O KOMPOCIE I PRZEPISIE NA LASAGNE

Miałam dość fajny sen – śpiewałam „Midnight train to Georgia”; na pewno był przyjemniejszy, niż większość moich snów, w których błądzę po labiryntach jakichś gmachów / jest apokalipsa / muszę znowu zdawać maturę i nie mam spodni ani nie wiem, kiedy urodził się Mickiewicz / zalewa nas tsunami i tym podobne. W dodatku ja lubię śpiewać, byle nie „sto lat” na imprezie, to mi przez gardło nie przechodzi – ale coś na trzy głosy – proszę bardzo. 

Tymczasem podobno Amerykanie odkryli kompot pod nazwą „boiled strawberries”, przy czym strawberries wyjadają ze szklanki pałeczkami. Zuch chłopaki (i dziewczyny). Już jedna knajpa w Warszawie ma go w cenie 30 złotych za szklankę – koniecznie musimy powiedzieć pani właścicielce „Stokrotki” na Kaszubach, u której się stołujemy i zawsze jest kompot w cenie kilku złotych, żeby chociaż do 20 podniosła i nie psuła rynku!

(A propos Kaszub – zawsze, jak tam jedziemy, to wszyscy są tacy mili i uprzejmi, nawet trudna młodzież, ale to wszyscy wszędzie – że N. za każdym razem podejrzewa, że oni specjalnie są tacy mili, żeby go zdenerwować. Czy ktoś jeszcze to zauważył, czy tylko dla nas są tacy przyjaźni?)

Przeczytałam (na zmianę – na starość tak mi się robi, że lepiej mi się czyta kilka książek naraz na zmianę, no chyba że jakiś naprawdę wciągający tom trafię) dwie naprawdę dziwne książki: „Mój mąż” Maud Ventura i „Ogród rozpaczy ziemskich” Beatriz Serrano. Pierwsza jest o małżeństwie – francuskim, dodajmy – i jeśli francuskie małżeństwa klasy średniej tak wyglądają, to ja już nie wiem. Mam nadzieję, że to jednostkowy przypadek. Druga z kolei jest opowieścią singielki, prowadzącej niesatysfakcjonujące życie – ma wykształcenie artystyczne, a pracuje w agencji reklamowej w Madrycie i bardzo z tego powodu cierpi. Przez 2 / 3 książki strasznie mnie denerwowała i miałam ochotę kopnąć ją w tyłek, bo cierpiała i żarła garściami lorazepam, jakby musiała azbest układać, a nie hasełka sprzedaży szminek – ale zakończenie było zaskakujące i w sumie wyszło nieźle. 

Jak już się pogoda poprawiła, to od razu są upały – czy u nas nigdy nie może być NORMALNIE? Mangusta wykłada się na tarasowej kanapie jak Józefina Bonaparte na szezlongu, z tym, że Józefina raczej nie leciała co kwadrans do bramy, wydzierać się na wszystkich. Chociaż – kto ją tam wie, Francuzki są dziwne (przynajmniej ta jedna z mojej książki). 

Wyskoczył mi na fejsie przepis na słynna lasagne George’a Michaela. Z jajkami na twardo. No proszę, nigdy takiej nie jadłam. George to chyba powinien mieć przepis na musakę, nes pa?

Jedna odpowiedź na “O KOMPOCIE I PRZEPISIE NA LASAGNE”

  1. Ja też z wiekiem zaczęłam czytać kilka ksiażek na raz, troche tu, troche tu, a troche jeszcze jako audio, chyba mam wrażenie, że wtedy szybciej czytam 😉
    w ogóle zamiast brać jedną książkę np. na taras, żeby poczytać, biorę kilka, jakby samo obłożenie się książkami miało spowodować, że jakoś wchłonę tę treść

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*