Wróciłam, działo się, że oj! W tę stronę przyjechały w butach mejillones en escabeche, ale zanim lekutko odparuję, to muszę o dzisiejszym lądowaniu, bo naprawdę.
LOT się spóźnił pół godziny, pfff, to na LOT tyle co nic, lądujemy, jedziemy po płycie, jedziemy, podjeżdżamy pod rękawy. Wyczołgujemy się ze zdrętwiałymi kończynami, TADAM! – kierują nas do autobusu. Pod rękaw podjechały autobusy! W dodatku DWA, tymczasem wszystkich upychali do jednego. Po pół godzinie w końcu ruszył! Jedziemy do wejścia! Przejechaliśmy… Jak słowo daję, nie wiem, czy to było 20 metrów.
Nooo chyba to była ta słynna strategia oszczędnościowo – rozwojowa, za którą żeśmy pan z panią czyli społeczeństwo zapłacili prezesowi LOT-u pół bańki, a to podobno jeszcze nie wszystko. Bardzo to było nowatorskie, bardzo. Pół nocy teraz będę to analizować.
W następnym odcinku: co zjadłam i dlaczego wcale nie przytyłam.