O TALERZYKU, CO LEŻAŁ

 

Nie wymagajmy za wiele, w końcu to pierwszy poniedziałek jesieni. Czyli punkty ujemne liczą się potrójnie (i idziesz do więzienia).

Na wstępie wsadziłam sobie do oka palec ubrudzony podkładem. W oku znajdowała się soczewka i oba produkty trochę się pogryzły, więc świecę jednym okiem na czerwono jak Terminator.

Następnie po drodze do pracy lało na autostradzie, więc obowiązkowo, skoro nic nie widać, to koniecznie jeden ambitny TIR wyprzedzał lewym pasem rząd innych TIR-ow, oczywiście pod górę. Oczywiście, nie bardzo mu to wychodziło i zrobił się dość fajny korek, a sytuacji na granicy wypadku naliczyłam tak z dziesięć, bo oczywiście natychmiast wszyscy się brali wyprzedzać tego TIR-a z lewej pomiędzy TIR-ami z prawej.

Wchodzę na miękkich kolanach do biura, odreagować na kolorowo i… TAK! Cukierki nie działają!

Jak mawiał klasyk: Bawię się nożem, jest coraz gorzej.

Na pocieszenie mam pumpernikiel ze śliwką, ale nie wiem, czy to wystarczy.

 

O ZIMNIE I CHANDRZE

 

(Cały czas powraca do mnie we wspomnieniach TORT, a raczej zelówka trampka nasączona męskim dezodorantem; nie mogę oglądać zdjęć, bo aż mnie otrząsa).

Zimno mi. Cały czas mi zimno. W domu noszę dwie pary skarpet i zastanawiałam się wczoraj nad trzecią. Skwierczę N. do telefonu, żeby szybciej wracał i napalił w kominku, gdyż uświerkam, na co on ma dla mnie dwie rady: a) wyjdź do ogródka, b) zjedz szprotkę. Totalnie chce się mnie pozbyć.

Na fali lekkiej chujni obejrzałam pierwszy film Almodovara, który zupełnie mi się nie podobał: „Drżące ciało”. Nic. Niczym na mnie nie zagrał. Wpadł jednym okiem i wypadł drugim. I wiecie, ja nie rozumiem fenomenu Javiera Bardem. Ze taki przystojny. Serio? Ale, serio serio? Jako aktor oczywiście świetny, ale wizualnie to ja się go trochę boję. Boris Karloff to przy nim był miły, puszysty króliczek.

I „Dwa dni w  Nowym Jorku” też w ogóle nie. No przepraszam, ja bardzo lubię żarty ze stereotypów kulturowych, ale jakieś minimum wyrafinowania by się przydało. Z „Dwóch dni w Nowym Jorku” wynika, że Francuzi śmierdzą, a spokrewnione kobiety zachowują się jak opóźnione w rozwoju tchórzofretki i wyzywają od dziwek. Na głos.

No więc nie wiem, czy to przez pogodę nic mi się nie podoba, czy to depresja związana z wiekiem, czy trafiły mi się wybitne gnioty. Chyba sobie trzeciego Iron Mana obejrzę na pocieszenie, Tony Stark leczy wszystkie chandry (prawie, PRAWIE kupiłam sobie lalkę „Tony Stark the Mechanic” w dresowej bluzie i dżinsach, już ją miałam w koszyku).

 

O TYM, ZE M. IN. MI ZIMNO

No więc uprawiam tak zwany powrót do rzeczywistości po jubileuszu.

Rozpustnie mi życie płynie, bo Strójwąsa jem budynie (to żart, oczywiście, bo nie lubię budyniu, już wole kisiel, choć najchętniej to żadne z powyższych, tylko te malutkie galaretki z Kredensu).

Wywlokłam się dziś z domu w największym, najdłuższym swetrze, jaki znalazłam. W końcu mamy lato! Plus szalik, oczywiście.

Nawet w alkoholizm nie mogę sobie popaść (a w co innego można popadać w taka pogodę, hę?), bo COŚ mi się takiego zrobiło, że nie mam ochoty na wino! Nawet, jak już piję, to lampkę i to wszystko. WYPRASZAM SOBIE! W tym wieku bez nałogów to jak Quasimodo bez garbu, w tej chwili ma mi wrócić umiłowanie do wina, co ja będę robić w Hiszpanii? Trzeźwa siedzieć? Niedoczekanie.

Piękny, przepiękny jest ten nowy film z Julie Delpy i Etanem Hawke („Przed północą” chyba? Trzecia część tego ich cyklu). Powoli się rozkręca, cały przegadany, nic się nie dzieje (do tego stopnia, że w pewnym momencie miałam nadzieję, że kozy się na nich rzucą i ich rozszarpią), ale małżeńskie dialogi – bezbłędne. Julie wychodzi z hotelowego pokoju, trzaskając drzwiami i z majtkami w ręku (miałam potworny stres o te majtki, ja się bardzo denerwuję, kiedy ludzie chodzą bez majtek, tak mam), a na końcowej scenie wzruszyłam się jak dzika świnia, kiedy wszystko wisiało na włosku i zależało od tego, co ONA powie. Dawno nie widziałam lepszego filmu o miłości, tyle powiem (prawdziwej miłości, a nie tam, że on zobaczył ją i kombinuje, jak by tu bzyknąć).

Nie mogę patrzeć na prognozę pogody, gdyż chce mi się wyć.

 

 

O, NIESTETY, BARDZO MI PRZYKRO, TORCIE

 

(Trochę jestem przeziębiona, bo a) N. nie chciał napalić w kominku, mimo, że miałam bardzo zimny nosek, bo twierdził, że zimny nos to zdrowy, oraz b) goście mi wyłazili do ogrodu w te i wefte, a ja za nimi, przypilnować, żeby mi czegoś nie wynieśli, na przykład kreta albo doniczki, no i teraz mnie telepie. APSIK!).

Nawet nie było tak strasznie, tzn. dla mnie, bo ja dostawałam śliczne prezenty – rękodzieło artystyczne, biżuterię, Freddy’ego Krugera z dodatkową głową oraz porcelanowego R2D2 w postaci słoika na ciasteczka (na JAKIE CIASTECZKA! W moim wieku to już tylko glony, ziółka i proszki na wątrobę!). Ale N. przeżył chwilę grozy, kiedy to moje koleżanki ze szkoły wypiły mu całą wódkę. Ha! Minę miał, jak ja, kiedy oglądałam zza kanapy “Haunting in Connecticut”.

Ale i tak całą imprezę ukradł TORT.

N. zamówił tort w cukierni w Żyrardowie, chociaż prosiłam, żeby nie, mówiłam i tłumaczyłam, żeby nie. Niestety, jak wiadomo, z samcem ALFA nie da się przeprowadzić żadnej dyskusji na argumenty.

No i tort zaistniał. Zaraz po wyrzutniach confetti (następnego dnia rano: “Jezu, kochanie, jak my to teraz posprzątamy?…”). Podobno, PODOBNO miał być śmietankowy. Ha. Na moje, to była silikonowa pianka do uszczelniania okien wymieszana z dezodorantem Old Spice. Naprawdę wrażenia z jego konsumpcji były porównywalne z jazdą tyłem na koniu. (Choć dziś, jak sobie to wspominam, to raczej bym stawiała na męski dezodorant BAC)

A później działy się straszne rzeczy. Zapomnijmy o nich.

Nic to, jak mawiał Mały Rycerz. Weszliśmy w wieki średnie, a wiadomo, czym się one charakteryzują: Wyprawy Krzyżowe, płonące stosy i Hiszpańska Inkwizycja. Przynajmniej nie będzie nudno. Zawsze powtarzałam, że młodość jest przereklamowana.

 

O? TO JUŻ?

 

No dobrze.

To może ja się położę i dostanę histerii w związku z tym, że właśnie statystycznie jutro minie mi PÓŁ ZYCIA (co najmniej).

Gdzie wino.

 

PS. JEST! Pierwszy prezent; “100 mów pogrzebowych”, Ks. Julian Smoleński, Warszawa, Skład Główny w drukarni Stanisława Niemiery, 1890.

O TYM, ZE IDĘ ZWARIOWAĆ

 

To, co wczoraj na koniec dnia przeżyłam, to normalnie gdybym paliła, to bym trzęsącymi rekami odpalała dziś od rana fajka od fajka. I popijała brandy (nie znoszę brandy).

No więc.

Wraca N. z delegacji służbowej. Otwieram mu drzwi z klucza, no bo w końcu to on ten dom zbudował i niech sobie wejdzie, jak już się ze mną ożenił. N. wchodzi, oczywiście nie przerywając napierniczania przez komórkę (akurat organizował akcję policyjną, żeby posprzątać pijaka leżącego w poprzek nieoświetlonej wiejskiej drogi), a ja dostrzegam kątem oka jakiś RUCH. Patrzę dokładniej.

Z drugiego końca chałupy PĘDZI W NASZĄ STRONĘ szara włochata kulka! Pędzi jak oszalała! Trochę mniejsza od piłki tenisowej. PAJĄK! Ale JAKI! Ogromny, szary, włochaty i – co najlepsze – usłyszał głos N. i gna w jego stronę, mało sobie nie połamie nóg!

Ja oczywiście półzawał i wskoczyłam na żyrandol w przedpokoju.

Pająk przybiegł, zahamował ślizgiem, zamerdał odwłokiem i dał nura pod skrzynię na buty.

Ja wiszę na żyrandolu i nie rozumiem, co widziałam. To znaczy, widziałam już gnające pająki, nie raz. Ale zawsze w druga stronę – uciekały od człowieka, a nie DO! Zwiewały wypłoszone z kryjówki, a nie przybiegały z oddalonego kąta! Na dodatek, poprzedniego dnia skończyła się dwudniowa, dokładna depająkizacja połączona z polerowaniem płaszczyzn w całej chałupie – więc jak ten skurczybyk się ostał?…

N. skończył z policją, odłożył telefon, zdjął mnie z żyrandola i powiedział, że on zna tego pająka. Codziennie się z nim widzi, kumplują się. Nie widzi nic dziwnego w tym, że pająk się przybiegł z nim przywitać, a ja jak zwykle robię dramat, histerię i zamieszanie; mieszka sobie spokojnie pod skrzynią na buty i chyba nic mi od tego nie ubędzie.

No… niby nie ubędzie, ale trochę mi jednak słabo. I co sobie przypomnę, jak on GNAŁ z rozwianym włosem (na nogach), to naprawdę bym zapaliła z nerwów. I niech N. mu mnie nie przedstawia, niech on się ze mną nie wita, albo od razu powieszę w przedpokoju defibrylator (w Monako defibrylatory wiszą na latarniach, sama widziałam).

Chociaż. W robocie N. musi się czasem z takimi osobnikami dogadywać, że wierzę mu, że włochaty pająk w domu to dla niego relaks, rekreacja i sama przyjemność. (Ale musi się od razu zaprzyjaźniać?…)

Tak czy siak – wezmę i zwariuję, a MAM w tym roku powody, oj mam!

 

O LEKKIM DOŁECZKU I DOBREJ KSIĄŻCE

 

No nie, nie wyjechałam jeszcze, kilka ostatnich dni było takich pod znakiem ogólnej zniżki. Głowa boli i jakoś tak ogólnie patafijnie (od: patafian).

Aż mnie refleksja ogarnęła, że czasem życie przypomina duży, nowoczesny, dobrze wyposażony gabinet proktologa. Niby coś ten, a i tak większość do dupy.

Na przykład, ugryzła mnie osa w dłoń. Moja wina, bo odpędzałam ją od sałatki, którą miałam zamiar zjeść. Ona najwyraźniej też. Ale ja byłam większa i miałam ścierkę. A ona mi na to, że ona ma żądło – i dziab! A najlepsze, że po tym ugryzieniu, zamiast – jak normalny człowiek – mieć spuchniętą rękę, to dostałam jakiejś wysypki na ryju. Klasyczne tudorowskie wyrzuty po mordzie (bo N. ją zatłukł w efekcie, przykro mi).

Na przykład, znalazłam nam fajny hotel. Nie śliczne bungalowy, otoczone śródziemnomorską, pachnącą roślinnością i znajdujące się pośrodku niczego, 12 kilometrów od cywilizacji, o nie – miejski hotel przy samej plaży i przy samym centrum Corralejo. Wszystkie knajpy wieczorem nasze! N. się niezwykle ucieszył i następne, co wykonał, to telefon do znajomego, żeby omówić ilość zabieranych wędek, bo tam niedaleko są takie skałki… No kurwa, gdyby nie to, że właśnie obcięłam paznokcie, to bym podrapała ścianę. Nie no, nie ma jak wyczekany wyjazd na urlop, na którym mogę sobie pooglądać plecy i tyłek mojego męża, moczącego kij. Szczęściem dookoła jest tyle knajp, że zawsze u jakiegoś Manuela albo Suso znajdzie się miejsce dla samotnej, bladej kobiety na kieliszek tinto, ale i tak mnie zdenerwował. Na tyle, żeby przemyśleć strategię co do przyszłych urlopów.

Na ukojenie nerwów oglądam świetny miniserial BBC (oni są mistrzami świata w tych miniserialach) “What Remains”. O dziewczynie, która mieszka w starej kamienicy, któregoś dnia wraca z zakupów, wchodzi na strych i… po dwóch latach znajdują jej ciało. Na tym strychu. Nikt się nie zainteresował przez dwa lata, gdzie i dlaczego zniknęła. Klimat niesamowity i gra żona Luthera (apodyktyczną lesbijkę).

I książkę mam, co mi Hanka pożyczyła jakiś czas temu, ja wetknęłam na półkę i odhaczyłam sobie jako przeczytaną, na szczęście sięgnęłam po nią i prawie oszalałam z zachwytu. “Niewidzialne potwory” Palahniuka. Główną bohaterką / narratorką jest modelka, której na autostradzie ktoś odstrzelił dolną część twarzy. Nie wiem, dlaczego wszędzie piszą, że to jest książka o konsumpcjonizmie. Dla mnie ona jest o samotności i wyobcowaniu i o rozliczeniach z przeszłością… W czytaniu jest jak jazda na rollercoasterze, poziom absurdu chwilami wybija dziury w suficie, świetna.

I ciągle mi zimno, do stóp to już mi chyba wcale nie dopływa krew, bo straciłam w nich czucie i niczym nie idzie ich ugrzać. Może mam brucelozę? A może tęgoryjca?…

O SMUTNYM NAPOJU

 

Serdecznie witam wszystkich znad filiżanki lnianego, parującego gluta, albowiem żołądek mi wczoraj odmówił współpracy. Boleśnie i kategorycznie.

Najgorsze było to, że jak tak sobie wieczorkiem leżałam i mnie dźgało, i robiłam rachunek sumienia, co takiego zeżarłam, że mogło mi zaszkodzić, jedyne, co niezdrowego wciągnęłam, to krakersy. Krakersy!… Ja wiem, że są tłuste i na proszku do pieczenia, ale… Krakersy?… Serio?… Gdyby to były ze dwa wiadra KFC, zagryzione słoiczkiem papryczek jalapeno i poprawione borowikami w śmietanie – to rozumiem. Ale – KRAKERSY?…

Czas, naprawdę czas, zaprzyjaźnić się z miłym, otwartym światopoglądowo weterynarzem. Który, jak przyjdę do niego i spojrzę mu głęboko w oczy, bez specjalnego wnikania ułoży mnie na stalowym stole i humanitarnie uśpi. Jakimiś fajnymi halucynogennymi dragami.

I znajoma mi powiedziała, że schudłam. No nie schudłam, tylko miałam czarną, dopasowaną w talii koszulę (a nie worek, jak zwykle), ale zawsze to miło. (To powinien być taki kanon dla kobiet, zamiast „Cześć” powinnyśmy sobie mówić na powitanie i pożegnanie – „Schudłaś!” i odpowiadać „Ty też schudłaś”).

Odkupiłam sobie w antykwariacie „Jakim prawem” Urbana – książka stracona w liceum (pożyczyłam jakiejś nieoddającej francy), zbiór opowiadań z ówczesnych kronik kryminalnych, przecudownych, pamiętam kawałek z panią w stylonowej halce na tapczanie. Nieżywą od trzech miesięcy w momencie znalezienia. I cieszyłabym się z tego znacznie bardziej, gdyby nie lniany glut, czyli moja dzisiejsza dieta cud. Ech.

 

PS. O, ale numer, Karlos Arguinano zrobił panierkę do ryby z popcornu, tego styropianu – rozdrobnił w malakserze i tytłał w tym rybę, zamiast w tartej bułce. Hm.

O NIELUBIENIU TEMPERATURY

 

No więc w celtyckim zodiaku jestem, niespodzianka niespodzianka, WINOROŚLĄ.

Tu powinien być najeżony wykrzyknikami i argumentami akapit o wydźwięku „a nie mówiłam” (bo a nie mówiłam? Całe życie? Że mam identyczne wymagania, jak winorośl? I że winorośl jest podstawą cywilizacji? I nie tylko?), ale mi się nie chce.

A nie chce mi się, bo jest ZIMNO! Na jutro zamówiona moja UKOCHANA cysterna z napisem OLEJ OPAŁOWY, nienawidzę tej pory roku, kiedy w moim życiu pojawia się cokolwiek z napisem OLEJ OPAŁOWY. Zwłaszcza w tym roku, kiedy tak strasznie krótko było ciepło. I tylko trochę poprawia mi humor fakt, że tydzień grzania dupy i wysiadywania w ciepłe noce po knajpach w Corralejo jeszcze przede mną.

„Brudna robota” zostaje niniejszym jedną z moich ulubionych książek. Mimo, że temat jest nienowy i parę razy przerabiany, i to przez mistrzów pióra (np. Pratchett) – ot, niczego nieświadomy, spokojny facecik zostaje mianowicie wysłannikiem ŚMIERCI (było, prawda?), to jego rozwinięcie jest bardziej, niż zadowalające. Może dlatego, ze nie dzieje się w jakimś mniej lub bardziej magicznym, alternatywnym wszechświecie, tylko u nas, na Ziemi, tu i teraz. I nic to, że pewnego dnia zastajesz w sypialni córki dwa piekielne ogary, które potrafią zjeść teflonowa patelnię; wystarczy, że na spacerze na pytanie „Jaka to rasa?” odpowiesz „Piekielne ogary IRLANDZKIE”, żeby nikt się niczemu nie dziwił. Nikogo tez nie dziwi, a właściwie mało kogo obchodzi, że ludzka dusza może się mieścić w implantach cycków, a porośnięte piórami dziwki z długimi szponami mówią do ciebie przez studzienki kanalizacyjne. Aha, wrażliwych i ciśnieniowców ostrzegam – większość bohaterów strasznie klnie. Bardzo dobra książka.

I wyszedł nowy zbiorek opowiadań Davida Sedarisa – „Przyjrzyjmy się cukrzycy z sowami” („Let’s explore diabetes with owls”), który sobie zamówiłam, żeby mieć co czytać na wakacjach. (Że niby ja tak intelektualnie spędzam wakacje, nie tylko chlam, ale również pochłaniam literaturę, you know).

Aj hejt ju, temperaturo odczuwalna otoczenia.