Wczoraj – N. paraduje w koszulce termicznej, białej. Białej, czujecie. To znaczy – białej z kolekcją licznych a zagadkowych plam w różnych kolorach i odcieniach na przodku. Tak zupełnie niezobowiązująco zapytałam się go, wskazując palcem na plamy, CO TO JEST.
– To? – mówi N. – To są NAJPIĘKNIEJSZE CHWILE MOJEGO ŻYCIA.
No naprawdę, gdybym miała pałkę do ubijania ziemniaków, to bym go chyba zdzieliła. Ale nie mam – prześladuje mnie pech, jeśli chodzi o narzędzia do ubijania ziemniaków. Wykombinowałam sobie kiedyś, że ubijanie ich pałką wymaga siły i jest upierdliwe i kupiłam taką specjalną nowoczesną ubijaczko – przeciskarkę. Która przy pierwszym ubijaniu ziemniaków podzieliła się na dwie części – jedna została w ziemniakach, a druga mi w ręku. Kupiłam drugą z dziurkami – ta z kolei się zgięła. Trzecia się nie rozlatuje, nie zgina, za to poniewiera ziemniaki w ogóle ich nie ubijając i dostaję garnek pełen ziemniaczanych grud zamiast gładkiego puree (i jak mam podać pjure z dżemem? jak nie mam pjure?…).
Pozostając w tematyce gastronomicznej – popełniłam taki gulasz, że powinnam napisać sagę skandynawską oraz pieśń dziadowską, żeby pamięć o nim nie zaginęła. Moja zasługa niestety jest żadna albo bardzo nędzna, bo po prostu użyłam papryki, którą kupiliśmy kiedyś na lotnisku w Madrycie i stała sobie. Wczoraj ją otworzyłam… W życiu, powtarzam – W ŻYCIU nie używaliśmy lepszej papryki. Aromat wędzenia, kolor, smak – nie do przebicia. Poniżej zdjęcie – pudełko kosztowało około pięciu euro – pewnie w normalnych supermarketach będzie taniej, niż na lotnisku. Teraz już zawsze będę wypatrywała tej marki.
A propos gulasz: śniło mi się, że piję herbatę z Hannibalem Lecterem.

