O TYM, ŻE BYM CHCIAŁA I SIĘ TROCHĘ BOJĘ

 

Chyba mi się zaczyna rozpadać otoczka mielinowa, bo w tym tygodniu już dwa razy, DWA RAZY o mało nie weszłam pod prysznic w skarpetkach. Po prostu, z zimna odwlekam moment ich zdjęcia do ostatniej chwili, a jak się jeszcze po drodze zamyślę, to właśnie tak wychodzi.

Ale za to uśmiałam się z takiego jednego kawału:

– Panie doktorze, zjadłem pizzę z opakowaniem! Czy ja umrę?…

– Wszyscy umrą.

– Wszyscy umrą?… Boże, co ja narobiłem!…

A propos wszyscy umrą: „Obecność” muszę obejrzeć, bo wszyscy się podniecają, że horror stulecia, a ja w przysłowiowej czarnej dupie. W dodatku przeczytałam prawdziwą historię tej rodziny i nawiedzonego domu i chyba jednak musze zainwestować w ten defibrylator. Albo chociaż nocną lampkę bez żarówki (patrz: „Kika”).

 

O WYRAFINOWANYCH NOWOJORCZYKACH I LICZBIE ZIEMNIAKÓW PER CAPITA

 

Byłam przekonana, że afera z kronatami została wymyślona przez scenarzystów “2 Broke Girls”, żeby jak zwykle bezlitośnie zrobić sobie totalne jaja z nowojorskich hipsterów. O jakże się zdziwiłam, kiedy internet mi powiedział, że to wcale nie fikcja jest, tylko najprawdziwsza prawda. Naprawdę koleś wyciął z ciasta na kruasanty kółko z dziurką (stąd nazwa – cronut) i usmażył w głębokim tłuszczu i people OSZALELI. Się ustawiają w kolejkach od ciemnej nocy, na te pączkosanty są zapisy, wydawane są po dwa na głowę i ogólnie po prostu histeria i rozdeptywanie bliźnich na chodniku. To wiele mówi o sławetnym wyrafinowaniu nowojorczyków – francuskie ciasto z głębokiego tłuszczu (brzmi apetycznie jak smażony majonez).

A moi rodacy muszą stać w kolejce po wizę do tego kraju. Kraju, w którym reglamentuje się smażonego rogala. Nigdy tego nie rozumiałam, a teraz po cronutach tym bardziej.

W IKEA już pełno dekoracji choinkowych. Stosy bombek przy kasie. Nie kupiłam! Nie jestem jeszcze psychicznie gotowa! (Jakie Boże Narodzenie, a wakacje już były? Naprawdę były?…) Za to dwa mięciutkie pledy po 5 złotych – owszem, kupiłam. Na polarowy pled zawsze jestem psychicznie gotowa.

Się powyrabiało w “Żonie idealnej”, aż pogryzłam łyżeczkę o herbaty ze zdenerwowania. I nie mogę się nadziwić, jak mega słabo wyglądała Christine Baranski w “Mamma Mia”, a jak olśniewająco w “Żonie”. No chyba bym skopała dupy wizażystom z “Mamma mia” na jej miejscu, naprawdę.

Z nieprzemijającego cyklu “kocham fora internetowe” – panie na Gazecie pokłóciły się o to, ile ziemniaków na osobę. Przepiękny kilkusetpostowy wątek, w którym jedne wymyślają drugim od anorektyczek, a drugie tym pierwszym od patologicznych rodzin jedzących jak ta… za przeproszeniem… zwierzyna hodowlana. Bo to przecież NIEMOŻLIWE żeby komuś normalnemu zmieściło się w żołądku pół litra jogurtu NARAZ! Przecież to zboczenie jakoweś! Bardzo się zrelaksowałam przy tym wąteczku, tym bardziej, że mamy taką koleżankę, która potrafi zjeść więcej, niż mój mąż, a jest szczuplejsza ode mnie o połowę. Ale wąteczek hilarious, polecam.

I przyszła nowa Bridget. Ha. HA!

O WYŻYWIENIU HISZPANÓW W POLSCE

 

– Czy ty się nie boisz, że zgnijesz? – zapytał N. – Że któregoś dnia porobią ci się odleżyny od tego spania i po prostu zgnijesz?

Szczerze mówiąc, nie. Zgnicia nie ma na liście moich lęków. Aczkolwiek prawdą jest, że z pierwszego na drugiego listopada przespałam dwanaście godzin. Padłam, jakby mnie ktoś otruł albo zahipnotyzował i nie było mnie na tym świecie równiutko jak pod linijkę pół doby. Powinnam od tego schudnąć jakieś 3,5 kilograma.

Jeden z hiszpańskich współpracowników postanowił wykorzystać świąteczny weekend i pojechać nad polskie morze, co mu się chwali. Bardzo mu się podobało (albo tak mówi), ale oczywiście przygody były z knajpami po drodze. Miał opóźnienie na starcie, bo nikt go nie ostrzegł, że jak nie wyjedzie pierwszego listopada o czwartej rano, to utknie w korku, no i utknął. Ale już nawet nie chodziło o korek, tylko o to, że miał się zatrzymać w Mariaszku na drożdżówki. No więc co? No więc N. pomiędzy jednym a drugim cmentarzem wisiał na telefonie i rezerwował cztery bułki dla hiszpańskiej wycieczki. Żeby koniecznie odłożyli i na niego poczekali.

Fakt, że te drożdżówki są smaczne – ciężkie, wilgotne, nieprzepieczone, codziennie świeżutkie, bo pieką na miejscu, ale TAK wielkie i TAK potwornie słodkie, bo składają się w 2/3 z kruszonki, że ja się kiedyś pasłam jedną drożdżówką przez cały dzień. I o mało nie miałam zapaści węglowodanowej. Ale stały się punktem obowiązkowym na mapie kulinarnej Polski dla tego znajomego i koniecznie musiał nimi poczęstować żonę i dzieci

(Odłożyli i poczekali, żeby nie trzymać nikogo w napięciu).

Wczoraj wracali i też było miło, bo N. polecił im Austerię koło Olsztynka. Więc najpierw było naprowadzanie ziemia – ziemia, a później telefon z podziękowaniem. Bardzo, bardzo, bardzo im się wszystkim podobało i smakowało, i żonie, i dzieciom, a on nareszcie zjadł obiad zupełnie, jak w domu, jak w Hiszpanii.

(WHAT? – zdziwiłam się – Hiszpania pod Olsztynkiem? Ostatnio się tam rzuciłam na babkę ziemniaczaną, coś mnie ominęło?)

No więc zjadł na ten obiad zupełnie jak w domu w Hiszpanii sadzone jajko z ziemniakami. I prawie się popłakał ze szczęścia. No proszę, jak to czasem można kogoś znienacka uszczęśliwić, zupełnie przez przypadek.

A ja mam dziurę w jednym paznokciu (i nie wiem, od czego) i się zastanawiam, dlaczego mówi się o kimś, że jest “ślepa cytra” (najczęściej chodzi o mnie). Przecież inne instrumenty muzyczne też nie mają oczu, dlaczego nie mówi się o ślepym kontrabasie albo nie wiem, perkusji?

 

O DZIWNYM ZNALEZISKU W SZAFCE

 

Znalazłam siedlisko ZŁA! W szafce z kubkami – pudełko rozpuszczalnej czekolady. To znaczy, KIEDYŚ pudełko rozpuszczalnej czekolady, teraz żłobek pełen wijących się przesympatycznych larw mola. W życiu nie przypuszczałam, że będę w stanie pizgnąć pudełkiem na taką odległość. Mam nadzieję, że sikorkom smakowały robale w czekoladzie.

Tylko… Skąd u mnie w szafce rozpuszczalna czekolada? Rozpuszczalny boczek, to jeszcze, ale CZEKOLADA?

W ogóle zimno mi i zjadłabym migas. To przez Maripose, ktora zamiesciła na blogu bardzo smakowitą opowieść o robieniu migas, poleciałam szukać przepisów na jutubie i znalazłam kilka – bardzo, bardzo zachęcająco to wygląda, świetny sposób na spożytkowanie nieco przechodzonego chleba.

Takie z kiełbaską, mniam:

O DENERWOWANIU SIĘ

 

Panie doktorze, wszystko mnie denerwuje.

Raz: ukarali Red Bulla za to, że Vettel po wygranym wyścigu kręcił bączki. Ja wiem, że w Formule 1 dwadzieścia pięć tysięcy euro to oni noszą w kieszeni na fistaszki, ale no… na miłość Potwora Spaghetti! Żeby się sportowiec nie mógł ucieszyć z wygranej i zrobić małego show dla kibiców? Tylko co, ma wysiąść z samochodu w postawie NABACZNOŚĆ, w dodatku koniecznie smutny, i ucałować po kolei sędziów w rękę? Naprawdę, tych wszystkich sędziów sportowych, działaczy i organizacje powinno się wytruć proszkiem chwastobójczym.

Dwa: znowu mój teść będzie wycinał drzewa z naszej działki. Bo wykarkulował sobie że będzie TANIEJ, bo takie drzewo może się złamać i upaść na płot! Albo dach! Nie wiem, co uwzględnił w swoich obliczeniach, ale jestem pewna, że nie uwzględnił MNIE. Od wielu lat stosuję taktykę niereagowania, udawania głuchego, uśmiechania się i kiwania głową oraz wpuszczania jednym uchem, a wypuszczania drugim i moje stosunki z teściami są po prostu WZOROWE, ale ile można. Powiedziałam N., żeby uprzedził swojego tatę, że jeszcze raz się czepi moich drzew, to mu utnę nos. I będzie miał do końca życia TANIEJ, bo odejdą mu wydatki na chusteczki.

Trzy: na coś się wkurwiłam i zapomniałam, na co!… Matko, jaka byłam wściekła całe popołudnie, bo nie pamiętałam, komu i za co należy się opierdol! Jakie to jest frustrujące, zaczynam rozumieć chorych na Alzheimera, wcale się nie dziwię, że cały czas są agresywni i napastliwi. To straszne, nie móc rozładować napięcia, tylko się tak nosić z wielką niewiadomą. Oczywiście, zawsze można opierniczyć męża, nawet, jeśli chwilowo nie chodziło o niego, to się nie zmarnuje, ale to nie to samo i nawet jeśli, to byłby to taki niesatysfakcjonujący opiernicz bez przekonania.

A już całkiem na deser, to przebudowali mi Kaufland i zamiast wbiec na dziesięć minut i wybiec z herbatą i białym serem (mam masakryczną białoserozę, zjadam pół kilo białego sera dziennie, to brak wapna? Jak mi zabraknie sera, to zacznę jeść tynk?), to kluczyliśmy godzinę w ZMODERNIZOWANYCH alejkach, nic nie mogliśmy znaleźć, za to kupiłam syrop z pędów sosny i się nim teraz sztacham. Chodziliście kiedyś do lasu, zbierać pędy sosny? I to się później zasypywało cukrem i był taki syrop. I on tak pachniał. Uwielbiałam zbierać pędy sosny, bo je WIDZIAŁAM, w przeciwieństwie do grzybów, których nigdy nie mogłam znaleźć, nawet, jak już się o jakiegoś potknęłam.

A Wiedza bezużyteczna poczęstowała mnie dziś z rana tym: “Nigdy nie jesteś dalej od pająka, niż 3,5 metra”. Fenk ju, tego mi było trzeba. Idę czesać Mango na uspokojenie.

O, OOOO!…

 

Dobra. Mogę gdzieś wejść i odszczekać (Szczypawka się zdziwi, ale co mi tam): “Asylum” ge-ni-jal-ne. Ale dwa, a nawet trzy pierwsze odcinki są niereprezentatywne. Ja nie znoszę zombie i filmów gore i dlatego wymiękłam – bałam się, że całość będzie o zombie w starym psychiatryku plus wodospady krwi, flaków oraz napady wyuzdanego seksu. Nie jest. Od czwartego odcinka jest FANTASTYCZNY. Franka Potente jako Anna Frank mnie rozłożyła na łopatki.

Cudo. Lecę oglądać dalej. Ta-ta – jak mawiał Hannibal Lecter.

http://www.youtube.com/watch?v=3e37NtAYb5g

 

O NIEDOKARMIANIU ŁABĘDZI

 

Czy wszyscy słyszeli dziś rano w Trójce apel doktora Kruszewicza? Było o łabędziach, a konkretnie – żeby nie karmić teraz łabędzi. Bo one są leniwe i jak zobaczą, że mogą liczyć na jakieś żarcie, to nie odlecą. I później będzie dramat, bo fajnie się chodzi na spacerki karmić łabędzie, dopóki jest ładna pogoda i słoneczko. A jak zacznie lać, wiać i pizgać złem, to nikomu się nie chce popylać do łabędzi i one wtedy po prostu umrą z głodu. I z zimna.

Czuję się upomniana i obiecuję nie karmić łabędzi. Będzie trudno, bo one mają prostą drogę do mojego serca, wyłożoną dywanem – jak jamniki i inne kudłacze. Umieją w człowieku wiercić dziurkę tymi swoimi oczkami i ręka z chlebem sama się wyciąga, ale jak nie wolno, to trudno, założę kaptur i ciemne okulary i będę przemykać incognito obok zbiorników wodnych. Drogie łabędzie, nad czym wy się zastanawiacie, zamiast się bujnąć na całą zimę do Hiszpanii? Mnie by musieli za nogę przywiązać na waszym miejscu.

Za to przyleciały już sikorki. Przedwczoraj jedna mi nachalnie zaglądała do pokoju w pracy – na pewno chciała mnie wywabić na zewnątrz i zająć się z koleżankami MOIM TŁUSZCZEM. I tak się zastanawiam, czy to nie byłby dobry pomysł?… Liposukcja sikorkami – cos jak te fish spa (które nawiasem mówiąc o kant dupy można potłuc, atrakcja to może i jest, ale efekt pedicure żaden). Człowiek się kładzie na stole, a stado sikorek wyżera tłuszcz z brzucha i bioderek. Chociaż ja je widziałam kilka razy w akcji, jak się rozeżrą, to mogą oskrobać do gołego szkieletu.

Po głebokim namyśle,  postanowiłam zakupić zapas melisy w saszetkach i obejrzeć to „Asylum”, no bo w końcu co, kurczę blade.

A mgła była dziś rano iście kingowska. Oczywiście, na ocieplenie, prawda?

O POSZUKIWANIU PRZEPISU

Bardzo wszystkim dziękuję za konstruktywny udział w kartoflanej dyskusji, ale chciałabym wprowadzić pewne sztywne ograniczenia do naszych pogawędek kulinarnych, a mianowicie:

a)      jestem abnegatką – zawsze i wszędzie – w kuchni też (można zamiennie używać określenia „leń pospolity”);

b)      mówimy o ziemniaku. ZIEMNIAKU. Nie o homarze thermidor ani obrazie Vermeera – chodzi o ZIEM NIA KA. Nie, żebym nie lubiła ziemniaków, ale czas i wysiłek poświęcony na obróbkę ziemniaka (czynną obróbkę, bo czas gotowania czy pieczenia jest bezobsługowy) nie może przekraczać granic absurdu. Wykluczone, żebym robiła ziemniakom maseczki z błota, owijała wodorostami, skrapiała, masowała, szyła im kapturki z papieru do pieczenia i tym podobne. Ziemniak ma wejść do piecyka i wyjść jadalny. Nie? Trudno, kiedy indziej zjem pieczonego ziemniaka. Po pierwsze, za leniwa jestem na takie podskoki, a po drugie – nie będzie mi tu kartofel odstawiał fanaberii!

(Homara thermidor też ani bym nie zrobiła, ani nie zjadła. Pobieżna lektura przepisu daje wyobrażenie, ile się nad tym trzeba nagimnastykować, a efektem jest trochę podziabanego homarzego mięsa w tłustej mazi. To jest zbrodnia na homarze, poniewieranie zwłok i utylizacja resztek).

Wczoraj wieczorem za to udzielałam przez telefon instrukcji, jak wynieść z łazienki pająka w słoiku. Najtrudniejsze było wytłumaczenie, jak namówić pająka, żeby opuścił ścianę i wszedł do słoika (trzeba trochę poszurać słoikiem dookoła pająka, ale ostrożnie, żeby nie amputować mu kończyn, bo „uratowanie” beznogiego pająka się nie liczy w niebie). Pająk przeżył i dlatego mamy taką śliczną pogodę! Warto dzielić się wiedzą (nawet jeśli nasz rodzony mąż patrzy na nas dziwnym wzrokiem i chyba ocenia, jaki rozmiar kaftanu bezpieczeństwa kupić na wszelki wypadek).

Natomiast wracając do kulinariów, to – ponieważ wiecie WSZYSTKO, i to nie jest ironia – już kilka razy się o tym przekonałam – to może KTOŚ mi pomoże znaleźć przepis na ciasto. Bardzo dawno temu moja mama miała przepis na ciasto Karoliny Wajdy. Samo ciasto było lekkie, chyba ucierane, wylewane na blaszkę, a na wierzchu wtykało się kostki deserowej czekolady i całe laskowe orzechy. Jak prawie nie jadam ciast, to było naprawdę bardzo dobre, ale przepis zaginął w mrokach dziejów. W guglach tez nie znalazłam nic pod hasłem „ciasto z czekoladą i orzechami” (wyrzuca jakieś przekładańce albo ciemne czekoladowe).

Bardzo proszę, żeby ta pogoda utrzymała się do końca grudnia. A najlepiej stycznia. Ale grudnia tez będzie dobrze.

 

O UPARTYCH KARTOFLACH I NIEDOCENIONYM MALARZU

 

Ziew. Zieeeew, deszcz mnie obudził w nocy. Ale lało, no, jak teraz nie będzie wysypu grzybów, to chyba się obrażę na tę jesień (a jesień bardzo się tym przejmie).

Drogie Bravo, nie umiem upiec ziemniaków. Po raz kolejny próbowałam upiec kartofla w piekarniku i po raz kolejny poległam. Takie nacinane, co się w nacięcia wtyka boczek – piekły się dwie godziny i wyszły twarde, w sam raz do rzucania w koty, co się panoszą w ogródku, a ja mam popsute popołudnie, bo Szczypawka chce je zamordować i trzeba ją zamykać. Wtedy ona trzy godziny wyje i rzuca się na drzwi, a ziemniaki dalej twarde. CO ROBIĘ ŹLE?

Kota wypłoszył N. dmuchawą do liści. Ale ziemniaki od tego nie zmiękły.

Za to trzeci sezon „American Horror Story”, o wiedźmach – palce lizać. Co ja mówię, palce – mogę sobie wylizać ręce do łokci z zachwytu. Bo przyznam się szczerze, nie owijając w bawełnę, że drugiego sezonu – tego „Asylum” – nie dałam rady. Odpadłam w połowie trzeciego odcinka. To dobrze, że trzeci sezon zrobili bardziej w klimacie pierwszego – taki jest retro, w dodatku dzieje się w Nowym Orleanie, czary, magia, bagna, krokodyle, moje ulubione aktorki, mniam, cudo. Cokolwiek bierze Jessica Lange, ja tez to chcę, ona jest z roku na rok piękniejsza.

I nawet się ociepliło i piec się dał ugłaskać (chociaż ja mu do końca nie wierzę, mam wrażenie, że cos szykuje i da nam jeszcze popalić), i Zebra się przeprowadziła do nas na wieś – będzie do kogo iść z wizytą. Wczoraj poszłam i oto, na co się natknęłam:

Naprawdę, jeden Kasztelan i to wszystko?… To chyba nie byli wielbiciele realizmu.

Ale co do pieczenia ziemniaków, to chyba się poddam. Szkoda mojego piekarnika i nerwów.

O PRZYGODACH Z AGD CIĄG DALSZY

 

Wódki i śledzia potrzebuję na gwałt, chociaż właściwie to na uspokojenie, z powodu kolejnego odcinka przygód pod tytułem „Piec się popsuł”. Jakaś byłam naiwna albo straciłam czujność, że tego nie przewidziałam, w końcu przyszła jesień i ochłodzenie, czyli zupełnie JEGO PORA na fanaberie. Co to, pralka dostanie majstra, a on nie?… I trzask – wyłączył się wczoraj. CAŁKIEM. Zapalił czerwoną lampkę na znak, że jest na nas ciężko obrażony. Siedzę w robocie z nieumytym łbem, w perspektywie powrót do zimnej chałupy i myśli moje krążą wokół tego noża z Toledo (no i śledzia, co do niego wczoraj piekłam buraczki).

Hanka mówi, że one się dogadały z pralką, jak byliśmy na urlopie. Tylko jak one się porozumiewały przez te półtora piętra? Ktoś nosił grypsy! (Pewnie Szpilmanowa). Tacy współcześni Pastereczka i Kominiarczyk, ich mać. Może napiszę o nich libretto i wyślę do Met Opera, oni się kochają w takich inscenizacjach (widziałam urywki tego, co zrobili z Hansel i Gretel z Aleksandrą Kurzak – po czymś takim romans pralki z piecem to już dla nich pesteczka z dyni).

Za to znalazłam interesującą metodę odchudzania, która nareszcie trafia w moje spektrum zainteresowań i możliwości: otóż jest to odchudzanie SNEM. Tak właśnie, jak niedźwiedzie. Śpimy, a tłuszcz się spala. Jednorazowy sen, żeby był skuteczny, nie może trwać krócej niż pięć godzin (całkowicie się zgadzam, pięć godzin snu, pfff – to jakieś kpiny) oraz przed snem trzeba zjeść łyżkę miodu, bo on coś przyspiesza czy uwalnia. Wchodzę w to, zimą mogę spać i trzydzieści godzin na dobę, zakąszając miodem.

W horoskopie na dziś mam porywy romantyczności. Czyli co? Sugerują, że pieca się nie da naprawić, więc będziemy musieli spać na dole przy kominku, a w dodatku wyłączą prąd? Bo świece są przecież taaaakie romantyczne!… CHCĘ NA KANARY.