O DACHU, NADAL, BO PADA I TAK TO SIĘ SCHODZI

 

A może by tak hodować żaby? Bo co innego w taką pogodę? (Tylko po co te żaby? Na żabie udka? Dla bocianów? Nieeee, to zbyt okrutne… Halucynogenne! Są takie żaby, co wytwarzają jakiś narkotyk – „Pierwszorzędne Żaby do Lizania, sp. z o.o.”).

Wczoraj się ostałam za kierownictwo budowy i było miło i spokojnie (tzn. co 40 minut burza, chłopaki schodzą z dachu, wchodzą, za 40 minut – burza, schodzą… ale poza tym, to spokojnie), dopóki jeden nie zaskrobał nieśmiało do drzwi… Otwieram – czy by mógł prosić plasterek… Patrzę, a on obejmuje jedną ręką ZAKRWAWIONY KIKUT DRUGIEJ! Dzwonię załamana do N., żeby mu to opowiedzieć, a on „Ale czego ty wyjesz? To on w końcu ciebie tym młotkiem walnął?” – no i tak to z tym dachem.

W tak zwanym międzyczasie udłubałam firaneczkę. Prawda, że ładna? Mam jeszcze drugi kopersztych z innymi wazonami. Zresztą te wazony można dowolnie mieszać i przestawiać, bardzo fajny wzór.

 

O DAWCE KULTURY I DŁUGOPISIE

 

A zatem pomalowałam paznokcie u nóg na chocolate chiffon i ruszyliśmy na wystawę kolekcji Banku Santander do Wrocławia. Nie wiem, dlaczego wydawało mi się, że pogoda pozwoli na wystawienie palców u nóg na widok publiczny, ale skoro tak, to trzeba je mieć pomalowane, bo z niemalowanymi czuje się NAGA (albo i gorzej, niż naga, bo one mi wtedy przypominają takie gołe różowe robaczki typu krewetka bez skorupki). Tylko niestety nie na pastelowo, bo z pomalowanymi na pastelowo to pierwsza lepsza kontrola zdrowia publicznego każe mi się udać do najbliżej położonej kostnicy („Proszę sobie wziąć czarny worek na suwak i ułożyć się na tamtym stole”), tak czarująco bowiem mój odcień skóry wygląda w zestawieniu z pastelami.

Do muzeum – kolejka. Kolejki do muzeów pozwalają mieć nadzieję, że nie wszystko jeszcze stracone na tym świecie. Stajemy zatem, wystawa na parterze, w kilku małych, pozaginanych salkach, trochę a la jelito grube. Czymś czego KOMPLETNIE nie rozumiem, są trzy piętnastominutowe przerwy, podczas których publikę się wygania ze środka (nie wiem, obrazy musza odpocząć? Wietrzenie, nawilżanie? W całym Wrocławiu nie było powierzchni wystawienniczej, z której nie trzeba by wyganiać zwiedzających? Pierwszy raz w życiu się z czymś takim zetknęłam i lekko wydaje mi się to idiotyczne). Druga rzecz: sale są małe, oświetlenie pod sufitem, w związku z czym po płótnach latają bliki i żeby światło nie przeszkadzało, to obraz można oglądać tylko z jednego miejsca, pod określonym kątem. W takich małych salkach, z taką ilością ludzi to jest dość trudne, poza tym – może jestem upierdliwa i się nie znam, ale chyba powinno się móc oglądać płótno, stojąc CENTRALNIE pośrodku przed nim. A tam się nie da, bo np. Sorolla w miejscu głowy ma lampę.

Kolekcja – zacna; jeden Zurbaran, dwa van Dycki, jeden mały Miro, jeden Picasso („O rany, musiał to namalować na ciężkim kacu i chyba palcami” – jęknął mój mąż, ja się nie wypowiadam, różne rzeczy robiłam na kacu, ale nigdy nie malowałam obrazów, więc nie mam porównania), jeden El Greco (uwielbiam El Greco prawie tak, jak Boscha, jego kolory prosto z kostnicy i proporcje ciała, sugerujące któreś z kolei stadium rozkładu, bo tak się przecież nie układa żywa tkanka). No i portret ówczesnej niezłej flądry, Cleo de Merode, co podobno nawet miała romans z królem. Na portrecie jest bez biżuterii, że niby taka skromna, i ma zbolałą minę (N. twierdzi, że dlatego, że etola z norek jej się rozpruła).

Podsumowując: nie znam się na malarstwie, ale lubię sobie popatrzeć. Popatrzyłam sobie i było mi przyjemnie. Gdyby jeszcze nie wyganiali widowni, byłoby nawet przyjemniej, ale może mi się w dupie przewraca po takim Prado czy Thyssenie, gdzie naprawdę nikt mnie nie ganiał i nie wypędzał na kwadrans z sali, a też wisi El Greco, nawet większy.

Zjedliśmy obiad ze znajomymi w pięknym miejscu nad rzeką, naprzeciwko Uniwersytetu, przepiękny kawałek Wrocławia. I ile mostów! Jak w jakiejś Europie normalnie (za to droga do Wrocławia – straszna, zwariować można z tymi TIR-ami sunącymi przez wsie).

A śniła mi się Królowa Elżbieta, siedziała w limuzynie i dosiadłam się, żeby z nią o czymś porozmawiać, wypełnić formularz, i pożyczyła mi długopis. Oczywiście, oddałam długopis Jej Królewskiej Mości, bo tak mnie wychowano. (Co za idiotyczny sen, przecież zawsze wszyscy pożyczają długopisy ODE MNIE, bo noszę ich w torbie dwieście). Królowa była czarująca i miała prześliczną garsonkę z żakietem z rękawami ¾, w kolorze weneckiego różu ze wzorem paisley. (Do psychiatry nie potrzeba skierowania, prawda to?).

O SPRAWIEDLIWOŚCI. KRĄŻENIU. I DAISY

 

Dziś chciałabym się wypowiedzieć o sprawiedliwości na świecie oraz krążeniu. Bo na temat działania strony banku nie będę się wypowiadać, bo mnie szlag trafi, od pół godziny próbuję zlecić sześć przelewów, a w moim wieku to już trzeba się oszczędzać. Nerwy szczególnie.

No więc. Jeśli chodzi o sprawiedliwość, to – jak wiadomo – jej nie ma na świecie. Zgodnie z powyższą zasadą, mój mąż spędził urocze dwa dni na delegacji w Gdańsku, gdzie obżerał się rybnym garmażem u Kubickiego, a jeśli chodzi o rybny garmaż, to poważam dwa miejsca w Polsce: bar u pani Basi w Kątach oraz Kubickiego. No więc on tam emablował galarety i tatar ze śledzia, a ja z rozpaczy ugotowałam sobie kalafiora, bo – jak wiadomo – człowiek z kalafiorem w środku jest piękny i dobry (w każdym razie ładniejszy, lepszy i spokojniejszy od wersji tego samego człowieka BEZ kalafiora w środku). I co? I oparzyłam się parą! I jak tu się nie denerwować?…

A krążenie też kiedyś jakieś miałam, kiepskie bo kiepskie, a teraz już chyba nie mam wcale. Na pewno nie mam w kończynach (w kadłubie może jeszcze coś krąży). Ręce zawsze miałam zimne, ale teraz na dodatek przybyły mi fioletowe paznokcie, natomiast stopy jak pingwin. Nie rozgrzewają się nawet, jak założę dwie pary skarpetek. Wieczorem, jak je przytykam do osobistego męża celem ogrzania, to jest straszny wrzask i awantura. Kiedyś był tylko komentarz, jak można mieć tak zimne glony zamiast stóp, a teraz jest regularna afera, bo to podobno NIEMOŻLIWE, żeby ludzkie ciało miało ujemną temperaturę. Jak słowo daję, wyjadę na Saharę i będę się wynajmować karawanom jako wkład termiczny do lodówek z napojami.

Taka była rano ładna pogoda i pan Mann przywitał mnie, komunikując swym ciepłym głosem, że słoń gej stracił ząb, a jednak przyszły chmury i znowu kropi. Czarno widzę truskawki w tym roku. I ogórki, te pryszczate.

 

PS. A co powiecie na to, że Carey Mulligan zagrała Daisy Buchanan? Bo ja szczerze mówiąc trochę jestem w kropce. KOMPLETNIE mi się Daisy nie kojarzy z Carey i vice versa. Carey kiedyś nie lubiłam, a później polubiłam po „Never let me go”, ale jako Daisy?… No bardzo jestem ciekawa.

 

O TYM, ŻE MI ZIMNO (ZNOWU, ZNOWU, ZNOWU)

 

No to tydzień zaczął się pogrzebem – nie jakaś tam tragedia, przyjaciółka mojej babci, lat słuszne osiemdziesiąt z dokładką, kolej rzeczy. Pojechać trzeba było, bo bliższa była niż niejeden z tak zwanej rodziny. Zawsze przywoziła mi i Zebrze czekoladę (nawet, jak już byłyśmy grubo po trzydziestce) i przenigdy nie wolno było jej podać zupy pomidorowej, bo nie lubiła. (Znacie kogoś, kto nie lubi zupy pomidorowej?…). Z jeszcze jednym małżeństwem przyjaźnili się tak skromnie licząc od lat 50-tych, ale do końca wszyscy się do siebie zwracali per “pan” i “pani”. Koniec pewnej epoki – jak zauważyła jej córka.

Zmarzłam w kościele przeniebotycznie i grzechotałam jak mrożony królik w zamrażarce w Kauflandzie. Jakoś wydawało mi się, że skoro to KONIEC MAJA, to JEDNAK wystarczy, że mam grube dżinsy, koszulę, skórzaną kurtkę i szalik. Nie wystarczyło. A w dodatku zamknęli nam cukiernię Sowy, w której zamierzałyśmy z ciotką nabyć kostkę hiszpańską (ona) i rogaliki z wiśnią (ja) i dopieścić poziom cukru we krwi. Niestety, z przyczyn technicznych była zamknięta. AKURAT WCZORAJ.

Siedzę, kicham i MAM TEGO DOSYĆ – chcę dom na Wyspach Kanaryjskich, chcę wracać umęczona upałem do domu z pracy (w supermarkecie), chcę wstawać rano i mówić do N. “I znowu to cholerne słońce! Kiedy pojedziemy do Polski na urlop, pooglądać deszcz?”, na co on: “Chyba zwariowałaś, ja nawet nie mam długich spodni, wolisz dziś na kolację kalmary czy doradę, bo nie wiem, jaką wziąć przynętę”. Kalmary, zawsze wolę kalmary.

Kolekcja Banku Santander we Wrocławiu mnie kusi niezwykle. APSIK.

O TORNADO I TRAWNIKACH

 

Odkąd mój mąż usłyszał w Trójce, że tornado w USA atakuje jakieś 1200 razy w roku, mówi do mnie per “tornado”. Podobno atakuję go z podobną częstotliwością, zwłaszcza rano, kiedy to on jeszcze nie zdąży otworzyć oczu, a już ma wbite żądło.

Tłumaczę mu, że to wszystko dla jego dobra. Miałam ukochanych pradziadków, którzy dożyli 96 lat, a prababcia codziennie robiła pradziadkowi awanturę. Żeby mu krew dobrze krążyła w żyłach (a pradziadek dbał o to swoją drogą na własną rękę, chowając przed prababcią spirytus w szafie i codziennie jadł tłusty boczek i popijał tym spirytusem – to tak na marginesie dzisiejszych diet prozdrowotnych, co to ani grama tłuszczu i alkoholu). Do końca swoich dni obydwoje byli szczupli i bystrzy. Gdybym nie robiła afer, to by mu się krew zastała, a tak – ma świetne krążenie i czuje, że żyje.

A w ogóle to zwiał na zawody łucznicze, więc nie mam kogo zębem drasnąć, za to cały weekend mogę pouprawiać domową filozofię niższego rzędu, zagryzając krakersami chlebowymi (trochę się zakochałam się w krakersach chlebowych – a jakie są pyszne do wina!… ach).

Wspaniała pogoda w ten weekend. Wymarzona i najlepsza – dla trawników. Tylko CZY JA JESTEM TRAWNIKIEM?… Nie jestem. Jestem spokojną obywatelką w wieku niebezpieczie zbliżającym się do średniego, ze skłonnościami w kierunku lenistwa i czerwonego wina, i żądam ciepła, bo zwariuję i będą ofiary – nie tylko w komarach. Tornado będzie.

O DACHU I O TYM, ZE NIE LUBIĘ ROBALI

 

Siła fachowa od dachu depcze mi niezapominajki (bardzo je lubię, bo same przylazły, same się wysiały i ślicznie kwitną, a ja nie musiałam nawet kiwnąć palcem – mój ulubiony rodzaj roślinek, zaraz po stokrotkach na trawniku). A mrówki zeżarły mi słoik miodu, ale niech im tam. Pół słoika, w zasadzie, a miód i tak był fałszowany. Kupiony przy drodze ze Świnoujścia, miał być malinowy i był – na chama wymieszany z malinowym syropem.

Bardzo mi dobrze robią na psychikę te wściekłe ulewy plus świadomość, że część dachu mamy aktualnie przykrytą tylko folią. Niby grubą i szczelną, ale jednak. Zawsze to lepiej martwić się o cos konkretnego, a nie sobie hodować we łbie jakieś fantasmagoryczne kiełbie, nie?

Poza tym, chyba zacznę spać w rajstopach na głowie, jak Sabrina. Próbujemy wieczorami nie otwierać okien, a i tak z zewnątrz do szyb przyciskają się głodne i wściekłe mordy komarów i cały czas mam wrażenie, że jestem obserwowana przez coś, co mi zniesie jaja w uchu natychmiast jak zasnę.

Albo przedawkowałam „Dobrą żonę”, albo akcja siadła po tym, jak się przespali. Przewijam odcinki i czekam na sędziego Abernathy albo chociaż na Virginię Chance w roli wrednej prawniczki, bo początek 3 sezonu smutny i flaczasty.

 

PS. Z ostatniej chwili: “Jak zrobic futerkowe paznokcie” (od Hanki, oczywiscie – ona wszystko wytropi, ostatnio mi pokazywała Gregory’ego Georgeous). W odróżnieniu oczywiscie od paznokci kawiorowych. (Ratunku?…)

 

O KONTUZJI OD SAMEGO RANA

 

Miałam sobie ponarzekać na ten lakier do paznokci, co się mieni jak mucha – na żywo niestety wygląda gorzej, jakoś tak trupio. Ale już nie będę narzekać, gdyż albowiem idąc do biura potknęłam się o schodeczek i rozwaliłam sobie elegancko duży palec. Nie zauważyłam tego, dopóki krew nie zaczęła chlustać z piptołka, jak u złej siostry Kopciuszka. Już wiecie, że naprawdę. Nie cierpię takich akcji, bo mi poplamiło ulubionego espadryla i muszę trzymać nogę na parapecie. Wiecie, jak się niewygodnie gra w kwiatki na fejsbuku z nogą na parapecie?…

W sobotę burzy na ślubie niestety nie było, N. twierdzi, że jestem straszna osobą, żeby czegoś takiego młodym życzyć, a ja tylko chciałam, żeby COŚ SIĘ DZIAŁO i żeby było co wspominać. Poza tym dostałam skrętu kiszek, kiedy młodzi wypuścili gołąbki. Dwa. Białe, a raczej takie ecru. Moja dusza złośliwej małpy boleje, że żaden gołąbek nikogo nie obesrał (a niechby i mnie dla dobra sprawy).

(I od razu mi się przypomniało, jak Hanka opowiadała o przepięknym popołudniu w Łazienkach, kiedy to świecilo słońce, pianista grał wzruszające utwory Chopina, wszystkim się ze wzruszenia szkliły oczy, a centralnie na środku żwirowej alejki gołąb zapinał gołębicę, aż kurz szedł).

Oraz, w kwestii Dobrej Żony, zbliżam się do połowy drugiego sezonu i co? I NIC. Moi drodzy, w normalnym życiu bardzo bym Alicie lubiła i podziwiała, ale to jest SERIAL. I jako widz – żądam skandalu i romansu w miejscu pracy. I TO SZYBKO. I nic mnie nie obchodzi, że trzeba rozłożyć napięcie i zwroty akcji na cały sezon. I moi państwo, ta dziewczyna Willa to przecież w „Chirurgach” miała operację plastyczną twarzy i nasikała Karevowi na kanapę, więc niech teraz nie zgrywa takiej nowoczesnej. Koniec tego romantyzmu i mydlenia oczu gangami narkotykowymi – widz prosi o surowe mięso! Tym bardziej, że jest ranny w palec i potrzebuje pocieszenia!

O TYM, ZE BĘDZIE KĘSIM

 

Dobrze. To teraz proszę się ustawić w rządku, bo będę przesłuchiwać – KTO ODPOWIADA ZA TO, że do przedwczoraj nie oglądałam „The Good Wife”! I nie migać się, bo i tak odkryję, kto – znajdę i będzie musiał(a) za karę jeść oset.

Przecież to jest z Nurse Hathaway w roli głównej, więc powinnam się na niego rzucić, jak fetyszysta na używane rajstopy, od pierwszego odcinka! W dodatku, Big z Seksu w wielkim mieście siedzi w pierdlu za prostytutki – więc TYM BARDZIEJ. A, może się bałam, że to polityczny serial, nienawidzę. Okazało się, ze prawniczy – tez nie lubię, ale taki trochę inny, fajniejszy. No i jest Will, o którym wszyscy mówią, że to dwulicowa świnia, ale na razie jest dobry dla Carol Hathaway, a jak się uśmiechnie, to aż się człowiekowi robi miękko w dołku. I Kalinda, złośliwa jak osa i śliczna jak obrazek, ale od kolan w górę, bo nóżki musi mieć raczej takie sobie, skoro cały czas pakują ją w kozaki.

Dokładnie czegoś takiego mi brakowało w palecie serialowych smaków (tylko czy ona nie jest za dobra przypadkiem? Musi tak wszystkim wybaczać i być taka MIŁA I SZLACHETNA? Dam jej czas tak do połowy drugiego sezonu).

A córka sąsiada, ta, co ma jutro ślub, to chyba cały czas ma stres z powodu pogody. Bo niby się trochę ociepliło i nie musi sunąć w kożuchu do ołtarza, ale jednak na cała sobotę zapowiadają szalejące burze. Nie ma to jak zmoknąć jak kura w ślubnej sukni albo widowiskowo pożegnać się z welonem, jak trochę mocniej powieje. Ale co tam, młoda jest, niech się martwi – ze stresu się chudnie, a każda panna młoda się odchudza.

 

 

O ŚMIERDZENIU KOSMETYKÓW I ETUI

 

Nigdy nie rozpakuje tych pudeł z książkami. W zeszłym tygodniu trafiłam na stare wydania „Iskier” z radziecką fantastyką (Związek Radziecki miał dwie dobre rzeczy: kwas chlebowy z beczkowozów, co się go kupowało za jakieś grosze – nigdy później już nie piłam tak dobrego kwasu – oraz powieści i opowiadania science fiction). Teraz znowu całą stertę thrillerów medycznych Cooka i „Fale tłumią wiatr” Strugackich. Przecież ich nie odłożę na półkę tak po prostu, bez przeczytania. Więc reszta pudeł stoi i czeka na natchnienie.

Oraz, drogi pamiętniku, mam taki etap w życiu, że wszystko mi śmierdzi. Wędliny (ale to już od dawna) i kosmetyki. Jak mi strasznie śmierdzą kosmetyki!…

Nigdy nie przepadałam za balsamami do ciała, ale teraz nie mogę używać już większości żeli pod prysznic. Ze wszystkich przebija mi taki drażniący, chemiczny smród. Mowy nie ma, żebym kupiła jakieś biszkoptowe czy watę cukrową – fuj, fuj, fuj. Czekoladowe mi śmierdziały już wcześniej. Daje radę wyłącznie olejek do kąpieli i hipoalergiczny „Biały Jeleń”.

Z perfumami to samo. Od jakiegoś czasu używam minimalnie, odrobinka na nadgarstek, inaczej zaraz boli mnie głowa. W dodatku nie mogę znaleźć sobie zapachu. Matko kochana, przecież ja się kiedyś perfumowałam „Venezią” czy „Amor Amor” i szłam w miasto! Teraz bym zemdlała po kwadransie. Prawie wszystkie perfumy na rynku mają od jakiegoś czasu taką drażniącą nutę, tę, co zostaje najdłużej – nie wiem, zmienili bazę na tańszą czy co, zamiast wieloryba używają tyłka szczura – pojęcia nie mam, ale mnie drażni nie do wytrzymania. W dodatku pojawiło się to nawet w zapachach, które kiedyś bardzo lubiłam – „White Linen” czy „Oui” – niby delikatne i BACH! Na koniec jadą tym szczurem. Jedyne, co mi jeszcze zostały i nie pachną tym czymś, to ogrody Hermesa i Loewe.

Ale za to wino w ogóle mi nie śmierdzi! W ogóle – mogłabym się w nim kąpać i perfumować (gdyby to nie była taka marnacja).

A szwagier się popukał w głowę na widok mojego pięknego etui na telefon z króliczymi uszkami i puchatym ogonkiem. Ogon lekko przeszkadza, ale jest na przyssawkę i można go odczepiać. Po ostatniej wymianie szybki jednakowoż obiecałam N., ze kupię sobie etui ochronne. O walorach estetycznych nie było mowy.

 

O MOTYLACH… I ALKOHOLU… CZYLI JAK ZWYKLE

 

Tym razem wyszłam z Biedronki z MOTYLEM SOLARNYM (w kolorze niebieskim). Było to w piątek, kiedy – jak pamiętają najstarsi Górale – świeciło jeszcze słońce. Motyla złożyłam, wetknęłam w ziemię i zaczął popierniczać w kółko – z zachwytu aż przysiadłam i, oczywiście, natychmiast pożałowałam, że nie kupiliśmy ich więcej, z dziesięć! Niestety, kiedy następnego dnia NASI KOCHANI MĘŻCZYŹNI ogarnęli się na tyle, że byli w stanie wybrać się do Biedronki, to motyli prawie już nie było i przywieźli nam z Hanką jeszcze tylko po jednym. W dodatku słońce się skończyło i motyle zwisły (“Ej, Anka! Motyle ci zgniły!”).

Spoko. Jeszcze wyjdzie słońce i dadzą czadu (ja chcę tego więcej!).

(I kocyk. Motyl solarny i kocyk w paski, podobno w stylu gruźliczego sanatorium z lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia).

W sobotę rano przy śniadaniu zapytałam, kto rozlał wino na podkładkę pod talerz, bo była plama.

– Ty – odpowiedziała Hanka znad artykułu o tym, jak kobiety przejęły gangi narkotykowe w Irlandii, zatrudniły bezrobotne babcie, zakazały zabójstw w miesiącach letnich, bo trzeba jechać z dziećmi na wakacje, i wprowadziły opiekę dentystyczną dla dilerów. – Piotrek się spytał, czy nie przydałyby ci się jakieś zajęcia z panowania nad agresją. Chlusnęłaś w niego winem, a potem goniłaś go z nożem i darłaś się, że coś mu się chyba pomyliło, bo ty nie masz żadnych problemów z agresją.

Po południu wpadła Zebra z mężem i dzieckiem. Szybko odnalazły wspólny temat z Hanką – dziecko zapchały ciastem, a same zaczęły sobie opowiadać, jakie oglądają reality shows. Obie przyznały, że nie dają rady oglądać Kardashianów, ale poza tym jadą WSZYSTKO. Kiedy zaczęły sobie streszczać najlepsze odcinki serialu “Wstydliwe choroby”, to się zapowietrzyłam. Strasznie im zazdroszczę, serio. Bardzo bym chciała MÓC to oglądać, ale nie mogę. Po trzydziestu sekundach podnosi mi się ciśnienie, dostaję piany na pysku i oczy mi się przekręcają wgłąb czaszki. Nie wiem, dlaczego, ale potwornie mnie denerwują i potwornie, strasznie się wstydzę za tych ludzi (więc najchętniej bym ich wszystkich zabiła łopatą).

I jeszcze coś, co trochę wstrząsnęło… Może to za duże słowo – ale delikatnie puknęło w moje postrzeganie świata, ot, taka ryska na zderzaku. Bo ja się upieram, że raczej rozumiem słowo pisane (z małymi odstępstwami, typu książki Janusza Leona Wiśniewszkiego, Malwiny Kowszewicz i te pe). A wczoraj przeczytałam treść SMS-a, jakiego wysłała pani Magda Gessler do kierownika hotelu i jakbym dostała w splot słoneczny. Uwaga, cytuję, wrażliwi niech założą maski tlenowe najpierw sobie, a następnie dziecku:

“Proszę o pilny telefon. Nie warto nikomu z nas zachowywać się bez poczucia sympatii dla ludzi nietuzinkowych”

NO??? Ktoś wie, co to znaczy i w jakim to języku?… A ja przeczytałam i zrozumiałam nawet poemat dygresyjny “Beniowski”, i to w liceum!

I na zakończenie chciałabym zacytować przepiękną maksymę:

“Alkohol nie może być szkodliwy dla zdrowia, bo ludzie by go nie pili!”

Amen to that, brothers and sisters. Gdzie mój kieliszek.