O NOWYM MOTTO

 

No i po bólu. Dostałam mnóstwo życzeń, niezasłużonych komplementów oraz złote jajo z jakimś mega magicznym balsamem wewnątrz. Nasmarowałam się nim od rana i czuję się piękna (na wszelki wypadek nie sprawdzam w lustrze, bo i po co – liczy się samopoczucie – patrz Kim Kardashian i in.).

Zupełnie przypadkiem od wczoraj mam nowe motto życiowe – jak napisał Bukowski:

„Jeśli nie dojdę do czegoś w życiu przed sześćdziesiątką, po prostu dam sobie jeszcze 10 lat”.

Jest piękny wrzesień.

Suki mają się nader dobrze.

IMG_0281

 

O TYM, ŻE… NO.

 

Dziś będzie temat zastępczy, ponieważ już jutro TEN DZIEŃ – nie, żebym od razu popadała w histerię, ale jakoś tak no wiecie. Czy to jest powód do radości?… No dobra, kilka osób by powiedziało, że jak najbardziej – chociażby taka Joanna S. Zawsze to rok bliżej do emerytury (której moje pokolenie nie dostanie, ha ha). Oooookej, ustalmy, że odczucia mam ambiwalentne – jak z pająkami (Roger się wyprowadził! Nie czuję się dobrze ze świadomością, że gdzieś mi grasuje po domu, dopóki siedział w jednym miejscu, to go lubiłam, a teraz NIE WIEM).

Dobra, temat zastępczy:

– Czy wiecie, że kiedy pan ośmiornica spotka panią ośmiornicę, to odrywa sobie penis i w nią rzuca? Po czym się oddala. Pani ośmiornica ma sobie od tej pory radzić sama.

KWINTESENCJA MĘŻCZYZNY.

Od kiedy przeczytałam tę informację, N. ma pozwolenie na jedzenie ośmiornic (bo tak to mu wisiałam nad głową i zniechęcałam, bo ośmiornice są takie inteligentne i mają oczy jak człowiek, wykształcone w drodze ewolucji konwergentnej). Facetów – ośmiornic, oczywiście. Krzywi się i mówi, że samiczki są delikatniejsze. NIC MNIE TO NIE OBCHODZI.

A borsuki się żadne nie zgłosiły. Może słabo im idzie obsługa smartfona i komputera, bo mają bardzo długie paznokcie, chociaż z drugiej strony widziałam już niejedne półmetrowe pazury w akcji. Ale nie borsucze, fakt.

O BORSUKACH, PYTONIE I RÓŻNE TAKIE

 

Od kilku dni zastanawiam się, gdzie by tu zamieścić ogłoszenie, żeby adoptowała mnie miła rodzina borsuków. Dotarłam w moim życiu do momentu, kiedy najbardziej atrakcyjną ścieżką kariery wydaje mi się adopcja przez borsuki.

W piątek przeczytałam informację o tym, jak w Łodzi w sortowni poczty wyszedł z paczki półtorametrowy pyton, a raczej to była ona. Okazało się, że paczkę wysłał mieszkaniec Zgierza. Oczywiście, że Zgierza! Nawet mnie to nie zdziwiło. Pan był zdziwiony, że pytonica wyszła, bo przecież włożył ją do poszewki na poduszkę i owinął taśmą klejącą.

Na dodatek, lekkim popołudniem na zakładzie pojawił się motyw „Wielu wspaniałych mężczyzn zmarnowało się przez kobiety”. Próbowałam wnikać w szczegóły, ale okazały się one mętne – jako przykład został podany aktor Cybulski (inter alia). W ogóle nie rozumiem, w jaki sposób kobiety niby zmarnowały Cybulskiego. No nie wiem, nie przekonali mnie. Coś mi to wszystko zajeżdża stereotypem i wymówką, żeby wyskoczyć na wódkę (i po pijaku narzekać na kobiety marnujące życie).

Przeczytałam „Nie jesteś sobą” – studentka, żeby sobie dorobić, podejmuje się opieki nad młodą kobietą chorą na stwardnienie zanikowe boczne. Oczywiście, po jakimś czasie łączy je coś więcej, niż relacja opiekun – pacjent (bo nie byłoby książki). Z jednej strony to dobrze, że są książki poruszające taką tematykę, w sposób bardziej pogłębiony niż „i opiekun zawiózł go do opery i odzyskał radość życia, gołąbki konfetti the end”. Poruszone są problemy, wałkowane na wszystkie możliwe sposoby, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi – czy powinno się potępiać męża, który odchodzi od umierającej żony? Do jakiego momentu chory może decydować o swoim leczeniu? Z drugiej strony, historia jest trochę za bardzo momentami uproszczona (na przykład, chora Kate ma nieograniczone zasoby finansowe i może sobie pozwolić na dowolną liczbę opiekunek, a nawet na nowy dom i jego urządzenie według swoich pomysłów i potrzeb). Trochę mam niedosyt (i wrażenie, że tłumaczenie mogłoby być lepsze), ale i tak to lepszy wybór niż kolejny kryminał.

No i tak. Gdyby ktoś miał namiary na borsuki poszukujące współlokatora, to ja chętnie.

O SPINCE

 

Coś mnie użarło w oponę na brzuchu. Nie jest to miłe, tym bardziej, że wyobraźnia mi kłusuje i wizualizuje złożone tam jaja, z których wykluwają się larwy pożerające mnie od środka. Na razie posmarowałam fenistilem i chętnie bym połknęła Valium, ale nie mam, bo cholerna mafia farmaceutyczna odgradza obywatela od co przyjemniejszych zdobyczy nauk chemicznych.

W międzyczasie (naturalnie) kupiłam sobie – TAK, KUPIŁAM SOBIE, bo już minął sierpień i MOGĘ! No więc, kupiłam sobie wiadro książek oraz spinkę do robienia koka. Na szczęście, została przysłana razem z instrukcją.

Spin

 

Nie łudzę się, że z moimi zdolnościami manualnymi zamiast koka wyjdzie mi coś innego niż zwyczajowy bałagan w rodzaju wroniego gniazda, bo zwykle coś takiego mi wychodzi, ale ponieważ spinka nie była droga, to przynajmniej będzie ekonomiczne wronie gniazdo.

Zresztą i tak zeżrą mnie larwy, to co za różnica.

 

 

O TYM, ŻE HJUSTON, MAMY WIEWIÓRKĘ

 

Moje uczucia do pająków są złożone. Na facebooku ja i pająki mielibyśmy status „to skomplikowane”. Nie zabijam i nie pozwalam zabijać pająków – zazwyczaj są wynoszone w słoiku. Boję się ich, ale nie wszystkich jednakowo – na przykład, nic nie mam przeciwko pająkom stacjonarnym; w tej chwili mam na stanie dwa takie: jeden wisi w pięknej pajęczynie za kuchennym oknem, taki pękaty z sękatymi nóżkami i niech sobie wisi. Nawet ładnie się prezentuje na tle lasu i nieba. Nigdzie się nie włóczy, pilnuje swojej pajęczyny i OK. Drugiego mam od wewnątrz, na szybce w drzwiach wejściowych – jest malutki, uwił sobie taki kokonik z pajęczyny i łapie najmniejsze muszki, a raz nawet komara – i żarł go dwa dni. Ma na imię Roger (bo jest wesoły). Musiałam nawet pertraktować z pomocą najemną, żeby nie popsuła Rogerowi domku (i samego Rogera) przy okazji sprzątania.

Boję się cholernie pająków biegających luzem, dużych i włochatych. Takich mniejszych, czarnych, z kosmatymi nóżkami – też się boję. Zawsze się drę, kiedy natknę się na pająka ZNIENACKA (albo on na mnie), albo nie daj Bóg go DOTKNĘ przez przypadek (aż mnie ciarki przeszły na samą myśl). Pajęczyny też się potwornie boję – jak się przedzierają na filmie przez jaskinie pełne pajęczyn, też się drę i zasłaniam oczy; wolę oglądać rozkładające się zwłoki, niż człowieka przedzierającego się przez pajęczyny. A jednocześnie uważam, że pająki przynoszą szczęście. Mówiłam? To skomplikowane.

Skoro już jesteśmy przy inwentarzu żywym, to mamy od jakiegoś czasu wiewiórkę w ogrodzie. Nie dało się nie zauważyć, jak się wprowadziła – wrzask wyciągnął mnie z domu; wszystkie ptaki z okolicy darły się na wiewiórkę, a wiewiórka im odpyskowywała. Prawdopodobnie postanowiła u nas pomieszkać z powodu misek z wodą – stoją wystawione dla ptaszków; zawsze mówiłam, że dobra infrastruktura to podstawa, najwyraźniej wiewiórka uważa podobnie – pije z misek i w nosie ma wydzierające się na nią ptaszki. A wieczorami gryzie szyszki, oczywiście AKURAT nad tarasem, więc codziennie rano brodzimy w lepkich sosnowych łupinkach. Nie dość, że POTWORNIE w tym roku śmiecą brzozy i przez całe lato wszystko jest w maleńkich samolocikach, z psem włącznie, to teraz jeszcze wiewiórcze ogryzki. Jak ostatnio stwierdził N. po całym dniu wywlekania bardzo dziwnych rzeczy z rynien, kiedy na dodatek musiał Szczypawce zabrać żabę, żeby jej nie zamęczyła  – a mogliśmy zamieszkać w kawalerce na 45 piętrze. Z plastikowymi oknami, co się nie otwierają.

A do mojej ciotki, robiącej zakupy w Lidlu w Świnoujściu podeszła kobieta i powiedziała „Proszę pani, gdzie tu są tabletki do zmywania, bo jestem z Katowic?”. Ale nie wiem, co jej odpowiedziała.

O OKU

 

Najpierw czekałam na burzę, a ona nie przyszła, co mnie wybiło z rytmu i nie owijajmy w bawełnę, wkurwiło. NAPRAWDĘ czekałam na tę burzę.

A następnie pękła mi żyłka w oku, niestety taka z tych większych, może przez burzę, ale bardziej prawdopodobne, że przez pająka. Albowiem wstaję sobie z kanapy, odruchowo spojrzałam pod nogi, a tam – włochata, ośmionoga niespodzianka wielkości kucyka Pony! O matko, jak się wydarłam, no i wtedy musiała mi trzasnąć ta żyłka. No chyba, że trzasnęła mi kilkadziesiąt sekund później, kiedy N. już pozbierał tę makabrę do słoika i tak sobie ZAŻARTOWAŁ, że zaczął tym słoikiem mi wywijać przed nosem! No, słyszeli mnie prawdopodobnie jeszcze za Kołem Podbiegunowym. Przysięgam, że jak się wydarłam pierwszy raz, to aż pająk podskoczył i podkulił nogi.

Tak, że sezon na kątniki wybiegające spod kanap uważam za otwarty, a oko uważam za szczypiące pod soczewką. Zresztą może i lepiej, że trochę gorzej widzę, bo sądząc po zawartości serwisów informacyjnych – nie bardzo jest co oglądać.

Trochę mam już jesienny nastrój „nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie rozumie, tylko pies mi został na tym łez padole”. Po czym pies rzuca mi jamnicze Spojrzenie i zwiewa kopać dziurę w trawniku. Czyli pies mi również nie został.

Ale przynajmniej nie muszę jutro iść do szkoły! A jak nie pieprznie meteoryt, to za niecały miesiąc jedziemy na wakacje. Może do tego czasu oko mi wyzdrowieje; zresztą – pić wino i jeść kalmary można i z jednym okiem.

Czy ja się czepiam, czy zapanowała potworna nuda w serialach?…

O BUTACH, STATKACH, LAKU, KAPUŚCIE I KRÓLACH

 

Ja się Drogi Pamiętniku bardzo, niezwykle cieszę z tej pięknej pogody, tylko dlaczego koniecznie musi mnie tak łeb w międzyczasie boleć? Chodzę z głową jak bańka pełna niestabilnego izotopu, obijam się o meble, a pies patrzy na mnie podejrzliwie, czy aby nie trzeba będzie za chwilę wypełniać formularza o transporcie zwłok. Więc to miło, że skumulowane masy ciepłego powietrza nas objęły, ale niech do cholery się ciśnienie zdecyduje, bo pęknę i będą flaki NA WSZYSTKIM.

W dodatku w tygodniu musiałam pojawić się w ważnej instytucji, a tym samym ubrać jak poważny (a przynajmniej NORMALNY) człowiek w moim wieku. Wyskrobałam jakieś spodnie niebędące dżinsami rurkami oraz białą bluzkę (chociaż nie wiem, po co ją prasowałam, skoro kiedy tylko przypięłam się pasem w samochodzie, bluzka wróciła do stanu opisywanego jako wyjęte z gardła przysłowiowemu psu, mimo że zaiste nie wiem, po co pies miałby trzymać w gardle damską odzież), natomiast z butami było już gorzej. Trochę musiałam się naszukać jakichś niemających frędzli, tiulowego żabotu, pomponów, koralików, naszytego pająka, kocich uszek, niebędących kowbojkami, meliskami albo krwistoczerwonymi balerinkami. W dodatku kiedy wieczorem wróciłam powłócząc nogami, to okazało się, że zgubiłam jeden fleczek. Widocznie jedną nogą powłóczyłam bardziej. Nie wiem, jak ludzie sobie radzą na co dzień w czółenkach. Ja po jednym dniu byłam jak rozjechana walcem (bynajmniej nie Straussa).

Natomiast byłam wczoraj z koleżankami na drinku (-kach, właściwie, no tak wyszło) i pomijając już jakieś nieistotne detale o noszeniu czy nienoszeniu majtek to wyszło nam z intelektualnego dyskursu, iż ludzie dzielą się na dwie grupy:

– tych, którzy umieją kupować w TK-Maxie, oraz

– tych, którzy kompletnie nie umieją kupować w TK- Maxie.

Ja kompletnie nie umiem.

I co teraz?

O RYNNACH I GWOŹDZIACH

 

N. czyści rynny, bo już nam całkiem niezła kolekcja chwastów wyrosła na siatkach – krzaczki takie dorodne, aż szkoda że to nie marihuana, może by nas w „Super Expresie” sfotografowali, przecież każdy marzy, żeby być w Superku albo w Fakcie (ja raz byłam, ale tyłem i nieco rozmazana, więc mam zrozumiały niedosyt). Natomiast Szczypawka koniecznie chce zjeść to, co jest z rynien wyrzucane. Pyszna zgnilizna; obawiam się, że coś tam musiało zdechnąć i się rozłożyć, bo jakoś nie wierzę w jej nagły wegetarianizm.

Pozostając w temacie okołoszczypawkowym – miałam moment refleksji nad światem (kolejny), widząc w ofercie sklepu z karmami dla psów BUTELKOWANĄ WODĘ dla psów z acerolą. Prawie trzy złote półlitrowa butelka. Myślałam, że po wodzie „VODA” na lotnisku, w sklepie butelka za około 15 złotych (ale można było kupić wersję z kolagenem! Piłam później zwykłą mineralną z rozpuszczonym kolagenem z saszetki – pachniało jak woda, którą się wylewa z akwarium, żeby ją zmienić, i smakuje jakby się lizało rozmrażającą się rybę), już niewiele jest mnie w stanie zdziwić, a jednak proszę. Nawet nie wiem, co to jest ta acerola! Brzmi jak coś, co Chodakowskie i Lewandowskie jedzą na śniadanie z puddingiem z chia. I mój pies by chciał coś takiego?… Nigdy mi nie mówiła! Pewnie dlatego żre śmieci z rynny, bo ma braki aceroli w organizmie, biedactwo.

Natomiast babcia (lat 93, przypomnę dla uzyskania pełnego obrazu sytuacji) przerobiła już wszystkie reportaże i ludzkie dramaty, od sierotek gnębionych przez zakonnice do kryminalistów duszących konkubiny po piwnicach i w sobotę zażyczyła sobie książkę o nałożnicach Sulejmana. To się nazywa mieć eklektyczny gust. Gdzie te czasy, kiedy cała rodzina zaczytywała się „Przeminęło z wiatrem” i sagą rodziny Whiteoaków? I teraz muszę szukać nałożnic Sulejmana – chyba założę nowe konto w internetowej księgarni, pod pseudonimem, i już się boję, co mi zacznie wyświetlać reklama kontekstowa.

Oraz dobry dowcip mi przemknął: matka pakuje syna na wycieczkę.

– Tu masz spakowane chleb, masło i gwoździe.

– Po co?

– Jak to po co? Posmarujesz chleb masłem i zjesz.

– A gwoździe?

– Tu są. Przecież spakowałam!

O TYM, ŻE ŚWIAT SIĘ NADAL STACZA, A LUDZIOM JEST SMUTNO

 

Dzień zaczął się czarownie, gdyż przed wejściem do biura przebywał jakiś młodzieniec w kucki, opierając się o niską barierkę i kiwając na boki. Ochrona powiedziała, że nawiązanie kontaktu nie powiodło się, pan nie jest pijany, a więc pod jakimś innym wpływem oraz zadzwonili gdzie trzeba. Kiedy za kilka minut N. wychodził do sklepu, młodzieniec leżał już na plecach w pozycji biedroneczki, nadal się huśtając, a nad nim deliberował patrol straży miejskiej w pełnym umundurowaniu. Ciekawe, na jakie wpadli pomysły.

Kolega w biurze powiedział, że to i tak jeszcze nic, bo na Florydzie są jakieś zupełnie nowe narkotyki, po których odbija dość solidnie, o proszę: „19-letni student z Tequesta na Florydzie brutalnie zamordował 53-letnią kobietę i 59-letniego mężczyznę. Policjanci, którzy dotarli na miejsce zbrodni zastali makabryczny widok. Młody mężczyzna odgryzał kawałki ciał swoich ofiar na podjeździe przed ich domem. Funkcjonariusze mieli spory problem z odciągnięciem mężczyzny od zwłok. Jak relacjonowali, 19-latek był bardzo silny i nie działał na niego paralizator. Policja nie wyklucza, że student mógł zażyć narkotyk zwany Flakka, tzw. ‘pięciodolarowy szał’. Po jego zażyciu osoby mają halucynacje, wpadają w szał i są odporne na ból”.

Jeśli chodzi o halucynacje, szał i odporność na ból, to nawet bym się skusiła, tylko nie chciałabym zacząć nikogo jeść, bo jeśli chodzi o ludzką surowiznę, to jestem dość brzydliwa. Twórcy tej znakomitej substancji muszą jeszcze popracować nad efektami ubocznymi.

Ech… co się z tym światem dzieje, że tak sobie pozwolę westchnąć filozoficznie.

W dodatku nadal wiercą. Nie jestem dziś gejzerem pozytywnych energii, to znaczy – zazwyczaj nie jestem, a dziś jeszcze bardziej. Dobrze, że w lodówce leży zapasowa kostka masła, to będzie się czym pocieszyć.

 

PS. Podobno wiele osób jest zdołowanych, a to wszystko przez niż znad Morza Czarnego – być może, być może, chociaż ja obstawiam nostalgię związaną z końcem wakacji. Ten koniec sierpnia to jednak w człowieku tkwi mocno zakodowany. Żeby nie wiem jak pięknie i ciepło było we wrześniu, to już całkowicie co innego, no i nie ma bocianów. To idę płakać (i jeść masło).

O MAGNESACH I UWAŻANIU

 

Trochę było strasznie ostatnimi dniami, bo N. sprzątał garaż. A jak on sprząta, to nie ma, że coś przestawi, odsunie czy przetrze kurz, nie. Jest najpierw huragan, powódź i katastrofa nuklearna w jednym, wszystko wyczyszczone do gołej ziemi i nawet zarazki uciekają w popłochu, a następnie z rumowiska wyłania się Nowy Porządek. No więc jak on się zabiera za sprzątanie, to ja mam gęsią skórę. I osiedlam się w bezpiecznej odległości. No i sprzątał i znalazł dużo interesujących rzeczy – na przykład pluszowego hipopotama, którego dostała Szczypawka i jest przeszczęśliwa (a ja już trzy razy bym sobie wybiła zęby, bo nadepnęłam na niego i pojechałam po podłodze) oraz pudełko magnesów, które kupiliśmy w IKEA jakieś bez kozery powiem dwanaście lat temu albo i lepiej.

No i te magnesy mówię sobie, wezmę i będą na lodówkę, żeby przyczepić kartkę z rozpiską śmieci, albo kartkę „WYJĄĆ INDYKA”, albo „UWOLNIĆ WIĘŹNIÓW POLITYCZNYCH”, no takie co wszyscy miewają na lodówce, prawda. Po czym zrobiło mi się słabo, bo przypomniał mi się horror, w którym bohater (bohaterka?) porozumiewał(a) się z jakąś siłą nadprzyrodzoną (to były duchy czy UFO?) przy pomocy magnesików na lodówce (sklerozę mam i nie pamiętam, co to za książka – chyba Kinga?). I wyobraziłam sobie, że wchodzę rano do kuchni, np. zimą – jeszcze ciemno jest – N. nie ma, bo w delegacji, a na lodówce emotikonek z magnesów! Albo wzór na pole kwadratu. Wszystko jedno co, ale bynajmniej nie przeze mnie ułożone. CO TO, TO NIE – wywiozłam magnesy do biura, gdzie mamy tablicę magnetyczną w pokoju ZGOŁA INNYM niż mój, i niech tak zostanie.

W międzyczasie zrobiłam pierwszy raz w życiu tymi oto ręcami kruche ciasto na kisz, bo normalnie używałam zawsze gotowca, tymczasem okazało się to banalne i kisz Lorraine wyszedł bardzo pyszny (i tłusty). Moja kochana siostra Zebra tak sobie podlała ten kisz, że z dziesięć razy mówiła do N. „Ty na nią uważaj, ona miała złamanie z przemieszczeniem i nawet nie pisnęła! To wiesz, uważaj na nią”. Też uważam, że powinien uważać (niekoniecznie z uwagi na złamanie).