Wczoraj był taki dzień, jakie lubię najbardziej na świecie. Tak strasznie żałuję, że wódka mi nie służy i nie mogłam się wieczorem po prostu nagrzmocić jak stodoła, bo winem to jednak nie to. Nie ma tego wydźwięku.
Po pierwsze, obudziłam się z TAKĄ migreną, normalnie jak ottont dotont. Więc solpadeina. Mam tylko rozpuszczalną, więc już jest pięknie, ryj mi zdrętwiał od tej ohydy.
Za chwilę N. przynosi spod karmnika małego, biednego czyżyka, który za chwilę schodzi z tego łez padołu. Tak bywa na tym świecie, ale humor mi się przez to NIE POPRAWIŁ, a głowa nie przestała boleć.
Następnie po spotkaniu otrzymujemy suwenir w postaci dwóch bażancich trupów. Poczułam bardzo wyraźnie, że mam już dosyć tego dnia. A i tak najlepsze było jeszcze przede mną.
Kiedy to odebrałam telefon od N., który pojechał na ważne spotkanie, z komunikatem „KOCHANIE, LEŻĘ W ROWIE”.
Położyłam się na kanapie i czekałam, kiedy spadnie na mnie sufit. Ale nie spadł, co nawet mnie zdziwiło (jak już ochłonęłam na tyle, że MOGŁAM MYSLEĆ i się dziwić).
Ten mój wrócił z tego rowu w jednym kawałku, chociaż jak wiemy z seriali medycznych, niczego to nie gwarantuje, bo np. może się za tydzień okazać, że ma złamany kręgosłup w trzech miejscach. Cały wieczór leczył się najlepszym dostępnym na rynku lekarstwem, a mianowicie bimbrem z Białegostoku o nazwie „Duch Puszczy”. Wspaniały ten trunek na moje oko wygląda jak dobowa zbiórka moczu, a Hanka mówi, że u nich w domu przegryzł butelkę. SZKLANĄ butelkę.
Komus się fajniej zaczął tydzień?… Relanium kupię w każdej ilości.
