Kupiłam kredki Bambino. Tak się złożyło, że na ostatnim grillu mieliśmy na stanie trzy księżniczki, które głównie biegały i bawiły się w wampiry oraz nadawały ultradźwiękami (czy myśmy jako dzieci też się tak strasznie darli?), ale w pewnym momencie zażyczyły sobie sprzętu do rysowania. No i tu się pojawił problem – zeszytów mam całe stosy, ale co dalej? Udało mi się znaleźć komplecik cienkopisów, z tym, że w kolorach raczej stosownych do rysowania protestu górników pod Sejmem, niż królewien i tęczowych zwierzątek. Jakoś to było, ale na przyszłość warto mieć lepszą ofertę – więc jak zobaczyłam stosy kredek w Biedronce, to wzięłam. I wiecie co? Te kredki są o połowę cieńsze od tych, które myśmy mieli na wyposażeniu! W dodatku jedna ma oszukany kolor; niby jest różowa, a maluje na jakoś tak pomarańczowo – sraczkowato. No ja nie wiem, ale wygląda na to, że kapitalizm popsuł nie tylko całe jedzenie w sklepach, ale i kredki.
A w piątek usłyszeliśmy w Trójce informację o pożarach lasów w Hiszpanii, w Galicji. Co za rok – najpierw La Palma, później Madera, a teraz jeszcze i Galicja. W dodatku okazało się, że najgorszy pożar jest przy samym Porto do Son i nawet mówili o ewakuacji! Słabo mi się zrobiło i kazałam N. dzwonić do naszych przyjaciół – co nie jest takie oczywiste, bo to uczciwi Hiszpanie, wyznający sjestę po obiedzie i dzwonić do nich można tak od osiemnastej, albo później.
Z tymi lasami w Galicji to narobili bigosu, kiedy jakiś mędrzec wpadł na pomysł sprowadzenia eukaliptusa – też po pożarach, żeby szybko zalesić pogorzelisko. Eukaliptus się przyjął, i to jeszcze jak przyjął! Tak się przyjął, że wygryza wszystkie lokalne gatunki. Rośnie jak wściekły, wypija całą wodę i zabiera światło innym drzewom i roślinom, w wyniku czego dostajemy całe dziesiątki, setki hektarów eukaliptusowej monokultury, gdzie nic innego nie rośnie. Albo mało co. Drzewo eukaliptusa nadaje się na papier i nic innego się z nich nie robi. Taki las ma jedną zaletę – cudownie w nim pachnie; jakby ktoś rozpylał Vicks Vapo-Rub (bardzo lubię, bo kojarzy mi się z chorowaniem w dzieciństwie, czyli bezkarnym leżeniem i czytaniem zamiast chodzenia do głupiej szkoły albo jeszcze głupszego przedszkola). Za to jak zacznie się palić, to pali się jak zapałki – podobno przez żywice i olejki eteryczne. No i nie ma jak go gasić – sama kiedyś widziałam akcję z helikopterami, targającymi podczepione plandeki wypełnione wodą, jak leciały to zrzucić na pożar w górach.
Dzwonimy o osiemnastej, nasz przyjaciel odbiera i mówi, że za kwadransik, bo właśnie cumują łódkę. Od razu miałam wizję, jak wszyscy z Porto do Son w ramach ewakuacji muszą się załadować na łódki, bo droga wyjazdowa jest odcięta. A akcją dowodzi Eugenio, jako najbardziej doświadczony kapitan jednostki (i zapędza na swoją łódkę wszystkie najmłodsze i najładniejsze dziewczyny, miejscowe i przyjezdne – wtrąca N.).
Po rzeczonym kwadransie okazało się, że nigdzie nie uciekają, tylko wrócili z ryb. W mieście owszem, śmierdzi dymem z okolicznych pożarów, bo miejscowi “przedsiębiorcy” (a raczej Hiszpanie – cebulanie, bo cebulactwo okazuje się być sportem międzynarodowym) specjalnie podpalają lasy – albo dla odszkodowania, albo zamiast sprzątać śmieci (jak u nas z wypalaniem traw). Albo chcą bez nadmiaru papierkowej roboty odlesić ziemię i sprzedać na działki. Do tego dochodzi leniwa miejscowa xunta, która zamiast zadbać i posprzątać regionalne kawałki lasu, zabezpieczyć drogi dojazdowe – to nic z nimi nie robi, tylko przepija rządowe pieniądze, no i tak. W efekcie spaliły się lasy i wszystko dookoła, w tym winnice i dęby laurowe. Przy winnicach już prawie się popłakałam.
A jeszcze na dodatek piesek miał w nocy sraczkę – ciekawe po czym! Może po zepsutej karmie – bo przecież NA PEWNO nie po tej surowej wołowinie na hamburgery, którą mój mąż ją futrował całe popołudnie. Ja go naprawdę w końcu zwiążę, albo owinę folią jak mumię (a raczej walizkę), bo przekazy werbalne do niego nie docierają.


