O MORDERCY POD DACHEM

 

Chciał nas zabić. Ten skurwysyn – psychopata chciał nas dziś w nocy zabić, pozbyć się ludzi, jak Hal z “Odysei Kosmicznej”! Chodzi mi oczywiście o piec, jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości. Dziś rano cały dom cuchnął sadzami i olejem opałowym, a ten luj w metalowej osłonce produkował czarny śmierdzący dym. Chciał nas udusić, dla mnie to jest jasne. Na razie przeżyliśmy, ale łeb mi pęka i chce mi się rzygać. Stay tuned.

Doprawdy, kto nie wietrzył domu z oparów ropy naftowej przy minus siedemnastu, ten nie zna życia w marynarce. Ani nawet żakiecie.

Majstrowi od pieca tylko chodziły żuwaczki pod skórą i po godzinie był czarny jak diabeł i już w ogóle nie żartował, że CHYBA TEN PIEC MNIE POLUBIŁ, hahaha. (Nie, proszę pana, on nikogo nie polubił i nie polubi, nigdy. On marzy o tym, żeby być komorą gazową, jak dorośnie).

Na pocieszenie znalazłam cudowny wątek na Kafeterii pt. “Czy doświadczyliście kiedykolwiek czegoś strasznego i niewytłumaczalnego”. Są tam TAKIE historie o duchach, że kapcie spadają.

Jak tak ostrzegam, że oszaleję, i ostrzegam, i ostrzegam, aż w końcu wezmę i oszaleję. I wtedy zobaczymy, kto się będzie śmiał ostatni.

O PĄCZKU, KTORY NIE WYSZEDŁ NA DOBRE

 

Zjadłam tego pączka w końcu wczoraj i do końca dnia było mi niedobrze. A nachodziłam się, żeby go znaleźć! Pączki tez kapitalizm popsuł: niby jest pełno, a jakieś takie. Z adwokatem, no ludzie! Adwokata to ja mam w pracy (polecam zresztą), w pączku niekoniecznie. Albo posypany orzeszkami ziemnymi. Pfu, nie jadam orzeszków ziemnych. Nawet jak już człowiek znajdzie takiego niby zwykłego, klasycznego, bez żadnych nowomodnych kocopołów – to jakiś blady i rozdeptany. A ja bym chciała takiego zgrabnego, nie za dużego, brązowego, z odciskiem spracowanej dłoni cukiernika…

(Może także być, że zaszkodził mi nie sam pączek, tylko podatki i rachunki, które tez wczoraj płaciłam – nie wiem, jak komu, ale mnie to samopoczucia raczej nie poprawia).

W dodatku kilka dni temu sobie wymyśliłam, że NA PEWNO mi się humor poprawi od butów i wczoraj przyjechały. Owszem, śliczne. Owszem, przecenione. Letnie klapeczki – drewniaki. Teraz wyć mi się chce jak pomyślę, za ile miesięcy najwcześniej je włożę. To nie była do końca przemyślana strategia.

Dodajmy do powyższego minus piętnaście w nocy i mamy odpowiedź, dlaczego wrzeszczę w samochodzie podczas reklam do pani wyśpiewującej piosenkę pochwalną jakiegoś produktu „Żeby ci franco ten rozdarty ryj odpadł!” (w dodatku nie mam pojęcia, co reklamowała, taka jestem wściekła).

Jedyna pociecha, że w Ikei wróciły schabowe. Chyba, że posypali je orzeszkami ziemnymi.

 

PS. Serdecznie pozdrawiam czytelników, którzy trafili w to mejsce, wpisując w wyszukiwarkę “gwardia szatana posłanka”, a także “okrągła deska z dziurą”.

O INWAZJI KRECIKÓW

 

Mamy krecika. Pracowita dziecina wywaliła sznur kopców centralnie przez środek najładniejszego trawnika wypieszczonego własnymi rączkami mojego męża. N. dostał żyły, rybiego oka i wieczorami snuje norweską sagę o tym, jak będzie łapał kreta, kiedy się ociepli. Oraz co mu powsadza do kopców.

Zebra też ma krecika. Urodzaj jakiś. Rysunkowego dla odmiany, za to podobno non-stop i mówi do mnie:

– Przysięgam, jak jeszcze raz będę zmuszona wysłuchać ścieżkę dźwiękową odcinka o tym, jak Krecik uczy się grać na flecie, to będziecie mój mózg zeskrobywać ze ściany.

Czyli chwilowo mecz ludzkość : krety prowadzą krety, 2:0. To może powstrzymam się z zakupem książeczki dla mojej siostrzenicy o kreciku, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę  – bo jeszcze obleją mnie pomyjami czy co.

Prognoza pogody złagodziła stanowisko z minus 25 do minus 18 w nocy ze środy na czwartek. Relanium kupię w każdej ilości.

O ZIMNIE I ZABIJANIU

 

Ja się, Droga Redakcjo, wypisuję z takiego interesu. Sam mróz jest deprymujący, a co dopiero mróz i do tego DESZCZ, który natychmiast zamarza i na wszystkim leży półcentymetrowy lukier, a już na samochodzie i drodze zwłaszcza. A za dwa dni ma być minus dwadzieścia pięć! Ja… ja sobie nie życzę i poproszę z kierownikiem! W tej chwili! I tak, chciałam sobie od rana kupić pączka na cześć Brendy i co? NIE BYŁO! Czy wkurwiło mnie to? Ha! Zgaduj zgadula.

A w ogóle to skończył mi się pierwszy sezon Brendy i nie ma kolejnych odcinków i gdyby nie moje ciepłe gacie w renifery*, to naprawdę bym dziś kogoś udusiła tymi oto ręcami. A i tak chce mi się bicia w mordę i wbijania na pal, jak Janulce Fizdejkównie.

*- o które N. mnie zapytał „W piżamie dziś jedziesz?”, a później się wykręcał, że niby nie miał okularów.

O PŁACZU ZA PĄCZKIEM

 

Obudziłam się z gruźliczym kaszelkiem ORAZ kot nam leje na drzwi od tarasu. W weekend poproszę N., żeby go złapał i przytrzymał, a ja na niego nasikam w ramach retorsji, bo MAM TEGO DOSYĆ.

Miałam taaki piękny sen – śniło mi się, że byłam u fryzjera i obcięłam włosy!… Tak z 10 cm za ramiona, czyli w moim przypadku – supermegakrótko. Niestety, obudziłam się, poklepałam po głowie – mop na swoim miejscu. Nadal mogę statystować w Rodzinie Adamsów jako Kuzyn Coś. Nadal muszę odwiedzić fryzjera na jawie. Brrrr.

Nieźle się zapowiada “The Closer”, tylko jest ryzyko, że się spasę. Kyra Sedgwick jest cudowną bałaganiarą i bez przerwy coś je, wszędzie ma poupychane przekąski, po pięciu minutach pilota zaczęło mnie ssać, a na scenie z pączkiem prawie się rozpłakałam (z powodu, że nie miałam pączka też).

O POMYSŁACH KOBIET

 

Pada to białe… Głowa mnie rozbolała ze złości.

Dwa dni temu byliśmy na zakupach w Lidlu i jedna pani się rozebrała na środku sklepu i przymierzała bluzki. Ja jak zwykle niczego bym nie zauważyła (szukałam płynu do tłuszczu, jeżdżąc nosem po półkach, bo ZNOWU POPRZESTAWIALI wszystko), ale N. owszem i bardzo nim to wstrząsnęło. Przeżywał całe popołudnie i wieczór (“Ale jak tak można! Na środku spożywczaka!…” – choć zwracałam mu uwagę, że są tam również artykuły przemysłowe) i jeszcze o 22.00 jadł trzypiętrowe kanapki na uspokojenie.

Żeby nie było, że kobiety mają tylko słabe pomysły, to przeczytałam o jednej pani, która odkryła, że jej mąż ma kochankę. I pojechała tę kochankę odwiedzić w miejscu pracy – zakładzie kosmetyczno fryzjerskim. Tam przy pełnej obsadzie na widowni w postaci klientów wysypała przed nią przyniesione z domu brudne gacie i skarpetki męża. Z informacją, że jak bierze Romea, to i gacie – nie ma tak dobrze. No i romans nie przetrwał, mąż wrócił do domu (domyślam się, że wraz z gaciami). Niezły sposób, ale osobiście nie wiem, czy jeszcze bym takiego faceta chciała oglądać. Szczoteczkę do zębów użytą przez kogoś niby można wyparzyć, a i tak bym wyrzuciła, a co dopiero faceta, którego wyparzyć nie idzie, nawet w autoklawie.

Ech, skandale skandalami, a wyskoczył mi przypadkiem przepis na rogaliki, co kiedyś moja Mama robiła: 25 dkg mąki, 25 dkg masła i 25 dkg twarogu zagnieść na ciasto, schłodzić w lodówce, rozwałkować i robić rogaliki z konfiturą. Piec na złoto w 200 stopniach. Jak się trochę posoli ciasto, rozwałkuje grubiej i robi takie herbatniki, to też wychodzą pyszne. Proszę, jakie rzeczy można w internecie znaleźć, nawet gdzieś widziałam przepis na domek z sera i herbatników – obowiązkowy mojej Mamy numer na każdych imieninach.  Ale domku nie zrobię za nic na świecie, bo to cały dzień paprania.

Jak ja nienawidzę śniegu, chyba zjem słoik grzybków na pocieszenie.

O UFO NAD EGIPTEM

 

Wiało wczoraj tak, że sikorkami pizgało po całym ogrodzie, strach było wyjść, żeby nie oberwać ptaszkiem w twarz. Chyba pierwszy raz Owsiak nie dostał pieniążka do skarbonki, tylko kilka SMS-ów. Wstyd, ale na samą myśl o wyjściu z domu kolanka mi się w drugą stronę ustawiały jak wielbłądowi i musiałabym iść tyłem, co zmyliłoby pogoń, ale głupio bym wyglądała. A i tak już dostatecznie głupio wyglądam idąc przodem.

Nad Egiptem przeleciało UFO – nad nami oczywiście nie, nawet UFO nienawidzi naszego klimatu, a jeden pan poseł zamówił do pokoju prostytutkę i wszyscy huzia na niego, że źle zrobił. Otóż mam w tej kwestii zdanie diametralnie przeciwnie: ja bym wszystkim posłom zamówiła prostytutki. Jak czytam albo słucham o ich pomysłach na uzdrawianie gospodarki, to ja bym jednak wolała, żeby siedzieli w hotelach z prostytutkami. Nawet kiedyś piosenka taka była u Olgi Lipińskiej, z morałem „Jak się posły chycą dupy, Polskę zostawią w spokoju” – czego sobie i wszystkim życzyłabym.

Trzymajmy się na razie tego, że już prawie połowa stycznia, a ciągle jeszcze nie spadł śnieg. Kupiłam sobie ocieplane legginsy, w reniferki. Co nie zmienia faktu, że nazwa nazwą, a to po prostu klasyczne ciepłe gacie są. Ale przynajmniej w reniferki. To może teraz jakieś tenteges buty, bo tu już połowa stycznia, a ja w przysłowiowym lesie.

(W tym roku postaram się ograniczać wulgaryzmy, dlatego niniejszym przysłowiową dupę zastępuje gościnnie przysłowiowy las – ale od razu z góry uprzedzam, że nie wiem czy wytrwam w tym postanowieniu).

O BURZY NA SŁOŃCU I RĘKAWICZKACH

 

Ale wczoraj musiała być na Słońcu taka burza, ale to TAKA burza, że słów brak. Wszyscy dostali świra, o mało nie osiwiałam, a wychodząc z biura zrobiłam aferę, że KTOŚ WYSZEDŁ W MOJEJ KURTCE, bo ta co wisi to nie moja, ja nie miałam takiego napisu wyhaftowanego. No i przecież WIDZĘ, że to nie moja kurtka! Kurtki swojej nie poznam?… Podejrzenie padło na jednego mecenasa, na wszelki wypadek sprawdziłam jednak kieszenie na okoliczność rękawiczek. Oczywiście, w kieszeniach były moje rękawiczki, a N. powiedział, że albo się pójdę leczyć, albo mnie udusi. Ale z czego leczyć? Z burz na słońcu?…

O CZARUJĄCYCH DZENTELMENACH Z ELEKTROWNI

 

Zostałam sobie wczoraj w domku jak jasna cholera. N. wyfrunął na delegację, a ja – wskoczyłam w ciepły dresik, pranie do pralki, herbatka do kubka… i już pięć po ósmej wyłączyli prąd.

Tak z godzinę się snułam po domu, próbując robić coś, co nie wymaga a) prądu, b) ciepłej wody. Skończyły mi się pomysły, więc usiadłam i przeczytałam „Marcowe fiołki”. Posnułam się, sprawdziłam bezpieczniki, poklęłam głośno, nakarmiłam ptaszki, o 14.00 trafił mnie szlag. Ciut zaczęłam dymić. Flądra znudzona z elektrowni stwierdziła, że to jest PLANOWE WYŁĄCZENIE, informacja na stronie www, włączą może raczej około 15.30 – 16.00. Kto normalny planuje wyłączanie ludziom prądu zimą na cały dzień? Rozumiem- awaria: wiatr zerwał drut, naprawa chwile zajmie. Ale PLANOWE?… Chałupa mi wystygła, nawet herbaty nie miałam jak zrobić, z zaplanowanych trzech prań zrobione pół jednego. Ale i tak luz, bo nie miałam nikogo w domu podpiętego do respiratora czy pompy morfinowej, powinnam być wdzięczna, a nie kląć i się ciskać przez pół dnia.

Ale najlepsze, NAJLEPSZE jest to, że po opierdolu z leciutko wyższego szczebla włączyli ten prąd natychmiast po wykonanym telefonie. Czyli wcale szary obywatel nie musiał siedzieć po ciemku do szesnastej, o czternastej też się dało włączyć.

Bardzo mi się również spodobał koncept wywieszania planowanych wyłączeń na stronach www, bo przecież cały system alarmowy mamy na prąd. To taki miły gest elektrowni w stronę włamywaczy i złodziei, żeby się nie musieli narażać, tylko mają jak na tacy – tu i tu, w godzinach takich i takich, zapraszamy serdecznie. Jeszcze powinni rozdawać wytrychy na gustownej smyczy z logo PGE.

A „Marcowe fiołki” beznadziejne, ta ksiązka Jennifer Weiner, co niby miało być WTEM – też. To znaczy, ta druga byłaby całkiem niezła, gdyby nie zakończenie, brakowało tylko pochodu księżniczek Disneya, sypiących confetti i rozdających kolorowe lizaczki i kondomy. „Marcowe fiołki” od początku nie rokowały, pretensjonalne i przekombinowane, ale musiałam czymś oko zająć, żeby mi łeb nie eksplodował.

I w sumie nie wiem, czy pół nieprzespanej nocy to przez adrenalinę, co ją wyprodukowałam, czy przez ten wiatr. Oko mi lata od rana.

 

O TYM, CO SMUTNE I PODEJRZANE

 

Dziabnęła nas dziś z rana akcja „Trzeźwy poranek”. N. musiał dmuchać do podetkniętego mikrofonu, a ja… zostałam pominięta. Oczywiście, nikogo nie obchodzi, czy przypadkiem nie jadę nawalona o wpół do siódmej rano. Nikogo. A przecież mogę mieć problemy i dlatego piję od rana, albo nawet całą noc, ale nie nie, na mnie to już aparatowi państwowemu szkoda mikrofonu do podmuchania!… Aaaa WYPCHAJCIE SIĘ.

(Ale policjant miał wspaniałą latarkę a la miecz świetlny Dżedaj. Ja też taką chcę!).

Przykro mi się zrobiło, zatem idę czesać Mango na pocieszenie.

(Trendy modowe na 2014: nastroszone brwi, niebieskie cienie do oczu i srebrny lakier do paznokci. Hmmm).

Aha, N. mi kazał dziś od rana zapamiętać 6,6 kilometra. Ja tam nie wiem, ale to chyba trochę podejrzane, drogi pamiętniku. Czyżby miał kochankę?…

 

PS. Zaczął się trzeci sezon „Episodes”!