O KUPAMIĘCI

 

22 marca: Śniegu na 1,5 Szczypawki.

 

Po raz kolejny ekipa blog.pl “ulepszyła” mi bloga, w związku z czym spieprzył sie cały szablon – ja jestem cierpliwa, leniwa, ale chyba mam tego dosyć.

 

PS. OMG, OMG OMG! Ale serial odkryłam! “Lightfields”. Brytyjski. Aaaaa!…

 

O ŚMIERDZĄCYM BUKSZPANIE I CZYSZCZENIU CIASTECZEK

 

Zimno mi, wściekła jestem i mam ochotę na pieczarki.

W dodatku śmierdzi mi w domu, bo kupiłam bukszpan. Nie oparłam się bukszpanowym sadzoneczkom w Lidlu (lub – jak to niektórzy mówią – LIDRZE), zabrałam je do domu, bo bardzo lubię bukszpan, a on mi się tak odwdzięcza, że śmierdzi na całą chałupę kocimi sikami. Fakt, że wiedziałam, że bukszpan ma charakterystyczny ZAPACH, ale nie, że AŻ TAKI – w ogrodzie jakoś mniej jest wyczuwalny. Już wiecie co.

Dostałam od N. w prezencie wieeeelką zakurzoną kupę papierów (“Zobacz co tam jest, kochanie, jak są jakieś decyzje czy akty notarialne, to trzeba skserować no i w ogóle weź to uporządkuj i COŚ Z TYM ZRÓB”). Kocham porządki w papierach prawie tak mocno, jak zapach kocich sików o poranku pod własnym dachem.

Lekko wczoraj popadłam w szezlong, bo przyszla zamówiona torba i okazała się PRZECUDNA, miękka, pachnąca oraz będąca jednokomorowym WOREM. Bez podszewki oraz ani jednej, ani ćwierci kieszoneczki, nawet takiej maciupkiej na dokumenty. Na całe szczęście, człowiek posiada światowe znajomości i już nie lamentuję, ponieważ Zuzanka zapoznała mnie z ofertą organizerów do torebki – da się coś z tego wykroić. Co nie zmienia faktu, że po takiej firmie (Mango) i w takiej cenie to ja bym się jednak spodziewała minimum podszewki. Jakieś standardy trzeba mieć, proszę firmy.

Przeglądarka mięsię pokopała, musiałam wyczyścić jej ciasteczka (hm, to brzmi tak troszkę, troszeczkę obleśnie i dwuznacznie – czyścić komuś ciasteczka) i teraz, panie dzieju, muszę sobie poprzypominać wszystkie hasła do wszystkich sklepów. Najwyżej zaoszczędzę, jak sobie nie przypomnę.

Czyli na pocieszenie zostały mi pieczarki.

 

O TYM, ŻE WIOSNA TO FLĄDRA

 

Nie odzywam się, bo odpadła mi głowa. To znaczy, WOLAŁABYM, żeby mi odpadła, tak mnie boli.

Przekichałam pół niedzieli i miałam coś jakby LEKUTKIE dreszcze – ale myślałam, że to ze szczęścia, że wygrali nasi skoczkowie kochani narciarscy, a w szczególności Piotr Żyła. No i w poniedziałek się wystroiłam na delegację w KOSZULĘ do spodni. KOSZULĘ. Zamiast – koszulę, sweter, polar, a na to bluzę od dresu. No cóż – ZMYLIŁO MNIE TO SŁOŃCE rano (całe 15 minut chyba go było, w każdym razie zdążyłam nawet założyć okulary p.słon.).

W efekcie JAK mnie roztelepało, to zległam po południu majestatycznie niczym przełamany Titanic, miód, herbata malinowa i sny w technikolorze, atrakcyjne jak bajka o Koniku Garbusku (czy współczesne dzieci oglądają bajkę o Koniku Garbusku? Czy obecnie jest to kategoria “Rusek męczy niepełnosprawne zwierzę dla korzyści materialnych!!!1111”).

A dziś patrzę A TU ZAMIEĆ najprawdziwsza.

Ta dziwka wiosna utknęła gdzieś w Hiszpanii, siedzi w tapas barach, pije wino i ani myśli ruszyć na północ, lafirynda wszeteczna wyuzdana.

Ide pod koc bo mi wszystko pląsa.

 

O PINGWINACH, JOGURCIE I PTASICH APETYTACH

 

Z nowości, to martwię się o pingwiny. Podobno pingwiny w depresji odłączają się od stada, żeby popełnić w samotności samobójstwo. Mam nadzieję, że to jakiś nius wyssany z palca i kompletna nieprawda oraz legenda miejska, jak z lemingami. Zwierzęta są zbyt miłe i mają za dużo zdrowego rozsądku, żeby popełniać samobójstwa.

A ja sobie wczoraj dogodziłam jogurtem truskawkowym i mam ewolucyjny wniosek, ale muszę nadmienić, ze był to jogurt w truskawce, takiej plastikowej. Z Biedronki, co tez wiele tłumaczy. Bo Biedronka na mnie dziwnie działa. Wchodzę i zamieniam się w tę wiewiórkę z Epoki Lodowcowej: MUSZE TO WSZYSTKO MIEĆ! Bo oni w tych koszach mają takie PRZEPIĘKNE rzeczy, wszystko mi się podoba i wszystko bym kupiła natychmiast, a najlepiej po dwa, żeby było na zapas, jak jedno się stłucze albo podrze. Nie wiem, chyba jakieś psychotropy rozpylają, albo ultradźwięki stymulujące ośrodek zakupów w mózgu, nie wiem. Ale inni ludzie tez tak mają – ostatnio weszliśmy ze znajomymi tylko po wodę i soki na weekend, a wyszliśmy z koszem wypchanym POD SUFIT, udekorowanym różowym ręcznikiem z konikiem Pony, którego w normalnych okolicznościach nikt by nie tknął kijem. Towary w tych koszach są nasączone heroiną, mówię wam.

No i właśnie w Biedronce znalazłam truskawki z jogurtem, a raczej jogurt zapakowany w plastikowe pojemniczki o kształcie truskawki. Z ogonka truskawki zrywa się kapselek i wysysa jogurt. Nic to, że nie jem innego jogurtu, tylko naturalny – MUSIAŁAM MIEĆ TE PRZEPIĘKNE TRUSKAWKI, to chyba oczywiste. A zatem biorę w domu odnośną truskawkę i zabieram się za jogurt i, hm. Następuje dysonans poznawczy. Takie truskawki chyba są produkowane dla dzieci (psychiczna baba to przypadkowy klient spoza targetu) – no więc, te dzieci muszą mieć niezły uciąg, jak dobry hydrofor. Com się naszarpała, żeby wydobyć nieco jogurtu ze środka, to moje. Choć może właśnie dzieci mają jeszcze odruch ssania, pozostałość z niemowlęctwa, i one sobie lepiej dadzą radę z takim opakowankiem? U mnie odruch ssania został całkowicie wyparty przez odruch sączenia z kieliszka. Widocznie te dwa odruchy nie mogą koegzystować. A jogurt średnio wstrętny. Ale truskawki bardzo fajne.

Nową książkę Justyny Bargielskiej – „Małe lisy” – zamówiłam. A na weekend mam „Naked” Davida Sedarisa, więc zapowiada się uczta. A propos uczta – moje ptaszki zżarły wczoraj 3 szklanki łuskanego słonecznika, pół bochenka chleba pokrojonego w kostkę i torebkę kaszy perłowej. I gdybym wysypała cos więcej, to też by zniknęło. MAM NADZIEJĘ, że to dlatego, że idzie wiosna i energia je rozpiera, a nie, że uzupełniają zapasy tłuszczu, bo zima potrwa jeszcze dwa miesiące. Albo i cztery.

 

O NASTROJU DOŚC MINOROWYM

 

Mam nieprzepartą ochotę założyć pod skafander letnią, powiewną kieckę. I emu na gołe nogi. I chodzić w okularach słonecznych przez cały dzień (i tak nic nie widać, bo jest ciemno od chmur i śnieżna kurzawa, więc co to zmieni – a przynajmniej humor mi się poprawi, bo jest CIENKO).

I mam dosyć, DOSYĆ! Skandynawskich kryminałów. Może dlatego, że ROZUMIEM, och, jak bardzo rozumiem, dlaczego oni się tam tak ochoczo wyrzynają wzajemnie: PRZEZ POGODĘ. Drogi świecie, jakie to szczęście, że jestem taka leniwa i nieruchawa z natury, bo doprawdy, niejedna tusza ludzka by mi zwisała w spiżarni (celem pobujania na poprawę humoru, oczywiście, a nie zjedzenia – A FUJ!). Przez ostatni tydzień mogłabym normalnie zamordować jakieś pięć osób (jedna na każdy dzień roboczy). Tak czy siak – KONIEC ze skandynawszczyzną. Bardzo proszę rynek wydawniczy o jakiś gorący, spocony, brazylijski kryminał, gdzie policja przybywa na miejsce zbrodni krzycząc “Jariva jarivaaaaa!” i strzelając z pistoletów, a kiedy okazuje się, że Konsuela otruła Ricardo, BO BYŁ JEJ NIEWIERNY, to zostaje uniewinniona. I wszyscy w rytmie samby udają się do knajpy na ceviche i tequilę pitą z pępka.

Coś nie widzę na Gazecie informacji, co uczestnicy konklawe dostali dziś na śniadanie (a przecież relacjonują MINUTA PO MINUCIE od dwóch dni). No wiecie co, żeby tak zaniedbywać czytelników. (Pewnie jajka po benedyktyńsku, ha, ha, haaaaa).

Dobra. Wódki poproszę (choć nie lubię) – albo siekierę.

 

 

O… NO O CZYM? O CZYM JA MOGĘ PISAĆ W TAKĄ POGODĘ???

 

Ktokolwiek trzyma pilota od pogody, to chciałam mu przekazać, że poczucie humoru ma słabe. Bardzo, bardzo słabe, na poziomie komedii z Adamem Sandlerem. To tyle na razie o pogodzie, bo nie mogę nawet o niej MYŚLEĆ bez ryzykowania wylewem.

Mam niejaką satysfakcję, że potwierdziły się moje obserwacje dotyczące sikorek. Są słodkie, ale mają w sobie coś takiego i tak się czasem zachowują, że wierzę, że są sytuację, w których po prostu wydziobują mózgi i rozszarpują nietoperze. Widać to po oczach. I wiecie, kto jeszcze ma coś takiego w oczach? Kobiety na zakupach. Czasem też w innych sytuacjach, ale głównie na zakupach.

Bardzo pięknie się rozwija motyw biznesowy w Grey’s Anatomy – acz nieco się pogubiłam w amerykańskiej ekonomii (uwaga, spojlery będzie, kto nie dobrnął do najnowszego odcinka): skoro szpital pada finansowo z uwagi na odszkodowanie, jakie musiał zapłacić tym z Losta, to dlaczego oni, żeby uratować szpital, muszą zainwestować całe swoje odszkodowanie plus dodatkowo kredyt na 175 milionów? Gdzie jest Waldo? To nie mogli się jakoś dogadać, żeby im rozłożyć wypłatę na kilka lat, wtedy wilk byłby syty, Manchester City, oni by mieli forsę, a szpital by działał? Dziwny ten rynek medyczny, Drogi Pamiętniczku, i nie na moją (wkurwioną na pogodę) głowiznę.

Aha, i nie mogę przy mężu oglądać “Girls”. Bo on, jak słyszy te dialogi, to na mnie krzyczy “CO TY OGLĄDASZ, ZWARIOWAŁAŚ JUŻ CAŁKIEM” a ja mu muszę tłumaczyć, że to nie są żadne pornochy, tylko normalnie UTALENTOWANY DEBIUT (droga Leno D., jesteś przezdolną osobą, ale czy twój full frontal jest naprawdę niezbędny przez większość każdego odcinka?) (ale Jessa jest przepiękna, chcę takie kiecki, jak ona nosi).

No i tak o. Temat przewodni popołudnia: “Napalmyż w kominku i nie zwariujmyż”.

 

O TYM, ŻE JESTEM GŁUPIA

 

Oj prawda, że wolałabym Dytko w lustrze oglądać, niż siebie. Bardzo do siebie pasujemy po zimie ze Szczypawką: ja wyglądam jak duża Czubaka, a ona – jak mała. W związku z powyższym zabrałam się za rachunki, bo mi kupa papierów urosła i trzeba było cos przedsięwziąć.

Zatem przedsięwzięłam, zwłaszcza, że nowoczesność mi się wdarła do domu i zagrody i dostałam jakieś LOGINY i HASŁA, gdzie mogę sobie obejrzeć kartotekę lokalu. Zalogowałam się, zahasłowałam i jęłam oglądać. Szybko doszłam do wniosku, że nie rozumiem NIC. Na przykład, skąd mi się wzięło jakieś dziwne SALDO. Przeklikałam wszystkie wpłaty czynszów i dotarłam do dziwnej kwoty BILANSU OTWARCIA, która za cholerę nie wiem, z czego wynika (to jak gra w Monopol, że na początek się dostaje kupkę pieniędzy?), ale wisi na koncie i robi za nadpłatę. No żesz jasna cholera, zamiast iść w długą na dzianiny i akcesoria do Mango, to jakieś nadpłaty hoduję?…

Z tego zdenerwowania normalnie poszłam oglądać serial i palec mi się opsnął i włączyłam „Chirurgów”, których już od dawna nie widziałam. I znowu siedziałam i się denerwowałam, że to jest serial WYBITNIE dla idiotów, a wszystkie bohaterki są jakieś opóźnione. I tak cztery odcinki pod rząd się denerwowałam, aż komuś uciekł lew i wszystkich pogryzł. A najgorsze, że jak już zaczęłam, to muszę skończyć sezon (co za głupi serial!) (ale powiedzcie mi, że tez tak macie, ze jak Meredith zaczyna się śmiać takim swoimi rechocikiem, to macie ją ochotę złapać za włosy i trzasnąć o metalową szafkę?… Plis plis plis?… Nie jestem sama, prawda?…)

W dodatku, jak widzę, skończyło się słoneczne dolce vita, póki co. Biedna rzeżucha.

 

O RZEŻUSZE

 

To słońce wczoraj jak wyszło, to zanurkowałam do torby, wyłowić okulary, żeby to UCZCIĆ (kiedy ja ostatni raz miałam na nosie okulary od słońca? Chyba jakieś PIĘC LAT TEMU?…). Nie bylo to proste, albowiem ja nie umiem nosić TOREBEK damskich i bardzo zazdroszczę paniom, ktore umieją. Każda moja torba pomieści ze trzy worki marynarskie i jeszcze zostanie luzu na flaszkę wina i kilogram ziemniaków. Niemniej jednak – dogrzebałam się, założyłam i napawałam. NARESZCIE.

Dopóki nie dojechałam do domu i w promieniach tego wyczekiwanego słońca nie zobaczyłam:

a) okien (aaaaaaaa!…)

b) siebie (AAAAAAAAAAA!!!!)

COŚ Z TYM TRZEBA ZROBIĆ. Znaczy, okna umyć, a mnie, to nie wiem, głowy sobie przecież nie odrąbię, ale może chociaż włosy bym obcięła?… (I najchętniej tak około połowy tyłka przy okazji, ale nie wiem, czy fryzjerka się podejmie).

Ale życie od razu piękniejsze. Dziś pierwszy raz od niepamiętamkiedy nie pomyślałam od samego rana przy myciu zębów, żeby wyrobić psu paszport i spierdalać z tobołkiem na Kanary. I posiałam rzeżuchę. I bardzo żałuję, że kupiłam w Biedronce tylko jeden hiacynt w w takiej butelce do hodowania, zamiast dziesięciu albo i więcej.

A “Morfina” Szczepana Twardocha – niezależnie od słońca – re we la cja.

I drugi sezon “Touch” z Kefirkiem bardzo daje radę, w odróżnieniu od drugiego sezonu “American Horror Story”, gdzie wszystko niby jest, a jakoś tak nie ten.

 

O MORMYSZCE I MAJONEZIE

 

Zmęczona jestem, bo odpoczywaliśmy w weekend w Łańsku. W rolach głównych wystąpili: galareta z nóżek, mój mąż – światowy czempion dowcipu wyczynowego, mormyszka, smażony majonez oraz duszek.

Duszka zrobila koleżanka łuczniczka. Jak robimy duszki, wie chyba każdy: pustą butelkę po wódce się ogrzewa, odkręca i podpala opary. Tylko, że w naszej butelce chyba zostało za dużo wódki, czy też może za mocno była ogrzana… Nie wiem, jakie procedury BHP zawiodły, ale zamiast duszka mieliśmy MIOTACZ PŁOMIENI, o mało nie podpalający chałupy, oraz spaloną skórę z dłoni i przedramienia. TAK TO JEST, jak się wódki nie dopija!

Mormyszki zabrakło naszym dzielnym wędkarzom. Rozłożyli wędki na pomoście i następnie wychodzili je odwiedzać, wracali lekko cuchnąc cygarami i z tłumaczeniem, że nie biorą, BO NIE MA MORMYSZKI. Gdyby była mormyszka, to ho ho ho! Nie udźwignęliby połowu. Musieliby przywiązywać sobie te ryby do pleców, boby ich nie dowlekli. Każdy by wrócił z weekendu z 60 kilogramami ryby. Na widok mormyszki ryby po prostu lawiną ruszają na brzeg, po drodze same się patrosząc i skrobiąc. Taka to rybia wunderwaffe, ta mormyszka.

Kupili tę mormyszkę dziś, po drodze w Stawigudzie. Jest to kawalątek blachy, wielkości połowy paznokcia małego palca, z doczepionym maciupkim haczykiem. Tjaaa.

Smażony majonez wystąpił na kanale Kuchnia+ (oglądaliśmy albo skoki narciarskie, albo programy kulinarne). Gromada ludzi w jakimś konkursie dostała zadanie od jurorki – usmażyć coś w głębokim tłuszczu (jurorka była z Południa USA, od razu ją polubiłam). Różne rzeczy smażyli, z ostrygami włącznie, ale jeden usmażył MAJONEZ. Myślałam, że to jakiś skrót myślowy albo taka nazwa potrawy, ale wyguglałam przepis, i nie, nie żaden skrót – tylko SMAŻONY MAJONEZ. Majonez się trzyma w zamrażarce, następnie z takiego zestalonego nabiera kuleczki, macza w cieście i smaży na głębokim tłuszczu. “Podawać z secret sauce” – napisali na końcu. Poszukałam zatem przepisu na secret sauce – voila: zmieszać pół na pół ketchup z majonezem. Więc majonez, smażony w cieście, w głębokim tłuszczu, z majonezem. Mimo mojego umiłowania do kury z KFC, przed CZYMŚ TAKIM jednak bym uciekła z krzykiem, bo nawet przy czytaniu przepisu cholesterol mi bulgotał.

Oraz poryczałam się na “Epoce lodowcowej 2” (włochate mnie zawsze wzrusza, a jeszcze z trąbą?…).

A niespodziewany medal w skokach narciarskich to i tak nic, w porównaniu z informacją z Florydy, gdzie się pod domem zrobiła MEGA DZIURA W ZIEMI i wciągnęła śpiącego faceta.

O PRZYJEMNYM FILMIE I TĘSKNOCIE ZA POMIDOREM

 

Okazuje się, ze ten tydzień jest OKROPNY ogólnoziemsko. Dajcie spokój, nawet Barca miała słaby tydzień! Taki wstyd, przegrać na własnym boisku, w dodatku z Kryśką Ronaldo. Mało tego –  on nadal TRWA i daje się we znaki – kwiatki padły, Qwirkle padły, w normalnych okolicznościach zalecałabym strategie „położyć się pod kocem i przeczekać”, ale w tym tygodniu to się boję, ze z koca wyjdą krwiożercze mole, kanapa się zarwie i przygniecie mnie meteoryt.

Wobec czego zakochałam się w filmie pod tytułem „Silver Lining”, przetłumaczonym na polski przecudownie jako „Poradnik pozytywnego myślenia” – tytuł akurat tak dobrany, żeby filmu się nie chciało nawet kijem tknąć. Niemniej jednak tknęłam, bo bohater wychodzi z psychiatryka. Mam słabość do filmów, w których bohater przebywa, wychodzi bądź właśnie jest zamykany w psychiatryku. Nie wiem, czemu, ale jeszcze się nie zawiodłam na żadnym. Po dziesięciu minutach byłam zakochana w narracji, zakochana w muzyce i zakochana we wszystkich chyba postaciach. Dlaczego tylko główny bohater był w psychiatryku, a nie wszyscy, to nie wiem, ale dzięki temu przynajmniej nie jest nudno nawet przez minutę. Fabuła jest banalna, zakończenie aż za bardzo przepiękne, taki ot, Dirty Dancing dla potłuczonych. Ale coś magnetyzuje. Kiedy Pat zabiera Tiffany na randkę (na owsiankę z rodzynkami – jak się nie zakochać?), to leci mój najulubieńszy ze wszystkich kawałek Brubecka, ten z klaskaniem. Dołączam go do kupki filmów na paskudne dni, do oglądania na pocieszenie, z psem na kolanach i kubkiem herbaty (i nieposprzątaną chałupa w tle, ale to doprawdy SZCZEGÓŁ).

Mam strasznie dosyć zimowej diety. Zjadłabym kanapkę z pomidorem, takim malinowym, prosto z krzaka, pachnącym łodygą, ciepłym od słońca. Z solą. Z czego jeszcze przez kilka miesięcy osiągalna będzie tylko SÓL, jego mać.