata tego i galaktyk ościennych jest dla mnie ktoś, kto wyrzuca śmieć na ulicę. Bez znaczenia, czy jest to pet, papierek po cukierku, czy pół zdechłego osła. A już w lesie, to po prostu powinno być wolno takiego nabić na pal bez sądu albo zetrzeć na tarce o małych oczkach. Tych, co nie w lesie, proponowałabym wlec na golasa po asfalcie, przywiązanych do samochodu.

Osobny krąg piekła powinien być zarezerwowany dla typów, co wyrzucają śmieci przez okno samochodu. Wczoraj minęliśmy na gierkówce stację benzynową, na której jest też KFC. I dosłownie kilkanaście metrów dalej, jeszcze się nie skończył ten pas do wyjazdu, leżało sobie kartonowe wiadereczko po kurczaczkach. Niemożliwe, żeby te kury z wiaderka pożarli w 10 sekund, bo tyle zajęło odjechanie od parkingu. Musieli je mieć puste już wcześniej. Więc dlaczego nie wyrzucili do kosza na stacji? Tylko na drogę? Ba – kiedyś na autostradzie wjechaliśmy na takie wiadereczko, turlające się rozkosznie środkiem pasa. Wjechał ktoś kiedyś samochodem o niskim zawieszeniu, z prędkością jakieś 120 (pusta, równa autostrada, przypominam) na sztywne kartonowe wiaderko? POLECAM. Doznania niezapomniane. Co takie chuje mają we łbach? Nie glizdy, to pewne – glizda jest o wiele bardziej inteligentna. Albo jazda za ślicznym, umytym samochodzikiem: buch! – chusteczka przez okno. Buch! – skórka od banana. Buch! – butelka po piciu. Wyprzedzamy – prowadzi tatuś, obok mamusia, z tyłu dzieciaczki. NIE POJ MU JĘ TE GO.

Dlaczego przy takim kryzysie finansowym mandat za śmiecenie w miejscu publicznym nie kosztuje 10 tysięcy złotych, ja się pytam? Plus VAT, naturalnie.

No. To się powściekalim, a teraz pójdę zapolować ministrem Nowakiem na mola spożywczego, skoro tak się świetnie na osie sprawdził, bo ZNOWU JE MAM. Znowu z czegoś wyłażą. Ręce opadają. Nie wiem, w czym siedzą. Może w winie – a wina przecież nie wyleję!

 

O SWIETNYM, NAPRAWDĘ ZNAKOMITYM SERIALU

 

Jest ta wiosna wreszcie. Są mrówki (we włosach), Szczypawka pojechała do lekarza z pierwszym kleszczem, a ja w OSTATNIEJ chwili wyjęłam sobie z pyska pierwszą, nieśmiałą, tegoroczną muszkę owocówkę, która się poczęstowała winem. Ale tam, wiosna srosna! Nie lubię jej w tym roku, bo ma fochy jak lekko przeminięta polska artystka estradowa. W sobote wieczorem lekko mi się Internet poprawił, więc całą niedzielę, calutką, caluteńką przesiedziałam jak zombie, oglądając wspaniały, świetny, przegenialny serial „Top of the lake” (dzięki, Abnieszka!).

Serial jest napisany, wyreżyserowany i wyprodukowany przez Jane Campion; muzyczka na napisach początkowych brzmi jak z „Fortepianu”; gra w nim Holly Hunt – ma wspaniałą rolę, choć niedużą. Dzieje się w Nowej Zelandii, na lekkim zadupiu nad zimnym, morderczym jeziorem. Akcja zaczyna się, kiedy dwunastoletnia dziewczynka chce się utopić, bo jest w ciąży – z kim, tego nie chce powiedzieć nikomu – a następnie znika. Żeby było weselej, jest córką szefa narkotykowego gangu, który trzyma w garści całą miejscowość i policję na dodatek. Psychologicznie nie ma w tym serialu łatwych tematów. Każdy ma brzydkie rozdrapy z przeszłości, wszyscy ze wszystkimi mają skomplikowane relacje. Na dodatek, na okoliczne łąki sprowadza się feministyczna komuna, w której kobiety po ciężkich przejściach chcą sobie poukładać życie przy duchowym wsparciu charyzmatycznej GJ. Wychodzi im średnio (troszeczkę mam wrażenie, że Jane Campion z nich odrobinke nabija, tym bardziej, że na koniec Holly Hunt – GJ – stwierdza „Kiedy jest następny lot do Reykjaviku? Byleby uciec od tych pojebek”).

Szkoda, że to tylko siedem odcinków (choć oczywiście, dlatego jest taki dobry, bo nie ma niepotrzebnego wleczenia flaka i wypełniaczy).

A nad prysznicem wisiała TAKA pajęczyna, ze jak ją zobaczyłam, to nalałam sobie wody do ucha, no ale cóż- są w zyciu priorytety („Top of the lake”) oraz kwestie mniej istotne (sprzątanie pajęczyn).

To teraz „Broadchurch” (w końcu pajęczyny są bardzo eko, prawda?).

 

O TŁUSTYM ŚLIMAKU

 

Od tych okien ledwo ciągnę, padło mi na kręgosłup i wątpia. Internet postanowił się przyłączyć z czystej sympatii i też ledwo ciągnie. Horoskop mi się ładuje pół godziny, o serialach mogę pomarzyć. Więc oglądam to co mam na DVD, ze szczególnym uwzględnieniem filmów z akcją umieszczoną na Południu USA (właśnie – gdzie moje “Przeminęło z wiatrem”?). Chciałabym być córką plantatora bawełny, w taką pogodę zwłaszcza. A tak, to chodzę owinięta w koc, klnę i po co to komu.

Córka sąsiadów za mąż wychodzi za dwa tygodnie. Ha, ha, mam nadzieję, że się zaopatrzyła w futrzaną etolę i mufkę, bo jak ma kieckę na gorsecie, to może się lekko zdziwić, jak jej ręka odpadnie przy zakładaniu obrączki.

Czuję się jak zimny, tłusty ślimak bez skorupy i duszę cebulę na tartaletki (COŚ musiałam udusić, a cebula była pod ręką).

 

O KAPITULACJI W KWESTII OKIEN

 

Mimo mojego naukowego podejścia i długotrwałego eksperymentowania, brud niestety nie chce osiągnąć takiego etapu, że sam odpada z okien. Bardzo to smutne, bo muszę JEDNAK ruszyć do boju.

Z tego wszystkiego obejrzałam “Wojnę i pokój”, bo mam jazdę na Audrey Hepburn, oraz w tym filmie komuś jest zimniej, niż mi – mianowicie wojsku Napoleona. No niestety, nie przemawia do mnie, że można się kochać w Melu Ferrerze, kiedy obok jest Henry Fonda.

PS. Nie mam rękawiczek lateksowych. Ojejku tam, skóra na dłoniach jest przereklamowana.

 

O SŁONECZNEJ HISZPANII, OLE!

 

Deszcz. Martwiłam się, że będzie padał deszcz. Nie przyszło mi do głowy – zupełnie nie wiem, dlaczego – że złapią nas śnieżyce. Trzy regularne śnieżyce, w Hiszpanii, 27 i 28 kwietnia.

Wylądowaliśmy w Madrycie o czasie, przywitało nas słońce i wynajęty samochodzik, problem był z wyjazdem z parkingu: na lotnisku coś remontują, jest lekutki bałagan, oznakowanie poprzestawiane, po trzecim kółku (przy czym w połowę alejek wjeżdzaliśmy pod prąd, inaczej byśmy tam tkwili do dziś) doszliśmy do wniosku, że WYJAZD z parkingu NIEOZNAKOWANY, a król Hiszpanii jeździ na Majorce motorynką na dziwki!…

Na szczęście, poza parkingiem wszystko było świetnie oznakowane (ale król Hiszpanii podobno naprawdę jeździ motorynką na dziwki. Na Majorce. Monarchia schodzi na psy, i to nierasowe).

Tym razem padło na zwiedzanie Kantabrii, bo to ostatni region na północy, którego nie znaliśmy. Cóż mogę powiedzieć – jest piękna, jak cała północna Hiszpania. Bardzo, bardzo zielona, bardzo górzysta, dość przemysłowa (mija się takie fabryki, że nasz Bełchatów wygląda przy nich jak makieta z klocków). Nad samym oceanem też są góry, tylko niższe – takie Bieszczady nad morzem.

Spaliśmy w Santander, które jest właściwie dwoma miastami w jednym: ma część letniskową z plażami, willami i ogólnie letnią rozpustą, która wygląda jak Saint-Tropez (tylko ładniejsze i większe), i część portową – też z pięknym deptakiem, ale przede wszystkim z knajpami, winiarniami, tapas barami – czyli tym,  co w życiu chodzi najbardziej. Ooo, bardzo się wieczorem przyjemnie robi tak zwaną ruta del vino i tapas (czyli rajd po barach). W barach mają przystawki i kanapeczki zupełnie jak w Kraju Basków, dla mnie po prostu raj. Ceny przystępne bardzo, w Bodegas Mazon za dwa wina płaciliśmy 1,30 euro (choć to już było ekstremum), do wina gratis dostaliśmy kanapeczki z tortillą, dwa kubki rosołu i oliwki. Wspaniały jest bar El Diluvio – chwalą się, że mają tam najlepsze pinchos w całej Hiszpanii i może to być prawda, minihamburgery z wołowiny kobe były przepyszne. Canadio też bardzo w porządku. W ogóle można oszaleć od samego patrzenia na te kanapki. Aż żal kłaść się spać (w okolicach północy, nie wcześniej) – ale niestety, żołądek jest jeden… Smutne.

W Santander mało kto chodzi po ulicy bez psa. Lub wchodzi do baru bez psa. Takiej ilości psów naraz to chyba nie widziałam nigdy. Pod każdym stolikiem czy barowym krzesłem zwykle coś się kłębiło. Nie muszę chyba wspominać, że psiej kupy – ani jednej. A może to są roboty.

Żeby nie było, że tylko chlałam, to zwiedzaliśmy wybrzeże. San Vincente de la Barquera, gdzie trzeba pojechać, bo tam jest prześliczne ujście rzeki do oceanu i miastko – cukiereczek. Comillas, gdzie trzeba pojechać, bo znów – miasteczko średniowieczne i piękne, ale przede wszystkim – El Capricho, pałacyk Gaudiego, taki śliczny, że chce się polizać te kafle ze słonecznikami. A w ogóle wygląda jak zamek Czerwonej Królowej, zupełnie zwariowany i bardzo malutki w środku – rzeczywiście, kaprysik. Santillana del Mar – chociaż wcale nie jest nad morzem, trzeba pojechać zwiedzić Altamirę, jaskinię z paleolitycznymi bizonami na ścianach. I na koniec na rybę do Suances – słońce jak dzikie, stolik nad oceanem, eee, na pewno ta prognoza pogody się myli. Za ciepło jest, żeby się ochłodziło.

No to od piątku rano lało.

Pojechaliśmy do Castro Urdiales (wieje tak, że zrywa ze mnie wiatrówkę, ale jeszcze dość ciepło). Znowu śliczne miasteczko, na samej granicy z Krajem Basków, więc od przystawek w barach kręci się w głowie. W porcie na skale stoi zamek i kościół. Wieje, kropi deszcz, więc KONIECZNIE musieliśmy tam wleźć po mokrych, śliskich, kamiennych schodach. Na szczęście zaraz zeszliśmy do labiryntu podcieni i uliczek z barami i miałam kulinarne objawienie. Jadłam najlepszą rybę świata i nie wiem, czy kiedykolwiek jakaś ryba ją przebije. Wątpię.

To miała być sola meuniere, z tym, że w Hiszpanii za solę uchodzi lenguado – nie jest taka plaskata, jak niektóre gatunki, tylko długa i wyższa, ma grubsze filety niesamowicie białego mięsa. Taka ryba na maśle jest zawsze pyszna, ale tu przynieśli mi dzieło sztuki: masło musiało być gotowane jak masa na kajmak, bo było lepkie, gęste i pachniało toffi i cytryną. I w takim niesłodkim kajmaku były usmażone filety, całe nim oblepione, po brzegach chrupiące. N. się wystraszył, bo wzięłam do ust pierwszy kęs i zastygłam, pewnie myślał, że zeżarłam ość. Zostawiłam mu jeden filet i też zastygł, kiedy spróbował. Takie cuda tam robią w kuchni z trzech składników. Ech.

W sobotę rano wyruszyliśmy do Segovii i po drodze w górach złapała nas pierwsza śnieżyca. Nie trzy płatki śniegu, co zaraz topniały, nie. Zamarzły nam wycieraczki, po autostradzie jeździły pługi i solarki, znaki drogowe były oblepione śniegiem. No ale dobra, w końcu to góry, 1400 metrów. W Segovii będzie ciepło.

W Segovii się zwiedza rzymski akwedukt, który przecina miasto i wygląda to niesamowicie, jak Colosseum w Rzymie, tylko bardziej monumentalnie (i czyściej). Na placu pod akweduktem stała najbardziej czaderska karuzela, jaką w życiu widziałam, od dawna tak nie zazdrościłam smarkaczom. XIX-wieczna stylistyka, można się było przejechać na gigantycznej ośmiornicy, szkielecie dinozaura, ogromnym pasikoniku, w rakiecie (która startowała w górę), w łodzi podwodnej, w dwupłatowcu, na pirackim statku… Facet ledwo nadążał puszczać to cudo, a klientela piszczała i zabijała się o miejsca w rakiecie i łodzi podwodnej.

Oczywiście N., ten niestrudzony potwór, pognał mnie schodami w górę jakieś 10 pięter (bo stare miasto jest wyżej), na plac z katedrą i jeszcze dalej, do Alkazaru, choć jęczałam i chciałam już tylko zakotwiczyć na winie. W barach były dzikie, przedzikie tłumy ludzi, wylewały się jęzorem na chodniki – okazało się, że piwo Mahou zrobiło promocję – konkurs tapas: za 2 euro w wybranych barach kupuje się małą butelkę Mahou i tapę, która bierze udział w konkursie. Są specjalne kartki – paszporty, gdzie się te tapas ocenia od 1 do 5 punktów, a bar przybija pieczątkę. Tych barów do zaliczenia jest trzydzieści. No czy nie zacny pomysł?…

Mój mąż zjadł w Segovii mocno nieletnią świnię (nóżkę kilkutygodniowego prosiaczka, niestety to ich specjał), a wieczorem spadł śnieg. Grubą, białą, puszystą kołderką. Całe miasto wyszło na wieczorne wino w futrach z norek i puchowych kurtkach. Doprawdy nadziałam na siebie wszystko, co miałam w walizce, a i tak zmarzłam.

W niedzielę rano jechaliśmy do Madrytu na lotnisko i śnieg w górach napierdzielał jak w “Doktorze Żywago”. Ja podkręcałam ogrzewanie, a N. śpiewał “słoneczna Hiszpania, ole!” i dawał nawiew na przednią szybę, żeby rozpuścić lód na wycieraczkach.

Obiecałam solennie już nie jeździć do Hiszpanii PRZED LIPCEM, bo to się trochę mija z celem. No dobrze, zjadłam najlepszą rybę świata, ale jeszcze nie wiem, czy nie mam odmrożonych kończyn. Na lotnisku w Warszawie przywitał nas miły, polski upał.

Wszystko przez tego króla Hiszpanii i jego motorynkę. No bo JAK to inaczej wytłumaczyć?…

A w domu przywitał mnie pomidor, który z tęsknoty górą wypuścił bujne, zielonoszare futro, a dołem trochę zupy. To mówicie, że co nowego w serialach?…

O TYM, ZE ZAWSZE COŚ

 

No więc jak już się upewniłam, że strajk Lufthansy nas nie dotyczy (wiem, że „upewniłam” to słowo bez znaczenia w odniesieniu do linii lotniczych, powiedzmy – sprawdziłam w dostępnych miejscach), to ledwo łażę od wczoraj.

Przewracam się, bo mi się w głowie kręci, oraz nie mogę skupić wzroku. CZYŻBY TYFUS? (od tyłu: sufyt). Wszystko dlatego, że wyszłam do ogródka w weekend. Zamiast gnić pod dachem i nie kusić licha przed wyjazdem!

To może policzę, co taniej wyjdzie – anulowanie rezerwacji czy transport ewentualnych zwłok z Santander. A nawet już dostaliśmy namiary na lokal z nóżkami kalmarów, najlepszymi w całej Hiszpanii!… Zapowiada się, że N. mi je przyniesie do łóżka w papierowej tytce.

A w „Siostrze Jackie” – O’Hara wyjechała do Londynu? NA ZAWSZE? Ja się nie zgadzam! I zamiast niej lata taka młoda, blada i mało rozgarnięta. I ma takie włosy, jak ja po tym tak zwanym wiosennym odświeżeniu.

 

PS. O mamo, jak mi się podobał Humphrey Bogart w „Sabrinie”. Tylko jak oni to zrobili, że nie sięgał Audrey do ucha?

 

 

O KARPIU, KULKACH I NOWYM KOLORZE WŁOSÓW

 

Noooo, dawno nie miałam porządnego, uczciwego, staropolskiego, tradycyjnego kaca poimprezowego, prawda? NO TO MAM (hura!).

(Boli mnie glowaaaa, a N. puścił Formułę 1 – no IDEALNY podkład dźwiękowy dla skacowanych, japierniczę).

Miał być babski kieliszek wina na mieście w piątek wieczorem, ale jedna moja koleżanka ewidentnie ma jeszcze za mało roboty i obowiązków, bo postanowiła, że party będzie U NIEJ. Otwarcie sezonu grillowego. I żeby przyjść z mężami. Jezusie na obrusie, czy ja nie mogę trafiać na jakieś NUDNE NIEINTERESUJĄCE przyjęcia, z których się po godzinie wychodzi trzeźwym i znudzonym?…

Od samego wejścia było wesoło – pani domu otworzyła nam z lekko oszalałym wzrokiem, bo przyszła do niej sąsiadka i wręczyła KARPIA. Ot tak – z sympatii. Sąsiedzka przysługa. I przez całą imprezę próbowała nam tego karpia upchnąć. Najpierw do bieżącego zjedzenia, a później na wynos, żeby się go pozbyć z domu. Co jakiś czas karp w reklamówce brał udział w przyjęciu i rozmowach, bo nosiła go z lodówki na balkon i z powrotem i lamentowała nad nim. Sprawdziłam dziś rano torbę i kieszenie – nie wepchnęła go nam, może się dostał komuś innemu. Oprócz karpia prezentowana była jeszcze myśląca plastelina i to jest CZAD. Absolutnie taką kupuję. N. chce do niej strzelić z łuku, żeby zobaczyć, czy strzałka się odbije rykoszetem.

Strasznie się wszyscy darliśmy (może to ze starości się tak człowiekowi robi, bo głuchnie?) na różne tematy, ale w pewnej chwili zapanował taki moment ciszy. I w tej ciszy mój mąż, jak już wspominałam – absolutny mistrz dowcipów wyczynowych – spojrzał w górę na żyrandol i zadał zasadniczym tonem pytanie:

– A JAK ŻARÓWKI?…

Wszystkich zatkało, oprócz męża gospodyni, który równie zasadniczo odpowiedział:

– ŚWIECĄ!

Głupawki, która nas po tym opanowała, opisać się nie podejmuję, ale myślałam, że się uduszę i bolą mnie dziś wszystkie mięśnie.

Poza tym, dwa razy dostałam czkawki i wiózł nas w obie strony ten sam taksówkarz. Niezłe musi mieć teraz o nas mniemanie.

Oraz dostałam w prezencie kulki dopochwowe (no… zakładam, że jesteśmy tu wszyscy dorośli, więc bez fałszywej pruderii nazywajmy rzeczy po imieniu, prawda?). Niestety, nie zdążyłam ich porządnie obejrzeć, ani nawet hm, przymierzyć, ponieważ NATYCHMIAST N. mi je zabrał i schował. Z długim i dosadnym komentarzem, że nam to już tak odwala, ale to TAK odwala, że on już nie ma na mnie słów, ani na moje koleżanki, i że już całkowicie nam wali na dekiel i chyba mnie będzie musiał jednak zlać. Spoko, o tym, że chyba powinien mnie zlać, to słyszę już dwanaście lat, ale żałuję, że ich nie rozkminiłam, bo one są jakby puste w środku i z przesuwającym się środkiem ciężkości. Już naprawdę, nie miał się do czego przyczepić – WIELKIE MI CO.

Oraz jestem, hm, STRASZNIE blond. W życiu nie miałam takiego koloru włosów. Zażyczyłam sobie wiosennego ożywienia, no i mam. Moje rozjaśnione włosy okazały się mieć kolor miodoworudy i KOMPLETNIE nie wiem, co teraz.

O PRANIU KIECEK I FRYZJERZE

 

Dziś o piątej rano naprawiłam ekspres do kawy. O piątej rano! TYMI RĘCAMI. A na oko już nie rokował – ma swoje lata, bo dostaliśmy go w prezencie ślubnym.

(CO?… To ile lat ja jestem po ślubie? Nie, to NIEMOŻLIWE. Odmawiam liczenia lat po ślubie. I w ogóle LAT. Ludziom i ekspresom. Poza tym Einstein twierdził, że czas nie istnieje i ja mu wierzę za każdym razem, kiedy czekam, aż się zagotuje woda w czajniku).

Na razie ten zapowiadany upał jest taki dość zachowawczy. Na północy Hiszpanii też. Ale nie narzekam! Boże broń! Nawet dokonałam uprania wiosennych kiecek. W pralce. Łącznie z tymi egzemplarzami, które miały na metce przekreśloną pralkę i obok trupią główkę i skrzyżowane piszczele. TRUDNO. Jestem dla moich ciuchów surową, acz sprawiedliwą burdelmamą z Dzikiego Zachodu. Dbam o nie, ale jak się trafi jakaś ZA DELIKATNA i z WYMAGANIAMI, co to nie toleruje pralki, to mówię jej “Nie potrzebujemy tu takich, jak ty” (ze szklanką podłego ginu w jednej ręce, a rewolwerem w drugiej). Nie będą mi się szmaty panoszyć (jakkolwiek dwuznacznie by to nie zabrzmiało).

Horoskop mam do dupy, dupę grubą, ale za to idę do fryzjera w piątek, obciąć Zwierzątko Mojej Mamy.

O TYM, ŻE NARESZCIE JEST PIĘKNIE

 

Jak dopełzam do końca tygodnia, to sobie marzę cichutko, że ten następny to już MUSI być normalniejszy, spokojniejszy, już nas tak nie uszarga, po czym nadchodzi, własciwie NADJEŻDZA następny tydzień – galopując na koniu, wywijając lassem i z okrzykiem BONAAANZAAA! – i znów nas wyżymaczka wypluwa w piątek wieczorem, skonanych, z mordą w owsiance (metaforycznie, naturalnie).

Tak, wiem, to się nazywa ŻYCIE i tak już będzie zawsze, a ja i tak mam luzy i jestem beztroskim leniwym motylkiem (z wielkim tyłkiem).

(Ale nie tak wielkim, jak Kim Kardashian!).

Pies wykąpany wiosennie. Kąpałam oczywiście ja – N. “nie może na to patrzeć”. W efekcie ja jestem TA PODŁA, która kąpie i trzyma siłą przy suszeniu suszarką, a on jest ukochany pańcio, co się użali nad pieskiem i podaje żarcie pod stołem. Gorsza jest tylko Zebra, która obcina pazury. Czy to nie jest niesprawiedliwe, że to zawsze KOBIETA musi być TOM SUKOM i złym policjantem dla zwierząt i dzieci (no i teściowej naturalnie) dla ich dobra?

Piesek ślicznie pachnie szamponem Bambino i jest puchaty (ciekawe, kiedy znajdzie coś super fajnego, gnijącego i lepiącego, i się w tym wytarza). Resztę szamponu dostanie N. (i niech się cieszy, że kupiłam dziecięcy, a nie psi – niech to doceni).

Jaka piękna pogoda. Nawet jak leje, to jest pięknie. Prawie, PRAWIE wyszłam do ogródka dzisiaj.