O BARDZO STRATEGICZNYM LĄDOWANIU

 

Wróciłam, działo się, że oj! W tę stronę przyjechały w butach mejillones en escabeche, ale zanim lekutko odparuję, to muszę o dzisiejszym lądowaniu, bo naprawdę.

LOT się spóźnił pół godziny, pfff, to na LOT tyle co nic, lądujemy, jedziemy po płycie, jedziemy, podjeżdżamy pod rękawy. Wyczołgujemy się ze zdrętwiałymi kończynami, TADAM! – kierują nas do autobusu. Pod rękaw podjechały autobusy! W dodatku DWA, tymczasem wszystkich upychali do jednego. Po pół godzinie w końcu ruszył! Jedziemy do wejścia! Przejechaliśmy… Jak słowo daję, nie wiem, czy to było 20 metrów.

Nooo chyba to była ta słynna strategia oszczędnościowo – rozwojowa, za którą żeśmy pan z panią czyli społeczeństwo zapłacili prezesowi LOT-u pół bańki, a to podobno jeszcze nie wszystko. Bardzo to było nowatorskie, bardzo. Pół nocy teraz będę to analizować.

W następnym odcinku: co zjadłam i dlaczego wcale nie przytyłam.

O GRZYBKACH

 

Grzybki i chrzan w butach (grzybki w butach – brzmi dwuznacznie, ale chodzi o słoiki z marynowanymi borowikami), kabanosy owinięte w piżamę, wyruszamy na spotkanie Wielkiej Ulewy i dwunastometrowych fal.

Oraz chciałam powiedzieć, że złoty medal w pięknym stylu, ale nazwa dyscypliny jest niepoważna (co to w ogóle jest za słowo – “PANCZEN”), a łyżwiarze w białych kombinezonach wyglądają jak plemniki.

O PREZENCIKU NA WALENTYNKI

 

Walentynki dziś? To mam temat akurat na Walentynki (u nas we budowlance tak mówią, panowie się spotykają obgadać “tematy” – nie sprawy, problemy, projekty, tylko “tematy”).

Wczoraj koleżanka zapodała (na winie) temat pt. “dwuzdaniowe horrory”, natychmiast po powrocie do domu rzuciłam się do guglania. Są świetne! Gęsiej skóry dostałam oraz byłam BARDZO zadowolona, że N. wrócił z Gdańska i nie muszę znowu spać na baczność z otwartymi oczami.

“Kiedy układałem go do snu, powiedział ,Tatusiu, sprawdź czy pod łóżkiem nie ma potworów’. Rozbawiony zajrzałem tam i wtedy go zobaczyłem – to był mój syn, który drżąc wyszeptał do mnie jedno zdanie: ‘Tatusiu, ktoś leży w moim łóżku.'”

“Myliłem się, myśląc, że nie może być nic gorszego niż pogrzebanie żywcem. Odkrycie, że nie leżę w grobie sam, było jeszcze gorsze.”

“Nie bój się potworów – po prostu ich wypatruj. Spójrz w lewo, spójrz w prawo, poszukaj pod łóżkiem, zerknij za kredens i do spiżarni, ale nie patrz w górę – ona nie znosi, gdy ktoś ją zauważa.”

“Moja córka nie przestaje płakać i krzyczeć w środku nocy. Codziennie odwiedzam jej grób i proszę, żeby przestała, ale to nie pomaga.”

SŁABE?… Tu cały wątek – na poprawienie krążenia w Walentynki. (“The longer I wore it the more it grew on me. She had such pretty skin.”)

A ja wymyśliłam jednozdaniowy horror: “Weszła na wagę”.

O TYM, ŻE PÓJDĘ SIEDZIEĆ

 

Śniło mi się, że spotkałam Meryl Streep. Była oczywiście zachwycająca, a ja przyniosłam kilka filmów na DVD, żeby mi się na nich podpisała. Dopiero kiedy jej podałam te filmy, zauważyłam, że one są z Diane Keaton.

Nawet WE ŚNIE muszę sobie narobić przypału.

Wywaliłam dwa bio-jogurty, którym się data przydatności skończyła w listopadzie ubiegłego roku. Zatkałam zlew oczywiście, bo to były owocowe jogurty N., ale wyglądały i pachniały zupełnie normalnie. Świeżutko i aromatycznie! Wisienki nawet nie straciły kształtu. Bio my ass, nawet nie chcę myśleć, ile tablicy Mendelejewa w nich było. Z czystej ciekawości chciałabym się dowiedzieć, kiedy wszyscy zaczniemy świecić w nocy od tego MEGASYFU pakowanego do jedzenia oraz co było złego w tym, że mleko czy jogurt się normalnie psuły po kilku dniach. Ale ja jestem stara i się czepiam, ba, pamiętam nawet czasy, kiedy wędlina nie śmierdziała, nie była pokryta lekko oślizgłym meszkiem i dało się na niej usmażyć jajecznicę, bo nie przywierała do patelni! To było jednak bardzo dawno temu. Teraz nawet boczek się przykleja do patelni, i to teflonowej. Mistrzowie w tych zakładach spożywczych siedzą, mistrzowie.

Preparat żelaza na razie co prawda nie dodał mi ani energii, ani niczego innego, za to codziennie kapsułka najpierw zakleszcza mi się w gardle, następnie ten ohydny żelatynoplastik się rozpuszcza, a zawartość częściowo radośnie wydmuchuję nosem, a reszta oblepia mi gardło i do wieczora mam taki wspaniały żrąco chemiczny smakozapach w tak zwanym układzie.

A wieczór się zrobił w południe. To może ja sobie pójdę posiedzieć pod zlewem, bo pożytku ze mnie chwilowo nie ma.

O MARYNATACH

 

W sobotę Szpilmanowa pożyczyła sobie spryskiwacz do kwiatków, oddała w niedzielę rano. Żeby nie było nudno, to N. obciął sobie heblem pół palca – a to ważne, żeby w związku z długim stażem nie było nudno. A na zakończenie weekendu Stoch zdobył medal, bardzo miły młodzieniec.

A ja się wściekłam na ogórki, chociaż w zasadzie to ogólnie na marynaty. N. przyniósł z targu słój przepięknych ogórków i już sobie wizualizowałam, jak je opierniczę pod jakąś kanapeczkę albo i bez, gdy nagle WTEM! Okazały się na słodko.

Jasna cholera niech to strzeli i piorun kulisty, dlaczego od jakiegoś czasu WSZYSCY robią marynaty na słodko? Jestem w tej części ludzkości, dla której słodkie nie równa się pyszne. A wszyscy się uparli, żeby ogórki słodzić. I grzybki słodzić. I śledzie słodzić. I paprykę słodzić. I sypać curry, czy to ma sens, czy nie. Człowiek by wciągnął najzwyklejszego kwasielucha, takiego, że aż strzyka za uszami, a tu wszystko przerobione na kompot. Ech, od samego pisania zachciało mi się takiego srebrnego, wykręcającego twarz rolmopsa.

I odkryłam jednego chilijskiego autora kryminałów, zainteresował mnie jego tom opowiadań, głównie ze względu na tytuł: „Dziwki morderczynie”. Prawda, że od razu w tle słychać klepanie kastanietów i chlupot tequili? A nie tam te skandynawskie miągwy.

 

O NIEMANIU OGONA

 

Obcięłam ogon. Dziewczyny z “Fabryki marzeń” przeniosły się do przedwojennego mieszkania z przechodnimi salonami i pianinem, jest nastrojowo i dekadencko. Głowę się myje na podium, a z fotela można podglądać sąsiadów naprzeciwko. Podoba mi się.

Rozmowy z naszym przyjacielem, do którego się wybieramy za tydzień, są mniej więcej takie: “No, dziś to mieliśmy fale po dwanaście metrów! Roztrzaskało łódkę o skały. Tak, leje cały czas, ahahaha. Hasta pronto!”. W ogóle mnie to nie rusza, poprosiłam N., żeby opracował listę barów w Santiago, w których będziemy siedzieć, z uwzględnieniem najkrótszej drogi pomiędzy nimi z zastosowaniem ortodromy.

Ptaszki coś podejrzanie mało jedzą. N. mówi, że one już poczuły wiosnę i NIE JEDZENIE IM W GŁOWIE. Świergolą po krzakach, aż kurz idzie. No, ja bym bardzo chciała, żeby miały rację, ale aż taką optymistką nie jestem, żeby uwierzyć, że to już koniec. Obawiam się, że te kilka ładnych dni to tylko taka chwilowa przerwa w transmisji i jak weźmie zza węgła pizgnie ZŁEM, to się nie pozbieramy.

Coś z żelazem potrzebuję, bo na okrągło zwisam z mebli. Ta spirulina to faktycznie coś daje? A nie jest zbyt ohydna i nie odbija się człowiekowi zarośniętym akwarium?…

O INDYKACH SENNYCH

 

Śniły mi się wielkie, niebieskie indyki, które podziobały Szczypawkę do krwi! Biegałam później z nią na rekach i szukałam weterynarza, żeby ją zszył. Okropieństwo (oraz: co na to sennik?).

Zupełnie zapomniałam, że kiedy wszyscy oglądali wspaniały serial o lesbijkach „L-word”, to ja nie (był jakiś urodzaj seriali i po prostu nie zmieściło mi się w grafiku). Teraz nadrabiam i dotarłam właśnie do Eli Golda ufarbowanego na blond i z wymalowanymi oczami. Prawie spadłam z krzesła ze szczęścia. Prześliczny jest. (Choć ogólny wydźwięk serialu jest dość smutny dla kobiet – pomimo panującego stereotypu, nie tylko mężczyźni są winni wszystkiemu co najgorsze w życiu. Bez mężczyzn te panie całkiem nieźle sobie radzą z robieniem bałaganu, kryzysów i dramatów. Zupełnie samodzielnie umieją sobie spieprzyć życie bez chromosomu Y w pobliżu).

W Galicji nieprzerwanie leje i nie zapowiada się, żeby miało przestać na nasz przyjazd.

A co na to wszystko jeżozwierz?

 

Tak myślałam.

PS. A w ogóle to BARDZO się cieszę, że już jest dłuższy dzień i więcej światła, a nie, że człowiek jak jakiś Morlok po ciemku wychodzi z domu do roboty i po ciemku do niego wraca, tylko jak wczoraj weszłam do sypialni PO JASNEMU i zobaczyłam te koty kurzu po kątach… Z wrzaskiem poleciałam po odkurzacz, bo już zakładały związek zawodowy i gdybym ich nie zlikwidowała, to jutro by urządziły strajk na kolei albo protesty w Lidlu. Albo nas udusiły w nocy po prostu.

O ROSOLE Z BAŻANTA

 

Zimno mi, a w weekend męczyliśmy bażanta, czy tez on nas. Gotowaliśmy rosół z bażanta, podobno rarytas, a właściwie z dwóch, bo jeden bażant jest nikczemnej postury i rosołu byłoby na jeden talerz. No więc, jak by to powiedzieć… nie, żeby niesmaczny, ale pachniał kurakiem. Jakoś się przestawiłam na ciemniejszy, wołowy rosół, nie tak wonny. Hm.

W dodatku jeden bażant… to będzie straszne, co wrażliwszych proszę o zamknięcie oczu… No więc, jeden z bażantów miał dookoła kupra takie je ne sais quoi, dość straszliwe, z żółtego tłuszczu. Nie znam się na bażantach, być może to pożądany rarytas, coś jak koral u kraba czy przegrzebka. Którego tez nie jem, bo to są jajeczka. Uch, wyższa gastronomia to nie dla mnie. A przecież nie jestem przeciwniczką tłuszczu, wprost przeciwnie, ale niech to będzie cywilizowany tłuszcz, w kostce albo w butelce, a nie tak… dookoła bażanciej dupy.

W związku z powyższym (bo wszystko jest ze sobą połączone we Wszechświecie i wynika jedno z drugiego) zamówiłam sobie buty, na widok których o mało się nie rozpłakałam, jakbym zobaczyła moja zaginioną siostrę – bliźniaczkę, a może i brata syjamskiego. Mam ochotę je tulić, całować i pytać „Gdzie byłyście całe moje życie?”.

Jeszcze żebym przestała kichać i smarkać do wyjazdu, to już by w ogóle było A-OK. No i przydałoby się obciąć ogon – warkocz do pasa w moim wieku to niepoważne.

 

O ZMĘCZENIU WALKĄ

 

Na wojnie z piecem jestem już jak wojsko Napoleona pod Moskwą – zmęczone, głodne, zmarznięte i skończyły mi się czyste gacie. To jest, im się skończyły – temu wojsku, ja mam, pralka jest niezależna od pieca i bardzo miła. Nawet nie mam już ani siły, ani ochoty kląć. Sprokurowałyśmy z Zebrą paczuszkę z Mango na pocieszonko, żeby już całkiem nie popaść w otchłań zimowej depresji, no zobaczymy. Na razie piec górą i szukam kontaktu na dynamit (zna ktoś fajnego górnika z dojściem, najlepszy byłby taki jak z “Vinci”, z problemami z rozpoznawaniem twarzy, jakby co?).

Wciągnęłam się w Elementary. Holmes jest naprawdę w porządku (jak już człowiek przeboleje, że to nie Robert D.), a Lucy Liu – bardziej niż w porządku. Nosi przepiękne buty (zastanawiałam się nad zostaniem zabójcą do wynajęcia, gdyby mi płacono butami) (chociaż są dni, że zostałabym zabójcą nawet, gdybym to JA miała dopłacać do interesu). Jest sporo akcentów polskich, np. podejrzana pralnia w jednym odcinku, gdzie właścicielka mówi po polsku, albo pierogi, które Lucy przynosi Holmesowi z pobliskiej restauracji. W końcu ich nie zjadają, bo muszą gonić jednego kolesia, ale zagrały, tak? No i Mycroft! Kto gra Mycrofta? Spike z Notting Hill! (Ledwo go poznałam, wygląda całkiem jak człowiek, jak się ogoli i założy coś oprócz porozciąganych gaci).

Drugi serial, który niedawno odkryłam, to “Almost Human”. W przyszłości się dzieje, technologia się niesamowicie rozpędziła i policja ma do pomocy androidy. Takie standardowe androidy bez drugorzędnych cech płciowych (tak, pokazali to). Oczywiście NASZ BOHATER zbuntowany wywala z samochodu takiego standarowego androida (tamten się rozlatuje na kawałki) i dostaje innego, w sumie wycofanego z produkcji, takiego ślicznego, co MA UCZUCIA, ma poczucie humoru i w ogóle (przewracam oczami). Fajnie zrobiony, powymyślane techniczne nowinki, np. androidom świeci się szczęka na niebiesko, jak kontaktują się z bazą, jest trochę zapożyczeń (nawet momentami dość bezczelnych) z Blade Runner (parasolki na świetlówkach!). Gra Lisa z “Sześciu stóp pod ziemią” i wygląda o niebo lepiej, niż tam, a także jeden taki dość brzydki, ale charyzmatyczny geniusz techniczny. Co do głównego bohatera to jest jedyną postacią, na którą nie mogę patrzeć bezpośrednio, bo wygląda identycznie jak taka jedna ciotka ze strony mojego dziadka. Co na niego spojrzę, to mi się ciocia K. przypomina. Więc omijam go wzrokiem i patrzę na androida.

Jeśli chodzi o dialogi z powyższych seriali to możliwe, że coś mi umknęło. Możliwe, że nawet sporo, ponieważ od jakiegoś czasu mam skoki ciśnienia z wściekłości i cały czas mi we łbie dzwoni i dudni. Więc mogłam niedosłyszeć. Żeby chociaż można było coś fajnego na uspokojenie kupić, ALE NIE – wszystko co dobre jest na receptę, cholerna mafia w kitlach.

O TYM, ŻE STYCZEN SIE KONCZY

 

Ojej – pomyślałam sobie wczoraj – styczeń się kończy, a ja go nie przechorowałam, pierwszy raz od czterech lat! Zdążywszy to pomyśleć, natychmiast zaczęłam kichać i smarkać (ale tylko jedną dziurką nosa, hmmm).

Jeszcze tylko cztery dni stycznia. I jeszcze tylko dwadzieścia dni do wyjazdu. Ommm, ommm. OMMMM.

Przyszła wczoraj ta książka o Dymnym, co ją sobie zamówiłam, bardzo ciekawa, ale maleńka, książczyna właściwie. Na półtorej godziny. Z zadumą na jakieś dwie i pół. To od razu zaczęłam “Pępek świata” Rafała Malczewskiego, o Zakopanem. Bardzo specyficzny styl, dużo przedwojennej polityki, niesamowite czasy. Górale pozdrawiali przybywającego na letnisko Lenina obrazkami z Matką Boską. Komisję z Wiednia przyjmowało się czarnym chlebem i śmierdzącym mięsem, żeby pokazać, jaki głód na Podhalu, a w kredensowym stała dla “naszych” wódka, paszteciki, bulion z kapłonami i ciastka.

Taki bez sensu dzień wczoraj był, na zmianę chciało mi się spać i kląć, a jeszcze N. mnie zaciągnął do NAJBARDZIEJ BEZ SENSU SKLEPU NA ŚWIECIE, a mianowicie Juli. Myślałam, że zwariuję. Pierwsze trzy półki zajęły mu czterdzieści minut, po których to minutach rozpłakałam się i zagroziłam, że ja się za chwilę powieszę z nudów. Jula jest najgorszym miejscem świata dla kobiety, chyba jeszcze tylko w salonie samochodowym jest tak samo nudno (ale tam przynajmniej są fotele). Przy wykrzesaniu z siebie MAKSIMUM dobrej woli, udało mi się znaleźć bardzo ciepłe skarpetki dla mnie i bobra dla Szczypawki. Nic więcej ten sklep nie miał mi do zaoferowania (N. próbował mi jeszcze upchnąć termos, jakąś miał koncepcję, że z termosem będę szczęśliwsza czy co). Nigdy. Więcej. Juli. Wolę siedzieć w samochodzie na parkingu i liczyć gołębie.

A Stephen Hawking powiedział, że nie ma czarnych dziur. No, tego mu nie daruję. JAK TO – NIE MA CZARNYCH DZIUR?…