No. To mamy upał, mole w szafkach i robotników na dachu (czy ja mogę zastosować roszczenie regresywne wobec kuny, cholera jasna?), niezapominajki, stokrotki i bez PRAWIE JUŻ (więc od soboty apiać leje, prawda).
Robaki, to jest jedyne, czego mi zimą nie brakowało. Zimą nic nie wychodzi z odpływu się przywitać, nie śmiga po ścianie i nie krąży namolnie nad głową. Od kilku dni wygłodniałe komary koniecznie chcą mi zrobić morfologię i ja tu widzę niewykorzystany potencjał diagnostyczny i oszczędności dla NFZ. Niech pacjent zachowa komary, które go pogryzły, i okazuje lekarzowi przy najbliższej wizycie. Zdrowe, wesołe, o świecących oczkach – nic pani nie będzie. Smutne, ociężałe i bekają – podwyższony cholesterol. Leżą na plecach i machają niezbornie nóżkami – panie Józku, niech pan tyle nie pije. Pijawki się zaprzęgło w służbie medycyny, to komarów się nie da? Wszystko się da!
Tak sobie wczoraj przy zmienianiu pościeli dumałam nad naturą wszechrzeczy oraz nad zawijaniem prześcieradeł pod materac w hotelach. Po co się to robi, zawsze mnie zastanawia. To znaczy, na pewno po to, żeby pokazać gościom, jak personel dla nich ciężko tyra, bo takie zawijanie, żeby łóżko zostało gładziutkie, bez jednej fałdki, to jest straszna robota. W dodatku jak się człowiek kładzie, to pierwsze, co robi, to musi to wszystko dokładnie spruć – strasznie dużo szarpania. W ogóle, nie cierpię pościeli typu koc między prześcieradłami, zawsze mi się to w nocy pokotłuje, rano się muszę odplątywać, masakra po prostu. Zdecydowanie wolę powłoczki. (Mój pies często ląduje w nocy w powłoczce kołdry i też rano nie może wyjść, biedactwo. Widać u nas zaplątywanie się w pościel to rodzinne).
A z seriali, to przepraszam, ale już mi się odbija kryminałem i obyczajem i weszłam w lekkie, bezpretensjonalne science fiction pod tytułem “Warehouse 13”. Rzecz jest o ściśle tajnym magazynie gdzieś na bezdrożach USA, gdzie rząd trzyma wszystkie tak zwane artefakty, stworzone przez ekscentrycznych geniuszy albo przez cholera wie kogo, które mogą stanowić zagrożenie dla ludzi (np. spinka Lukrecji Borgii albo dynks do przechodzenia przez ściany). Nad magazynem czuwa ekscentryczny geniusz, pomaga mu lekko nawiedzona szefowa motelu, która odczytuje aurę, a artefakty odzyskuje i przynosi do magazynu para specjalnych agentów. Podoba mi się pomysł samego magazynu, który jest trochę jak INBADCZAM z “Poniedziałku” Strugackich, trochę biblioteką z Niewidzialnego Uniwersytetu, a trochę przechowalnią z pierwszego Indiany Jonesa. W każdym razie, te artefakty tam dość rozrabiają, strzelają iskrami, nie można się przy nich denerwować, mogą próbować uciekać i tak dalej. No, mówiłam – nieciężki i normalnie bym się nie miała do czego przyczepić, gdyby nie aktorka, grająca AGENTKĘ (na imię jej Myka, co oni wymawiają MAJKA, ha). No więc, ma napompowaną kolagenem górną wargę i w najbardziej gorących momentach nie mogę się skupić na akcji, bo cały czas obserwuję wargę. Ona biegnie – ja patrzę na usta. I zastanawiam się, czy już były eksperymenty z wargami napompowanymi kolagenem w warunkach nieważkości. On się tam powinien zbić w kulkę, prawda? Mogłoby to całkiem nieźle wyglądać.