O KONIECZNOŚCI ARCHIWIZACJI

 

Skończyłam Tracy Chevalier – jak zwykle z sercem w gardle, bo dziewuchy u Tracy zawsze są rogate, charakterne, nieustępliwe i potrafią nieźle namieszać – i teraz jadę “Czarną Dalię” Jamesa Ellroya. Naprawdę świetny, z bardzo dobrym tłem obyczajowym kryminał noir, coś pomiędzy Chandlerem a Connellym. Historia przepiłowania biednej Elizabeth Short opowiedziana jest z punktu widzenia jednego z policjantów, byłego zawodowego boksera, na tle stosunków panujących w tamtym czasie w policji, przygód z jego partnerem – też bokserem oraz dziewczyną gangstera. Uwielbiam takie klimaty.

Od kilku dni wiszę wielką, ogromną świeczkę świętemu Hieronimowi ze Strydonu, patronowi archiwistów (i drugą dla świętego – patrona głupków, kimkolwiek był). Teraz będę oglądać każdy kawałek papieru pod światło trzysta razy, zanim go wyrzucę – łącznie z listą zakupów i paragonem z Biedronki za masło klarowane. Nigdy nie wiadomo, co się okaże kiedyś przydatne, nigdy. (No i jeszcze niezbędna jest osoba, która by cały ten towar utrzymywała w porządku, ale to osobny temat).

Zachwyciło mnie odnalezione w czeluściach internetów stwierdzenie “usta w kolorze wybielonego odbytu” – to o tych modnych obecnie szminkach a la lata 60-te, w kolorach jasnego, pastelowego, rozbielonego różu. Nawet niektórym paniom jest w tym do twarzy, co nie zmienia faktu, że usta wyglądają… no właśnie TAK.

Natomiast nie zachwycił mnie tegoroczny karp w Trójce. Jakoś wcale nie wpada w ucho, ani w pamięć.

 

PS. O, właśnie się okazało, że z tej “Czarnej Dalii” zrobili film ze Scarlett Johansson. No proszę. I że czytałam już Ellroya “Tajemnice Los Angeles” i też są paluszki lizać.

O TYM, ŻE PONIEDZIAŁEK PRZYWITAŁAM PRAWIE Z OTWARTYMI RAMIONAMI

 

Mam po tym weekendzie łeb spuchnięty jak bania, bo najpierw N. kupił Szczypawce piszczącego gumowego prosiaka, a później jeszcze moja koleżanka przywiozła jej w prezencie prześliczną pluszową kostkę. Z piszczałką. Dwie doby nieustającego piszczenia. Czy to są warunki do… do CZEGOKOLWIEK? Mam ochotę popełnić jakieś co najmniej wykroczenie.

W dodatku miałam zagadnienia tekstylne, a wręcz faszionelskie. Najpierw N. wybierał się na jakieś lecie i kazał mi złożyć (@*&^$%) poszetkę. W Internecie jest mnóstwo instruktaży, jak złożyć poszetkę, tylko że nikt się nie zająknie o tym, jakie to cholerstwo jest śliskie i nieposłuszne. Niestety, to nie papier do origami. W dodatku ja się męczę, wysilam, składam i co słyszę zamiast podziękowania?… „James Bond miał INACZEJ”. Następnym razem niech mu James Bond składa.

A później była jazda z Zebrą pod tytułem „Moje dziecko ma być przebrane za choinkę, a nigdzie nie ma nic zielonego WYMYŚL COŚ!” i musiałam uruchamiać gorącą linię i niepokoić koleżankę w niedzielne popołudnie. Jakby nie mogła jej zgłosić do przebrania za owieczkę – mam piękną białą kamizelkę z prawdziwej sztucznej owcy – ale nie, oczywiście musi być choinka (chociaż i tak dobrze, że nie kazała mi szyć kostiumu ośmiornicy – osiem nóg, Dawidzie! – albo homara).

A na koniec musiałam jeszcze posprzątać rozsypany orkisz, w dodatku atakowana pytaniami “Skąd my mamy orkisz?”. No już CO JAK CO, ale orkisz w tym domu to całkowicie NIE MOJA sprawa. Co innego rozsypane masło – to bym wiedziała, skąd mamy. Ale chyba nie zdążyłabym posprzątać, bo Szczypawka by mnie ubiegła. Na orkisz jakoś nie reflektowała.

Ale to i tak jeszcze nic. Myślę, że prawdziwy moment refleksji miałam we czwartek wieczorem, kiedy to N. wrócił z delegacji i służbowego obiadu w hiszpańskiej restauracji z pudełkiem, do którego miał zapakowany hiszpański stek. Dla Szczypawki. No, nie cały – to, czego nie zjedli. Piękna wołowina z grilla, średnio wysmażona. A ja sobie zjadłam chińską zupkę (ostro – kwaśną). To tak jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości, jaka jest kolejność dziobania w naszym stadzie.

I jeszcze ten wiatr. Ugh.

PS. Na zdjęciu mały zbój z kosteczką. Po weekendzie kosteczka jest już rozpruta z jednego boku. Zdjęcie niezbyt dobre, bo to jak próba sfotografowania tornado.

kosteczka

O UBARWIANIU ŻYCIA

 

Uwaga! Uwaga! Rozbieram się do naga (nie no, ŻARTUJĘ, nigdy nie byłabym aż tak okrutna).

No więc. Znalazłam na jakimś kulinarnym blogu nowy sposób na ciasto bananowe. Sposób absolutnie dekadencki, kaloryczny i glutenowy, więc zwolennicy posilania się jarmużem i namoczonymi otrębami niech nie czytają.

Banany, zamiast rozgniatać widelcem, karmelizujemy na patelni na maśle, z dodatkiem brązowego cukru. Jak się rozpadną na bulgoczące puree, to po pierwsze staramy się go nie zeżreć natychmiast całego łyżką (bo tak pachnie…), a po drugie trochę studzimy. I dalej już normalnie – jajko, mąka, proszek do pieczenia. Ja ostatnio wrzucam w babeczkowe papilotki, bo łatwiej serwować i jakoś tak bardziej kolorowo. A pora taka, że każdy skrawek koloru się przyda.

A propos skrawków koloru – czytam “The Last Runaway”, wspaniałe. Książka jest o dwóch młodych Angielkach, kwakierkach – jedna z nich wyrusza do Ameryki do narzeczonego, a siostra postanawia do niej dołączyć po tym, jak miejscowy drań złamał jej serce. Jak to w życiu bywa, ta weselsza siostra od razu umiera na żółtą febrę (nie zdradzam fabuły, bo to się dzieje na dziesiątej stronie) i biedna Honor musi sobie radzić sama w obcym kraju. Nie może wrócić, bo tak potwornie chorowała podczas rejsu, że nie jest w stanie wsiąść na statek powrotny.  Ameryka przeżywa akurat rozwój kolei i wyzwalanie niewolników. Ulubionym zajęciem Honor (i innych kwakierek) jest szycie patchworkowych kołder (quilt – nie wiem, jak to się tłumaczy – pewnie się nie tłumaczy, bo u nas czegoś takiego nie było). Jak to u Tracy Chevalier – opis szycia, wzorów, powstawania patchworków jest tak wciągający, że w zasadzie mam ochotę nawlec igłę i zabrać się do roboty. Najtrudniejszym wzorem jest “gwiazda Betlejemska” – obejrzałam w internecie, piękne. Tylko znowu – trzeba mieć oko do kolorów, a ja tak średnio, cholera.

Muszę się przeprowadzić do nowego telefonu. Od paru tygodni to odwlekam, bo jak już niejednokrotnie wspominałam – przywiązuję się jak stary kundel, ale niestety rozdyźdało mi się gniazdo do ładowarki i wieczorne podłączanie  trwa coraz dłużej (w końcu łapie styk, ale ile się za przeproszeniem nawkładam i nawyjmuję, to jak w niezłym porno). Któregoś razu po prostu piznę nim o ścianę i problem rozwiąże się sam.

 

O PSIEJ TRANSMISJI

 

Zakochałam się w Kirsten Dunst z drugiego sezonu “Fargo”. To znaczy, do pewnego momentu miałam ją ochotę rozerwać na kawałki, ale przeszła przemianę duchową i zrobiła się obłędna (“Niunia, dźgałaś zakładnika?”).

A właśnie, bo na motywach Fargo chciałam, żeby N. kupił mi taki piękny taser w kształcie pałki na Gwiazdkę, nawet już go znalazłam w jednym sklepie, a on się pyta, na co mi to i czy już całkiem sfiksowałam. JA sfiksowałam?… Niech sobie gazety poczyta; jak tu w takich czasach wychodzić luzem z domu bez elektrycznej pałki?

A najlepsze, że od kilku tygodni Szczypawka w naszym biurze modli się do jednego pustego kąta w lokalu (tak, Szczypawka jeździ do biura). Tyłem do drzwi balkonowych, przez które uwielbia wyglądać, tyłem do wszystkiego właściwie – siedzi i wpatruje się w kąt. Albo leży (i się wpatruje). Nie wiem, co / kto jej się tam ukazuje (Duch Zagubionych Faktur? Ale to powinien mnie prześladować). Pocieszające jest, że nie warczy, więc może nic bardzo złego, ale i tak z lekka mam ciarki, jak ona tak spokojnie siedzi i patrzy. W pusty kąt.

O TYM, ZE CIAŁO MOŻE ZNIKNĄĆ

 

Drogi Pamiętniku, całą niedzielę mnie brzuch bolał po imieninach teściowej (jeścjeśćjeść zmiana talerzy jeśćjeść jeśćjeść zmiana talerzy jeśćjeśćjeść… oraz JEDNAK podejrzewam grzyby z domieszką).

W „Anatomii zbrodni” opisane jest zatrważająco dużo przypadków morderstw, w których procesy były poszlakowe, bo nigdy nie znaleziono ciała. A może raczej – obiecująco dużo. Skoro w obecnych czasach, przy wszystkich dostępnych technologiach udaje się upłynnić trupa i jedynym dowodem zbrodni jest mikroskopijny kawałeczek gnata znaleziony w pralce, a wziąwszy pod uwagę polskie realia – w życiu by tych poszlak nie znaleźli, to nic tylko mordować. Tylko musiałabym poufnie na osobności pogadać ze skazanymi, jak się tych ciał pozbyli. Całkiem sporo wrzuconych do rzeki po prostu znika, ale to jest raczej loteria, wolałabym cos pewniejszego. No i odpada rąbanie na kawałki i rozpuszczanie w ługu, bo to brudna robota i śmierdzi.

Bardzo inspirująca książka.

Z odkryć kulinarnych weekendu – czekoladki Magnetic ze słonym toffi. Bardzo intrygujący smak. W pierwszym momencie pomyślałam „nie wiem, czy polubię”, ale za chwilę już wiedziałam, że owszem.

Etna wybuchła, dymi i nie zamierza przestać. Wcale się jej nie dziwię.

O IRENCE

 

Wczoraj okazało się, że N. nie zna jednego z najstarszych dowcipów świata z tak długą brodą, że się o nią potyka: “Co to jest: ropucha i czterdzieści żabek?”. No nie wiedział, nie miał pojęcia, że to teściowa wiesza firanki. Najwyraźniej mało co do tego Zgierza docierało z popkultury, bo nawet dowcipy nie, ale czy można się im dziwić.

(W kwestii żabek – była to moja udręka, jeden z najbardziej znienawidzonych przedświątecznych rytuałów. Najpierw odpiąć to tatałajstwo, zakurzone, prawie było widać gołym okiem kopulujące na potęgę roztocza, a później wieszanie czystych. I firanki równo UMARSZCZYĆ. O Święta Panienko, umarszczanie firanek. W domu nie mam ani pół, ani ćwierć firanki i ani jednego karnisza. Dawne traumy rzucają długie cienie).

Ale wracając do tematu… Ekhm. No więc moja teściowa ma ten czarujący zwyczaj, że robi imieniny dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem, więc wczoraj N. mnie wysłał po perfumy na prezent. Nie dość, że po powąchaniu trzech buteleczek zaczęło mi się kręcić w głowie (wybieranie dla kogoś zapachu w ciemno to jest coś okropnego), to później do końca dnia prześladowały mnie perfumy. Nie wiem, czy te dzisiejsze zapachy mają coś tak przenikliwego w składzie, czy to mój nos przeszedł jakąś przemianę duchową, ale odmawiam wizyt na stoiskach z perfumami. Jak dostanę konkretną nazwę – proszę bardzo, mogę kupić, ale żadnego wąchania. Fffffff.

W pogodzie i polityce chujnia z patatajnią, to upiekłam bananowe muffiny i czytam “Anatomię zbrodni. Sekrety kryminalistyki”. Fikcyjne kryminały mi się ostatnio przejadły (za wyjątkiem Kate Atkinson) – rzeczywistość jest po prostu ciekawsza (na przykład trzymanie świńskich łbów w walizkach, żeby sprawdzić, jaki gatunek muchy przeciśnie się przez suwak, żeby złożyć jaja).

A teraz Irenka idzie całować oczka Misia Rysia. Do odwołania.

 

O TYM, KTO PRZYPOMINA NAJJAŚNIEJSZEGO PANA CESARZA

 

Zaczyna się moja ULUBIONA pora roku (a echo z przyzwyczajenia: mać… mać… mać…).

Wczoraj wyjeżdżaliśmy do roboty AKURAT w samym środku oberwania chmury z gradem, piorunami i błyskawicami. N. jak wyskoczył zamknąć bramę, to przez ten moment nawpadało mu na siedzenie w samochodzie lodowych kulek na centymetr grubo. Dobrze, że są podgrzewane siedzenia (odkąd usiadłam na swoim pierwszym podgrzewanym siedzeniu w samochodzie, to już nic innego mnie nie interesuje, żadne inne parametry – tylko podgrzewane siedzenia). Bardzo się przyjemnie jechało z rąbiącym o szybę gradem.

Za to dziś powitałam dzień piętrowo złożonym i powtórzonym po wielokroć WIADOMYM związkiem frazeologicznym, jak zobaczyłam pierwszy nieśmiały tegoroczny ŚNIEG NA TRAWNIKU, niech go jasna cholera. A później poszłam tłuc głową o podgrzewaną podłogę w łazience. W dodatku jak się wysunie nos z domu, to z kolei zniewala człowieka smród – któryś sąsiad nadal pali w piecu starymi mumiami Inków, zdechłymi gołębiami i asfaltem. Jezu, chcę się najeść igliwia jak Muminki i zasnąć do marca.

Szczypawka istotnie obrosła na zimę (próbuję ją czesać, ale daje dwa razy pociągnąć grzebieniem, następnie rzuca człowiekowi wiele mówiące spojrzenie i spiernicza do budy, a mamy umowę, że w budzie jest nietykalna) i teraz en face przypomina mi cesarza Franciszka Józefa. N. się na mnie wścieka, kiedy to mówię, ale taka jest prawda – identyczne bokobrody. Ja z kolei się na niego wściekam, jak wychodzi z psem wieczorem na ostatnie siusiu z wielką latarką – reflektorem. I psina kuca, a ten ją oświetla jak na środku areny cyrkowej. W TAKIM MOMENCIE, kiedy każda żywa istota potrzebuje dyskrecji i – nomen omen – skupienia!…  Przecież to można dostać nerwicy jelit w takich warunkach. I nerwicy wszystkiego w zasadzie.

Dobry dowcip ostatnio znalazłam, czy też raczej on znalazł mnie:

“Grupę zaginionych w amazońskiej dżungli polskich turystów odnaleziono idąc tropem klnących papug”.

(A propos polskich turystów – jakie to szczęście, że nie leciałam na wakacje z zabawnym panem, co opowiadał dowcipy o bombie w samolocie, chociaż taki artysta może się każdemu przytrafić. Może po doniesieniach o tym, ile będzie kosztowała ta przyjemność, żartownisie trochę przystopują z drinkami na lotnisku i w samolocie – choć może to zbyt daleko posunięty optymizm przeze mnie przemawia).

O CZARNYM PIĄTKU I KOLEJKACH

 

Jak Państwa czarny piątek? Bo mój dziękować – udany; najpierw zahaczyłam w Empiku najnowszą Tracy Chevalier, “The Last Runaway” (niestety, nie mam siły czekać na tłumaczenie, a ją się bardzo przyjemnie czyta w oryginale), a dziś poprawiłam polarowym kocykiem w Biedronce. I syropem klonowym, czyli jutro na śniadanie naleśniki.

W ogóle jeśli chodzi o Gwiazdkę, to ja już w zasadzie jestem zaspokojona prezentowo – ostatnio dostaję tyle paczek, że kurierzy dzwoniący do drzwi biura rzucają znad pudeł przeciągłe, wieloznaczne spojrzenia. Co prawda, sama je zamówiłam i opłaciłam, więc odpada efekt zaskoczenia, a na dodatek zawartość przeznaczona jest dla kogoś innego, ale i tak najprzyjemniejszym aspektem paczki jest jej OTRZYMANIE. Doszłam do wniosku, że powinnam była pracować w zaopatrzeniu – niestety, nikt mi nie zrobił w odpowiednim momencie testu predyspozycji zawodowych.

Natomiast dziś miałam małe spotkanie trzeciego stopnia przy kiosku, dokąd udałam się po kolorowe szmatławczyki dla babci. Nie dość, że kioskarka mnie sterroryzowała (“Jeszcze dam pani to i to, JA WIEM, co starsze panie lubią czytać! O, jeszcze RETRO pani dam”), to przede mną w kolejce stała pani jak z tego dowcipu: otwiera torebkę, wyjmuje porfelik, zamyka torebkę, otwiera portfelik, wyjmuje złotówkę, zamyka portfelik, otwiera torebkę, chowa porfelik, zamyka torebkę i podaje kioskarce złotówkę.

– Jeszcze pięćdziesiąt groszy – mówi kioskarka.

Na co pani otwiera torebkę, wyjmuje portfelik, zamyka torebkę…

Żyła mi pulsowała, a jeszcze sobie resztę wydawały i pani chowała zakupy do torebusi zapinanej na guziczki i zawiązywanej na troczki. A N. do mnie “CO TAK DŁUGO, ja tu na zakazie stoję!” (kochanie, wszyscy w Żyrardowie stają na zakazie).

– Ty byś tego nie przeżył – mówię mu. – Łeb by ci eksplodował.

Bo on jest dość nerwowy, a w kolejkach to już strasznie. Nie raz już wracał ze stoiska z wędlinami w stanie przedwylewowym i ręce mu się trzęsły – “Takie dwie przede mną kupowały całą świnię w plasterkach!”. Niedawno poczułam, że umrę, po prostu przewrócę się i umrę na miejscu, jak nie zjem kawałka szarlotki i wysłałam go do cukierni. Wrócił blady z pustym spojrzeniem:

– Myślałem, że wszystkich tam pozabijam – mówi. – Po pierwsze, był ostatni kawałek szarlotki, więc nie mogłem nawet PATRZEĆ w jego stronę, bo natychmiast baby z kolejki by kupiły. Najpierw jedna kupowała po dziesięć deko wszystkiego, co było, a później dwie się pokłóciły o ostatnią minipizzę; jedna wyła, że to dla dziecka, a i tak ta druga ją capnęła.

(Jakoś w Juli albo magazynie ze śrubkami nic go nie denerwuje i może tam szaleć godzinami, tylko nagle w babskiej kolejce okazuje się, jak bardzo ma kruchą psychikę!… ).

Pogoda zniechęca do czegokolwiek oprócz testowania nowego kocyka.

PS. We “From Russie With Love” Bond Connery nosi białą poszetkę do szarego garnituru. Białą. Notabene – garnitury męskie z lat sześćdziesiątych są niesamowcie eleganckie; nie znam się na kroju, ale faceci wyjątkowo dobrze w nich wyglądali.

O SPACERZE, LUB RACZEJ JEGO NEGACJI

 

N. dziś w delegacji. Dzwoni z drogi, to odbieram (flanela, polarek, skarpetki oraz gorąca herbata): “Może byś tak poszła dziś z pieskiem na spacer?”.

Się uśmiałam. Siorbnęłam herbatki i poprawiłam polarową bluzę.

Opowiedziałam ten dowcip Szczypawce; też się śmiała.

Szczypson

Ustaliłyśmy, że spacer przewidujemy gdzieś tak w maju.

Co do kolorowanek – to nie dla mnie; zawsze miałam problemy z dobraniem kolorów słupków na wykresach w Excellu, a jak było więcej niż cztery serie danych, to już masakra. Zostaję przy serwetkach. I dyskusjach na forach (zwłaszcza o teściowych).

PS. Dostałam od koleżanki zakładkę do książek – taką metalową, z przywieszką; bardzo się ucieszyłam, bo a) one są śliczne, b) już raz taką dostałam i zgubiłam, bo mi się wysunęła. Po czym okazało się, że wysunęła się, bo była źle założona! Trzeba je zahaczać tym zagiętym uszkiem o grzbiet, a ja zaczepiałam o okładkę, no widzieli państwo? CAŁE ŻYCIE ROBIŁAM TO ŹLE.

O TYM, ŻE NADAL LISTOPAD

 

Ogólnie psia dupa, ale znalazłam piękną, stylową skargę na teściową w jednym z niekończącej się serii wątków o teściowych:

“Moja nam też pomagała. Niby generalnie było ok, ale np. moje koszule nocne wyprała ze szmatami od podłogi co tylko przez przypadek zauważyłam.”

Poziom finezji i komplikacji intrygi mnie po prostu oczarował. (Szmaty do podłogi w pralce?… Oldkulowo).

Niech mi ktoś powie, o co chodzi z kolorowankami dla dorosłych – dlaczego ich są nagle pełne księgarnie. Czy to ma związek z tym, że teraz rodzice odrabiają lekcje za dzieci i muszą sobie przypomnieć co i jak? (Nigdy w życiu matka nie odrobiła ze mną lekcji, nawet jednego zadania; nie pojmuję tego trendu troszkę).