Pralka już dobrze. Przyszedł majster, naprawa zajęła mu dziesięć minut (plus wycieranie podłogi – ale to już ja, więc się nie liczy) i przez te dziesięć minut zdążył się zaprzyjaźnić z N. i opowiedzieć całe swoje życie. Nie dość, że mamy oczyszczony filtr, to wiemy także: jak pan majster zapoznał swoją żonę, ile lat są po ślubie, w jaki dzień wypada ich rocznica, kto ze znajomych pana majstra ze szkoły mieszka dwa domy za nami… I jakieś cztery tysiące innych drobiazgów z życia pana majstra (a mówią, że blogerzy to ekshibicjoniści!). Na koniec znajomości pan majster już nawet próbował szkolić N. w zakresie negocjacji małżeńskich:
– Bo wie pan, jak ona mi mówi, że może byś już nie pił, to ja jej – to ty nie pal!
– Niedobrze – zmartwił się N. – Bo widzi pan, u nas to ja pije i palę.
Pan majster zgodził się, że w takim przypadku to faktycznie trudniej.
Pan majster był wyjątkowym gadułą, ale N. tak ma ze wszystkimi. Na naszych wakacjach weszliśmy przez przypadek na pierwsze wino do malutkiego baru „Don Jamon” obok hotelu, który okazał się mieć wina i wędliny z północy Hiszpanii, a właściciel pochodził z Galicji. Od słowa do słowa, wpadaliśmy tam codziennie i przez te kilka dni dowiedzieliśmy się:
– gdzie właściciel poprzednio pracował i dlaczego odszedł;
– że ma żonę Kolumbijkę;
– jaki mają rozkład dnia;
– kto jest od przygotowywania przystawek;
– ile ma lat i czym interesuje się ich syn (piłką nożną, no a czym?);
– historię wynajmu lokalu na bar wraz z okazaniem hipoteki;
– perypetie z drukowaniem menu, a jeszcze i tak przynieśli mu z błędami;
– dlaczego radio tak trzeszczy;
– ile zamierza postawić stolików, jak mu architekt zrobi obrys;
– skąd sprowadza wędliny;
– jaki jest system opodatkowania lokali na Wyspach Kanaryjskich;
– co robił wczoraj wieczorem;
– w dodatku pożyczył nam korkociąg i razem z nim i jego żoną oglądaliśmy hiszpańskie „Koło fortuny” i z koleżanką łuczniczką odgadłyśmy hasło JAKO PIERWSZE! (Hasło było z gatunku PSICHOSA i brzmiało, że najlepszym przyjacielem muchacho jest su madre – aż nas ciarki przeszły na samą myśl).
Zawsze w takich sytuacjach się zastanawiam, jak to jest możliwe. Mój mąż, który potrafi zostać najlepszym przyjacielem taksówkarza po pięciominutowym kursie, oraz ja, która najchętniej siedzę w zakurzonym kącie i porozumiewam się monosylabami i systemem chrząknięć. Jak to możliwe, że Wszechświat zdecydował się nas ze sobą zetknąć (a na dodatek on przez tyle lat mnie jeszcze nie zabił) (choć już dobrych parę razy mi to proponował).
Ale wino w „Don Jamon” bardzo dobre – czerwone Protos, białe Ribeiro podobno wyśmienite (ja się na białym nie znam, bo nie przepadam, na mój gust aż za świeże i za delikatne).
A z pralki wyszedł guzik, dwugroszówka i dużo tych takich plastikowych płaskich patyków, co się wsuwa w kołnierzyki męskich koszul i ja mam zawsze dylemat, czy je wyjmować, czy nie, więc pralka je wyjmuje za mnie. I później ma biedula czkawkę.







