O TYM, ŻE DZIŚ NIE BARDZO

 

Napisałam na fejsie, ale się powtórzę: jak N. jeszcze raz nakarmi psa po 20.00 (i to suszonymi kaczymi filetami, po których pies pije jak Smok Wawelski), to ja go po prostu zamorduję nożem. Wieloma nożami. Wszystkimi nożami jakie znajdę – a mamy ich całkiem sporo. Będzie krew, przemoc i mnóstwo sprzątania, a później mnie zamkną – trudno.

Cztery pobudki dziś w nocy. CZTERY!!! Cztery wycieczki!…

W dodatku spadł śnieg, a ptaszki nie chcą żreć rodzynek – dosypujemy im musli do słonecznika i zjadają płatki owsiane i pozostałe kawałki owoców, ale rodzynki – nie! Ja je nawet rozumiem, bo też zawsze wydłubuję rodzynki z sernika i z czego się da. Ale podobno kosy lubią suszone owoce? Winogrona i borówki amerykańskie opiętroliły do gołych gałązek, a rodzynek nie chcą.

Nie, dziś się nie będę nad tym zastanawiać. Dziś może lepiej się nad niczym nie będę zastanawiać ani wyciągać wniosków.

O TYM, ŻE BYWA DZIWNIE, NA SZCZĘŚCIE TŁUSZCZ JEST OK

 

Dobra, koniec tego krowienia się. Majtki na dupę i do roboty – jak mawiał klasyk.

Na razie nowy rok jest jakiś DZIWNY. Dzieją się dziwne rzeczy. O, na przykład – kilka dni temu śniło mi się, że chcę wrócić do szkoły muzycznej, ale moja profesorka od fortepianu jest przeciwna i w ogóle mnie tam nie chce. I kogo dziś spotykamy w sklepie? HĘ? Moją panią od fortepianu, niewidzianą lat dwadzieścia albo i lepiej! W dodatku bardzo ładnie wyglądała (nie od dziś mówię, że sztuka konserwuje). Ale byłam tak miła i nie wypomniałam jej, że stanęła w poprzek moim marzeniom (sennym).

Albo – słyszę kątem ucha, jak N. rozmawia z moim ojcem przez telefon: “No i co, rusza się? Nic? Jakąś godzinę trzeba mu dać, ale jak dalej nic, to już koniec”. Włos mi się zjeżył WSZĘDZIE – jak nic coś przejechali samochodem!… I teraz u ojca leży w garażu schowany przede mną potrącony łoś / żubr / jelonek / dzik i tak nad nim czuwają na zmianę. Zanim jednakowoż zdążyłam N. wydrapać oczy, to się okazało, że akumulator sobie pożyczają. Chyba, że to był taki kryptonim. AKUMULATOR. Na pewno na wszelki wypadek nie wezmę do ust żadnej kiełbasy, z jaką się N. pojawi w domu w najbliższym czasie.

A w dodatku świat obiega nowa teoria amerykańskich naukowców, jakoby tłuszcz oraz cholesterol wcale nie były takie szkodliwe, jak się od kilkudziesięciu lat ludziom wmawia. Gorzej szkodzi cukier, niż tłuszcz. Ja tylko mogę pokiwać głową z politowaniem – zawsze to powtarzałam, że tłuszcz jest fajny, kochany i pyszny. A już żeby ludziom jajko szkodziło, to naprawdę jakiś mega zwyrol i mizantrop musiał to wymyślić. Mój pradziadek codziennie jadł boczek albo słoninę (i popijał lufą spirytusu, ale to odrębny temat dietetyczny) i żył 96 lat. Ponieważ tłuszcz is jolly good fellow i w ogóle long live the tłuszcz.

A jako że z krówkami mi nie wyszło, to idę żreć faworki. Świeżutkie.

O KRÓWKACH I CELSIUSZACH

 

Na ostatnich zakupach w zeszłym roku kupiłam sobie krówki. Okazały się najstarszymi, najtwardszymi krówkami, jakie w życiu jadłam (w zasadzie  próbowałam jeść). Nawet za ciemnego PRL-u krówki były zwykle ciągnące, a co najwyżej całe kruche, jak im się środek zsiadł, ale nigdy SKAMIENIAŁE (za PRL-u w Żyrardowie było mnóstwo krówek i pysznego ketchupu Rybaka, prosto z Milanówka). Być może były to krówki wydobyte z egipskiego grobowca po 3500 latach, tylko zapomnieli to napisać na metce. Jak słowo daję, nie wiem w jakich warunkach i ILE CZASU musi spędzić krówka Wawela, żeby prawie złamać na niej ząb!… Wiem natomiast, że będę o wiele ostrożniejsza w MarcPolu przy cukierkach na wagę, bo jak widać żarciki ich się trzymają. Może mają cichego udziałowca dentystę, w dzisiejszych czasach nigdy nic nie wiadomo.

A może Wszechświat chciał mi coś przekazać. Jakąś wiadomość. Na przykład:

“Widziałaś może ostatnio swój tyłek? Nie? To idź do łazienki, przejrzyj się w lustrze a następnie zastanów się nad sobą i krówkami, w dowolnej kolejności. Na przykład najpierw nad sobą, a później nad krówkami. Albo na odwrót. Ważne, żebyś wyciągnęła wnioski. Buzi w nosek. Podpisano – Wszechświat”.

Niby z Celsiuszami za oknem trochę lepiej, ale dalej kurde zimno. I dalej jak ten pies, co go baca zastrzelił – zachwycona nie jestem. Szczypawka też nie bardzo, jak otwieram jej drzwi na balkon, żeby wyszła, to patrzy na mnie z miną pod tytułem “Poczekajmy na reinkarnację, zamienimy się miejscami i wtedy pogadamy o siusianiu na zewnątrz w taką pogodę”. I ja ją całkowicie rozumiem.

O ZIMNYM STARCIE

 

Wykopałam z szafy NAJWIĘKSZY sweter i oczywiście emu, żeby wywlec się do biura. N. powiedział, że samochód przy odpalaniu cichutko jęknął. Ja też jęczę rano przy odpalaniu, a w szczególności przy oglądaniu termometru – wcale nie cichutko.

Skończyłam Zochę Stryjeńską – ale mnie umęczyła. Nieprzeciętny talent, ale co za niespokojna dusza; nie dałam rady tego czytać szybciej, bo te jej ciągłe przeprowadzki, wynajmy pracowni, ucieczki od długów mnie tak przytruwały, że musiałam po prostu odkładać książkę i nabierać siły. Zocha nie była w pełni kompatybilna z rzeczywistością, to pewne, artyści zazwyczaj nie są, ale przy opisie, jak próbowała ściągnąć lekarzy do syna leżącego w trumnie prawie pękło mi serce. Spanie w wannie i kapelusze w lodówce to już tylko drobiazgi. Ja na jej miejscu sfiksowałabym znacznie bardziej.

Booking mi przysłał ofertę noclegu w lodowym hotelu. W. LODOWYM. HOTELU. No nie powiem, wstrzelili się idealnie. No i na dodatek szczerze mnie rozbawili. Jak sobie pomyślę, że NAPRAWDĘ są ludzie, którzy z własnej woli i za spore pieniądze nocują w takim hotelu, to… To w sumie nic, bo ja od dawna mam o ludzkości wyrobione zdanie. A ludzkość co i raz mnie w nim utwierdza.

Taki lakier dostałam na Gwiazdkę – kolorystycznie mi pasuje do pogody, bo wygląda jak łapa ofiary zamarznięcia, prawda? (Kciuk schowany, bo skandalicznie obgryziona skórka).

bluepazury

O ARNOLDZIE W SYLWESTRA

 

Stary rok zakończyłam ostrym shoppingiem – wiadomo, jak to ja. W jednym sklepie internetowym znalazłam nakładki na trójkątnego mopa, którego kupił N., bo był najbardziej odjazdowy w całym sklepie z mopami, a teraz nigdzie nie ma do niego części. No więc jak już je znalazłam, to wykupiłam WSZYSTKIE PIĘĆ! A na dodatek jeszcze teflonowy smar, bo podobno teflonowy smar jest najlepszy ze wszystkich smarów.

Bardzo nie lubię sylwestrów i mam humor jak kiszona kapusta, że trzeba siedzieć do północy i jeszcze pić szampana (którego też nie bardzo lubię). Żeby uprzyjemnić nam oczekiwanie, N. wyciągnął kolejny prezent od Mikołaja, a mianowicie Terminatora Genisys. Nie ma się do czego przyczepić. Na pewno nie do dialogów, bo były może ze cztery. Postrzelali, powybuchało, Arnold jak zwykle był uroczym i pełnym wdzięku sobą, aczkolwiek starali się nie robić mu zbyt wielu zbliżeń. Jakoś się dociągnęło do północy – o mało się nie udusiłam, jedząc dwanaście winogron i głośno poprzeklinałam wszystkich fajerwerkowiczów, co straszyli mi po nocy ptaszki (biedne, nie dość że mróz, to jeszcze taki hałas). Na szczęście, Szczypawka się nie boi huku, ale pamiętam dalmatyńczyka mojej babci – wspaniały widok, jak 80-kilogramowy pies próbował wejść pod wannę ze strachu. Nie lubię sylwestrów i już!

Na dodatek pokręciło mi szyję i bark, nie wiem, czy od krzywego spania, czy to już starość i tak mi zostanie i zrobi się garb. Obiecuję, że jak będę miała garb, to w ogóle przestanę się czesać (wczoraj nie mogłam podnieść ręki, żeby się uczesać), za to będę się przebierać w czarne peleryny i chodzić po wsi i straszyć dzieci. Ale pod warunkiem, że nie będzie mrozu.

O TYM, ŻE KOŃCOWOROCZNY MARAZM

 

Oczywiście na koniec roku MUSI być jakaś afera – co to byłby za rok, gdyby się coś nie spierdoliło w ostatnim tygodniu, normalnie do powtórki! Ponieważ jednak nie jest to niczyj pogrzeb, nikt nie został obdarty ze skóry, pogryziony, nie jest na morfinie ani nie biega z nekrozą na szyi – to w ogóle nie ma o czym mówić, prawda.

Poza tym chyba normalnie. Na przykład wita mnie rano N. słowami “Nie ma w ogóle pokrywki do tego o!…” (demonstrując okrągłe plastikowe pudełko na psią paszę). Pokrywka oczywiście była w szafce, ale trzeba ukucnąć. A  jak powszechnie wiadomo, męskie kolana przy szafkach kuchennych nie zginają się. Zatem kucnęłam, przykryłam i świat z powrotem wypiękniał.

A w ogóle to komu potrzebny ten mróz? Tak było miło! (Zgniło, ale miło). Ani ja, ani Szczypawka nie pochwalamy takiego stanu rzeczy. Szczypawka nawet bardziej, bo przecież musi wychodzić, biedactwo moje. A ja mam taki nieśmiały plan, żeby się zrosnąć w jedną całość z pluszowym dresem z psem Snoopy i kanapą. Tak właśnie.

O SUSHI Z INDYKA

 

Święta, święta i po świętej – jak powiedział inkwizytor dorzucając gałęzi do płonącego stosu (wiem, że to strasznie stare, z długą brodą i wszyscy znają, ale mnie zawsze śmieszy, jak Monty Python).

No więc było jedzenie. Prezenty (Wampi! Dostałam TEN czarny top od Mikołaja, wyobrażasz sobie? Jest bardzo twarzowy i ze świetnego materiału). Więcej jedzenia. Jeżdżenie. Następne prezenty i jeszcze więcej jedzenia, a później znowu jedzenie. Espumisan. A drugiego dnia świąt – mój pieczony indyk.

Który się nie dopiekł.

Będzie mi się to śniło. Przy stole głodna rodzina z jakimiś mikroskopijnymi przystawkami, żeby nie popsuć apetytu, i N. mocujący się z ptaszyskiem, które w ogóle nie chce się kroić, a przy gnatach jest nadal różowe. Nie wiem, co się stało, bo od kilku lat piekę indyki, wychodziły mi znakomicie i myślałam, że potrafię to już zrobić z zamkniętymi oczami. Może dlatego, że ten był ciut większy i niewystarczająco wydłużyłam czas pieczenia, a może temperatura w piecyku była za niska. Albo po prostu – od czasu do czasu każdy dostaje swoją lekcję pokory. Na przykład kulinarnej.

Ale przynajmniej dwie osoby bardzo dobrze się bawiły:

– Zebra, która się ze mnie śmiała, nadal się śmieje, wtyka szpile i prędko mi nie odpuści;

– moja teściowa, która przywiozła kotlety schabowe, które – jak by nie patrzeć – uratowały imprezę i była z tego powodu PRZESZCZĘŚLIWA.

Więc tak się pocieszam. Że normalnie to by się zjadło pysznego indyka i zapomniało, jak o wielu poprzednikach, a tego surowego wszyscy będą pamiętać wiele lat (i mi wypominać przy każdej okazji, już to widzę).

(Oczywiście, kolejnym dość sympatycznym skutkiem ubocznym jest to, że my tego indyka teraz po kawałku pożeramy i jest kruchutki, maślany i z wierzchu chrupiący – taki, jak powinien być na proszonym obiedzie, drań jeden!…).

N. się pyta, czy wychodzę dziś z domu, pytam po co, a on – NO JAK TO, ludzi zobaczyć! Phi, już widziałam. Żeby mnie jakoś szczególnie zachwycili, to nie powiem. Wolę Stryjeńską pod kocem.

 

PS. Oraz obejrzałam “Magię w blasku księżyca” Woody Allena, co też mi Mikołaj przyniósł i no nie wiem. Niby jest Colin Firth i piękne zdjęcia, ale za bardzo przegadany w kilku miejscach i to bez allenowskiego humoru. “Seks nocy letniej” jest w podobnym klimacie i jednak bardziej mi się podobał.

O ROZTERKACH PRZEDŚWIĄTECZNYCH

 

Wczoraj byłam świadkiem naocznym – i nausznym – jak żona musiała odebrać od męża cztery telefony, CZTERY TE LE FONY – po tym, jak wysłała go po cebulę. Cztery razy dzwonił w sprawie cebuli! Czułam się jak ta pani, która umarła na stole do masażu i jej duch wstąpił w Phoebe i nie chciała odejść, dopóki nie zobaczyła WSZYSTKIEGO i dopiero ślub lesbijek ją przekonał, że teraz widziała już wszystko. Z tym, że mnie ślub lesbijek nie rusza, natomiast gorącą linię w sprawie cebuli przeżywam już drugi dzień.

Nasz dom w okolicy wyróżnia się tym, że nie mamy żadnych światełek. Zastanawiam się nad tabliczką “TU MIESZKA PSYCHOPATA”, ale chyba nie jest potrzebna, prawda?

A chirurg naczyniowy też się okazał świnią, jak również młody Sowa, biedna Elżbieta. A niby Czesi tacy porządni!…

O EPIDEMII WĘDZENIA

 

Poszłam do sklepu po włoszczyznę do ryby po grecku, a wyszłam ze śmietaną oraz spędziwszy dwadzieścia minut nad granatami, zastanawiając się, czy przypadkiem nie potrzebuję granatów. (Potrzebuję, ale nie owocowych). Naprawdę drogi pamiętniku z moją sklerozą jest coraz gorzej – czy raczej, uściślając, ze sklerozą coraz lepiej, a ja się staczam mentalnie. Może powinnam się wziąć za krzyżówki panoramiczne, żeby ćwiczyć umysł (prawy dopływ Odry na trzy litery, pierwsza “i”, albo jadalne bulwy kolokazji – o ile pamiętam, są w prawie każdej) (to drugie to taro).

W ten weekend u nas na wsi pachnie dymem, ale szlachetnym – nie tym z opon i zdechłych wron, tylko owocowe drzewo i wióry, albowiem wszyscy wędzą na święta. N. wczoraj wieczorem wpadł do domu z krzykiem “Dawaj flaszkę, sąsiedzi mnie wołają!”, po czym wrócił lekko odymiony, lekko uspirytusowiony, za to z dwoma pudełkami jajek od szczęśliwych kur oraz próbkami świeżo uwędzonego boczku i szynki. Bardzo smaczne. Tak na marginesie, czy ktoś robi porządne, uczciwe badania poziomu szczęścia kur? Bo wszyscy – szczęśliwe, szczęśliwe, a jak te kury mają jakieś swoje marzenia? Chodzą po podwórku i znoszą te jajka, no bo co mają zrobić, ale tak naprawdę chciałyby uprawiać surfing na Kanarach albo mieć małą cukierenkę w Paryżu? Chciałabym zobaczyć certyfikat od kurzego behawiorysty.

Nasze boczusie i schabusie wędzi NA SZCZĘŚCIE szwagier (przynajmniej odpada mi pranie okopconego psa, męża i innych okoliczności przyrody). Młodszy jest, niech się wykazuje. Jak mawia jeden przyjaciel N. – w wędzeniu najgorszy jest trzeci dzień; podobno strasznie wtedy rąbie kac i boli wątroba. Jak się przebrnie przez trzeci dzień, to później już z górki.

A na jutubie jest “Szpital na peryferiach”! (N. chce mnie udusić, ale ja się nie mogę oderwać. Kocham czeskie seriale). Elżbietko!… Zostaw tego hokeistę, wybierz romantycznego chirurga naczyniowego!… (ładna ta Elżbietka, swoją drogą, chociaż i tak najbardziej lubię tę żmiję Błażejową).