O TYM, CZEGO BYŚMY NIE CHCIELI

 

Ponieważ sobota, to na świeżutko umytą podłogę przyszła Szczypawka, ułożyła się jak Kate Winslet pozująca Leosiowi na Titanicu, a następnie wykichała ze swojego ślicznego noseczka garść ziemi (znowu ryła w trawniku). No bo w końcu co, podłoga jest dla psa czy pies dla podłogi? Już abstrahując od tego, że dla psa to jest sofa z kocykiem, a nie tam zimne kafle.

A także, ponieważ nie wiadomo, dokąd ten świat zmierza i ile jeszcze pociągnie, to chyba odpakuję mój imieninowy prezent (który nawiasem mówiąc sama sobie kupiłam, ale nazywa się że jest od męża). Niespecjalnie pasuje do obecnej rzeczywistości, bo jest to piękna, kolorowa, optymistyczna torba, ale co, ma leżeć i się zmarnować?… Kto wie, co będzie za tydzień z górką! MOŻE NIC.

Natomiast przeczytałam (przed zaniesieniem babci) tę książkę o pani prokurator i tak – wywiad jak wywiad. Normalny wywiad z normalną, pracującą, obowiązkową kobietą – nie od dziś wiadomo, że jeśli chcesz mieć niekończące zebrania, delegacje i gadaninę, to zleć to facetom, a jak coś ma być zrobione – to kobiecie. Są wyjątki oczywiście i nawet je osobiście znam, ale taka jest zasada. Ale co mnie chwyciło za moje małe, podłe, czarne serduszko to druga część książki, czyli opisy spraw prowadzonych przez panią prokurator. Bardzo w klimatach moich ukochanych książek Urbana, który prowadził kroniki z sal sądowych i takie na przykład “Jakim prawem” to wspaniała lektura. Żadne fikcyjne powieści tego nie przeskoczą – w tych kryminałkach jest żywa, tętniąca tkanka naszego ukochanego społeczeństwa, moim zdaniem to spora luka na rynku. Bo jakaś tam rubryczka w gazecie “Ukradł jabłka, za co sąsiad odrąbał mu obie ręce” to nie to samo – musi być porządnie nakreślone tło, charakterystyka postaci, okoliczności, przebieg śledztwa. “Polskie morderczynie” Bondy też są pod tym względem prześwietne. Dobrze, że babcia ma niskie ciśnienie (a ja po niej), bo na pewno znowu będzie cała w emocjach.

Bardzo proszę, żeby pogoda mnie nie wkurwiała i szybciutko zrobiło się z powrotem ciepło. Bo jak się robi chłodniej, to nie mam energii N. opieprzać, a wiadomo, że mąż nieopieprzany się psuje, zbacza z wytyczonego kursu i gubi się w świecie jak elektron walencyjny (czyli peryferyjny). A tego byśmy nie chcieli, prawda?

O TYM, CZYM PACHNIE DOM, A CZYM HENIEK ÓSMY

 

Jeśli to środek lata, to oczywiście wszyscy chorują. Na przykład ja – od niedzieli mnie telepie; jak zwykle podejrzewam trupi powiew z klimatyzacji prosto w nos (auuuu!… nie znoszę klimatyzacji). Tylko jak zwykle MÓJ MĄŻ jest niezniszczalny, a raczej ma jakieś kosmiczne owsiki z doładowaniem, przez które nie jest w stanie spędzić w jednym miejscu więcej, niż pięć sekund. No chyba, że akurat stoi przy wielkiej jazgoczącej pile tarczowej i coś piłuje. Wtedy tak. I cała wieś się cieszy!

A dziś w drodze do pracy mijaliśmy na autostradzie trzy samochody przekręcone o 180 stopni. A wew biurze remontują garaż, co skutkuje wiertarami udarowymi non stop i można cholery dostać i jakiegoś otumanienia – na przykład, wczoraj w domu mi pachniało imbirem, a nie miało powodu! Chyba, że to coś w proszku do prania albo żelu pod prysznic, chociaż nie sądzę, bo ostatni żel po prysznic z imbirem miałam jakieś dwa lata temu i niepomiernie mnie wkurwiał zamiast energetyzować, bo był jakiś galaretowaty, ślimakowaty i najpierw się nie chciał rozprowadzić na skórze, a później spłukać. Choć jakby się zastanowić, to wkurwienie JEST pewną formą energetyzacji osobnika, hm. No więc skoro nie kosmetyki, to albo mam złudzenia węchowe, co nie jest pozytywnym objawem, albo duchy manifestują swoja obecność zapachem. Ale żeby imbiru? Jakiś dalekowschodni duch mi się zapętał?…

No i tak. Z rozpaczy kupiłam „Klątwę Tudorów”, bo Philippa Gregory pasuje do letnich klimatów. A ja uwielbiam opisy i wynurzenia o tym, jak Heniek Ósmy śmierdział, bekał i obżerał się w okolicach trzeciej zony i powyżej. Oto, do czego prowadzi władza absolutna.

O TYM, CO DLA ODMIANY POPSUŁAM JA

DZIEN DRUGI: Nic nie popsuł. Może dlatego, że była ładna pogoda i obydwoje ze Szczypawką zniknęli w kącie w ogrodzie, skąd dochodził od czasu do czasu wizg piły i wzbijały się chmury trocin. Trzy czwarte tych trocin przyniosła później na sobie Szczypawka do domu. Prosto na kanapę.

Za to ja popsułam – to takie do krojenia jajek na twardo na plasterki, u nas w domu roboczo zwane jajcokrajco. Zbyt mało delikatnie je potraktowałam przy wpychaniu do zmywarki i pękła mu struna. Nie wiedziałam, że jak pęknie jedna żyłka, to już całe jajcokrajco do niczego, a tu proszę. Zupełnie jak z człowiekiem – jedna żyłka pęknie i adieu…

Na pocieszenie był w Biedronce kocyk w uśmiechnięte arbuzy, który oczywiście natychmiast adoptowałam (mimo ostrzeżeń mojego męża, że nadaję się do zakładu zamkniętego z tymi kocykami). Były jeszcze w ananasy, ale arbuzy mi się bardziej spodobały. Piękny, prawda?

Kocyk

I znowu głupi dowcip słyszałam – że radzieccy naukowcy odkryli, że bimber wyprodukowany z ziemniaków daje o wiele więcej radości, niż frytki. I tu bym się absolutnie, kategorycznie z nimi nie zgodziła – nie ma nic lepszego, co można wyprodukować z ziemniaków, niż frytki. Frytki są mistrzem świata w tak wielu kategoriach, że nawet nie chce mi się ich wymieniać. Bimber, też coś.

Reasumując: szczyt NATO jest mi winien 1 butelkę octu balsamicznego, 1 rolkę ręcznika papierowego (dużą) oraz 1 jajcokrajco.

O KRÓTKOTERMINOWYCH EFEKTACH SZCZYTU

 

Z okazji, że w okolicy naszego biura wyroił się szczyt NATO, N. jest zmuszony spędzić dwa nadprogramowe dni w domu, ze mną.

Nie ma sensu przedzierać się do biura, bo jesteśmy odcięci prawie z każdej strony, na mapach Google wyszło nam, że moglibyśmy dojechać na oko przez Siedlce. Ale i tak mamy dobrze – jak ten pan z Barei, co nie zdążał na pekaes, który był przepełniony i nie zatrzymywał się. My tylko nie mamy jak dojechać, a nasz znajomy ma mieszkanie na Zwycięzców i wczoraj panowie w pełnym rynsztunku przeszukiwali mu budynek. Skomentował to dość zwięźle, bo jest inżynierem, a inżynierowie nie ubierają przesadnie swoich spostrzeżeń w formy literackie, jebnął drzwiami i wyjechał nad morze.

Przy okazji takich nadętych imprez zwykle najlepiej wychodzi na jaw smutna prawda, że najmniej do powiedzenia ma szary podatnik, który za to wszystko zapłacił. Nie dość, że ufundował całą zabawę, to jeszcze ma wypierdalać z piaskownicy.

Tak czy inaczej, N. trochę cierpi. Nie ma się gdzie urwać, a pogoda na dodatek taka sobie i nie zachęca do spędzania czasu na zewnątrz. No bardzo mi go żal. Buaaahahahahahah.

Oho, zaczął przebąkiwać, że koniecznie musi pojechać do stolarza. Jak znam życie, to zaraz się okaże, że stolarz mieszka w Bieszczadach. Czuję, że nie powinnam pozostać bierna i zaproponować jakąś aktywność, coś takiego, co małżeństwa zwykle robią razem. Może na przykład sprzątanie zamrażalnika?…

Na razie z okazji bytności pańcia w domu w tygodniu, Szczypawka dostała dwa śniadania. Znowu mnie weterynarz opierniczy.

Rozwój wydarzeń – DZIEN PIERWSZY

Stłukł butelkę octu balsamicznego (i wlazł w to crocsami). Nowiutką, nienapoczętą. Wycierałam gęsty, lepiący ocet ręcznikami papierowymi jak Penelopa Cruz w “Volver” krew zadźganego męża, mimo wszystko zadowolona, że nie mam jej problemu z przechowaniem trupa, bo przecież nie zdążyliśmy się jeszcze zabrać za ten zamrażalnik! Poza tym – bez poćwiartowania by się w nim nie zmieścił, a to kolejne sprzątanie. Szczyt NATO wisi mi na koniec dzisiejszego dnia butelkę balsamicznego octu (z rozpylaczem) oraz rolkę ręcznika papierowego (dużą, XXL). Ah, Drogi Pamiętniku, co mi przyniosą kolejne dni? Nie mogę się doczekać!

(A echo z przyzwyczajenia: – Mać… mać… mać…)

O PILNOWANIU ZWIERZĄTEK I LEKTURACH

 

W sobotę wykąpałam pieska. Żeby było jej trochę chłodniej, no i żeby była puszysta i pachnąca. Uhm. Efekt – jak nietrudno się domyślić – nie był w stu procentach zgodny z pierwotnym zamierzeniem. Owszem, piesek nieco wypuszyściał i pachniał zdecydowanie lepiej – przez jakieś dziesięć minut. Poszła do pańcia i wytarzała się w piachu i najdrobniejszych, najtrudniejszych do wyczesania trocinach, jakie znalazła – ciągle jeszcze mokra, więc te trociny powbijały jej się wszędzie. Że nie wspomnę, że na mnie jest oczywiście obrażona.

Mój ojciec wpadł z okrzykiem “A coś ty dała babci do czytania!” – otóż, dałam babci do czytania książkę z reportażami Justyny Kopińskiej. I teraz podobno babcia z rumieńcem i błyskiem w oku opowiada ojcu o molestowaniu dzieci przez zakonnice, ale książki sobie odebrać nie da – to jej ulubione klimaty. Jak kiedyś od Hanki miałam książkę o skandalu w zakonie magdalenek, to babcia chyba trzy razy ją przerobiła i rozstać się nie mogła. Bo taka życiowa ta książka, i piękna! Smutna, ale piękna (moim zdaniem – bardziej smutna, skoro opisywano gwałty na workach z praniem). Tylko teraz babcia mi się rozbestwi i skąd wezmę dla niej następne paliwo? Bondy wywiady z morderczyniami już przerobiła. (Żeby wszystko było jasne i klarowne – babcia ma 93 lata).

W dodatku jest bardzo zabawnie, bo z powodu suszy nie ma komarów – oprócz u nas! My mamy energiczne, jędrne i głodne komary; jeden ugryzł mnie w tyłek, a drugi w zgięciu łokcia i wyglądam jak heroinistka. Mamy komary jak byki z powodu niezwykle wydajnego systemu podlewania – N. w tym roku jeszcze go rozszerzył o dodatkowe rurki i wężyki. I teraz mamy zarówno zieloną trawę, jak i bąble na tyłkach. Pan, który instalował tegoroczne rurki i wężyki z kolei ma pszczoły. Mówi, że po robocie uwielbia pojechać na swoją parcelę, na której te pszczoły mieszkają, i sobie na nie popatrzeć godzinkę albo dłużej. No więc – ja nie wiem, czy by mnie pszczoły wyciszały. Z jednej strony, bardzo lubię pszczoły – akurat kwitnie nam lipa i lubię pod nią stanąć, wdychać jeden z najpiękniejszych zapachów świata i słuchać pszczelego buczenia. Z drugiej strony – chyba bym dostała nerwicy, gdyby te pszczoły były moje  – skąd wiadomo, że wszystkie wróciły na noc? Nawet jak jedziemy przez wieś i przez okno widzę, jak kury sobie chodzą luzem, to dręczą mnie niepokoje – jak te kury się nie pogubią, czy one mają świadomość tego, czyje są i czy na pewno będą nocować w domu. Z pszczołami bym chyba zwariowała. Widocznie mam problemy z kontrolą – zdecydowanie wolę zwierzęta pojedynczo i na smyczy. Łatwiej je upilnować.

 

PS. Jest nowy, smaczny wąteczek na moim ulubionym forum: “Napaść przez sprzedawczynię w Biedronce”.

PSPS. O, i dobry dowcip słyszałam:

– Dlaczego oskarżony nie ratował żony, kiedy się topiła?

– A skąd miałem wiedzieć, że się topi? Wrzeszczała jak zwykle.

O RZECZACH SMACZNYCH I WPROST PRZECIWNIE

 

Zacznijmy od rzeczy ważnych: zdegustowałam twistera orientalnego w KFC, nareszcie! Gdzie te czasy, kiedy nowości pożerałam tego samego dnia, którego się pojawiły, a najdalej następnego?… No ale najważniejsze, że w końcu spróbowałam – jest smaczny. Tylko nie wiem po co ktoś tam pacnął majonezu. Z samym sosem orientalnym byłoby jeszcze lepsze.

Wyguglałam sobie roślinki z podpowiedzi i  wychodzi mi, że w donicy rośnie mięta meksykańska, a.k.a. kubańskie oregano. Przepraszam za lamerskie zdjęcie, na którym nie widać, że ta roślinka ma grube liście, z wodą w środku. Nie nadające się do suszenia. I faktycznie bukiet zapachowy ma taki bardziej przyprawowy, niż herbaciany. Na razie nie będę jej jadła – niech sobie rośnie i się rozgałęzia. A jak już sobie podrośnie, to pierwszą porcję najpierw na kimś wypróbuję. Na pierwszy rzut oka, a raczej nosa z podniebieniem, to bym te posiekane liście widziała dodane do chilli (oczywiście w przypadku, gdy tester przeżyje).

Co mnie ostatnio załamuje, to nowy obrzydliwy podrozdział w serwisach plotkarskich. Już się przyzwyczaiłam, że absolutnie koniecznie muszą tam wisieć, codziennie świeże, fotki gwiazd w krótkich kieckach, które BŁYSNĘŁY na spacerze albo przy wysiadaniu z samochodu. No trudno. Chociaż nie wiem, czym się ekscytować – żeby jedna z drugą miała tam skrzela albo nie wiem – trzecie oko. Ale każda w kółko to samo, a zdjęcia się mnożą – no ale trudno. Ale stanowczo protestuję i po prostu… NIE! Nie chcę więcej czytać o tym, co sobie powąchał trener Niemiec! Podczas meczu albo po meczu. To już jest naprawdę przekroczenie wszelkich granic miłosierdzia bożego, żeby uczciwy podatnik musiał trafiać na takie ohydztwa! Niech to Euro się już skończy, bo naprawdę nie ręczę za siebie, jak on jeszcze coś powącha.

Uwielbiam lato, ale wczoraj znowu usuwałam gza z kuchni (słoikiem po majonezie) oraz wielkiego widlicha z sypialni (mężem). Że nie wspomnę o pięciocentymetrowym ohydnym chrząszczu – potworze, który siedział na lipie i na szczęście do chałupy mi się nie pchał, ale i tak o mało nie zemdlałam na jego widok. Droga Redakcjo, co powinnam zażywać na zwiększenie tolerancji entomologicznej, względnie na uspokojenie?…

PS. Potwór. Szwagier mówi, że to dyląż garbarz. Ja mówię, żeby go sobie wziął na zawsze!

potwor1

O UPALE I O TYM, ŻE EKSPERYMENT WIELE ZMIENIA

 

O panie, jak przygrzało. Nie, żebym się skarżyła, bo lubię takie ciepło – chociaż oczywiście inaczej bym śpiewała, gdybym musiała w taką pogodę pracować nie w zacienionym pokoiku. Nawet niekoniecznie od razu dekarzem – wystarczy być kelnerem w lokalu z ogródkiem. Albo sprzedawcą na bazarze. Albo rozładowywać towar dla biedronkowych grasowaczy (kefir Krasnystaw! Ajlowiu, Biedronko).

W każdym razie – było bardzo ciepło, bo nagle zaczęłam mieć ciepłe stopy. Normalnie w ciągu dnia, bez skarpet, w japonkach. Zwykle mam zimne jak ogórek, więc jest to jakieś wydarzenie w moim gnuśnym życiu. No, ale po wczorajszej burzy wszystko wróciło do normy.

A teraz mam zagadkę. Na którą nie znam odpowiedzi, więc raczej nie zagadkę, tylko zwykłe laickie pytanie do kogoś mądrzejszego: CO TO JEST?

Coto

Na pewno TO jest jadalne, ponieważ zostało zdjęte z kotleta przez mojego tatusia. W jakiejś restauracji podali gałązkę TEGO jako przybranie, a on zamiast zjeść, to mi TO dostarczył i polecił włożyć do wody, że niby na pewno puści korzonki. Oczywiście nie wierzyłam w to za bardzo, ale do szklanki z wodą włożyłam, bo to mniej wysiłku niż się kłócić. I co? I puściło korzonki! W nagrodę dostało od N. doniczkę i oszalało ze szczęścia. Ma grube, mięsiste liście z włoskami, ale najlepsze, że jak się to “postraszy”, czyli przejedzie dłonią albo potrząśnie, to zaczyna wydzielać mocny zapach, taki świeży, cytrusowo – miętowy. Więc pewnie jakaś mięta, ale dziwna, bo mięta ma płaskie listki, a to – mięsiste, jak jakiś aloes.

W tle okno, którego nikt nie chce myć. Są po prostu masakrycznie piekielne do umycia. W dodatku pojedyncza szybka jest jakieś 3 – 4 cm węższa od karchera do okien, więc dupa zbita. Ciągle czekam na telefon z NASA, żeby zaoferowali mi udział w projekcie “Jak długo można nie myć okien”, bo tak po prostu nie myć bez eksperymentu to się jest pospolitym brudasem, a z eksperymentem – naukowcem. Z brudnymi oknami, ale naukowcem.

O TYM, ŻE DZIŚ MATERIAŁ POGLĄDOWY

 

Bo co można robić w taki upał, oprócz przeglądania zdjęć?

(Jakaś następna guru od sprzątania napisała książkę. O sprzątaniu. Dostojewski i Dickens się w grobach przewracają. No więc, czytałam u Zuzanki recenzję – bo chyba nikt mnie nie posądza, że wezmę do ręki książkę o sprzątaniu – i ona podobno każe wyrzucać zdjęcia. Bo trzeba patrzeć w życiu naprzód, a oglądanie zdjęć w tym podobno przeszkadza. Książki też każe wyrzucać. Na pewno za chwilę będzie miała własne reality show, jeśli jeszcze nie ma, a jak jeszcze wstawi sobie implanty w tyłek, to może nawet własny kanał telewizyjny).

Na pierwszy ogień idzie katedra w Burgos.

Zd8

Trudno ją sfotografować, bo jest orgomna i rozłożysta, i całkowicie wchłonięta przez miasto. Obudowana domami prawie ze wszystkich stron – tylko ten jeden nieduży placyk z przodu. Z jednej strony to dość interesujące, kluczyć małymi uliczkami i co chwilę wychodzić wprost na katedrę, ale z drugiej – no nie da się zrobić zdjęć, żeby objąć całość.

Zd7

Ale nie samą katedrą Burgos żyje – jeszcze kaszanką. Na zdjęciu nadziewany anszuj (przepyszny) i rzeczona kaszanka. Na starym mieście jest mnóstwo małych, tradycyjnych sklepów z miejscowymi smakołykami, w których kaszanka leży w oknach wystawowych. Akurat jak byliśmy był niezły upałek i po całym dniu takiego leżenia kaszanki były już nieźle spocone, a nawet zielonkawe. W barach mam nadzieję podają świeżą – bardzo byla smaczna.

Zd2

A to jest dość starożytny przyrząd do picia wina. Tego dziobka się nie zasysa, tylko przechyla i wino ma ściekać. Przy przechylaniu też ostrożnie, bo można się oblać (trzeba do przodu, nie w bok). Bardzo ciekawe doświadczenie.

Zd1

Wspominałam, że uwielbiam fontanny?

Zd10

Wspominałam, że w Oviedo spotkałam Woody Allena?

Zd3

Takie piękne są tam miejscowości portowe. To jedna z większych i bardziej eleganckich; te porciki bywają malutkie, na kilka rybackich kutrów, bardzo malownicze. Wejścia do portów są umacniane sześcianami z betonu, wysypywanymi do morza, a później jedne na drugie. W jednej miejscowości zimą przyszły takie fale, że przerzuciły przez umocnienie i wrzuciły w sam środek mariny jedną taką betonową kostkę. O wadze 36 ton.

Zd4

A to Playa de las Catedrales (Plaża Katedr) – chyba widać, dlaczego tak się nazywa.

Zd5

Plaża odsłania się w czasie odpływu i podobno w sezonie trzeba się będzie zapisywać do zwiedzania, bo będą wpuszczać tylko określoną liczbę osób. Piękne miejsce na nostalgiczny spacer.

Zd6

To w tym miejscu składa się w ofierze nogi i inne części ciała. Zejście do pieczary widać za kościółkiem.

Zd9

A to hiena na fasadzie katedry w Santiago de Compostela. Lubię ją i zawsze robię zdjęcie. W tym roku wyrósł jej kwiatek, z którego jak widać bardzo jest zadowolona.

Aha, i widzieliśmy się ze znajomym barmanem z baru Ricla – tym, który ma psa Moki. Otóż, Moki był w kołnierzu, ponieważ właśnie przeszedł operację oka, ze wstawieniem soczewki. Sądząc z tego, jak energicznie wyrwał na spacer, to operacja raczej się udała. Zdjęcia nie mam, bo nie zdążyłam zrobić.

 

O TYM, ŻE Z EKOLOGIĄ CZASEM NIE JEST PROSTO

 

Jeszcze z tematów hiszpańskich, to po jednej domowej kolacji powiedziałam, że król Hiszpanii by poprosił o dokładkę – chciałam być miła, no. Po czym dowiedzieliśmy się, że król Hiszpanii to by nie został wpuszczony do tego domu, bo abstrahując od wszystkich swoich kochanek, które ma poutykane po całym Madrycie i nie tylko (tatuś podobno taki sam, jak nie lepszy), to strasznie dużo pije. Bo jest z Burbonów, a to nie tajemnica, że Burbonowie strasznie chleją (no a jak mają nie pić, z takim nazwiskiem?…).

No i tak mi wyszło bycie miłą.

Pozostając w oparach rojalistycznych – N. znowu rozsypał wczoraj wieczorem granulowane kufno pod różami i od razu zrobiło się romantycznie i nastrojowo. Zamiast jak dotychczas, wdychać wieczorem balsamiczne powietrze przesycone zapachem róż i lawendy, na tarasie ciągnęło krowiakiem. W domu też. W dodatku od razu zleciały się wielkie muchy, na które poluje Szczypawka, a mnie się robi słabo, bo jednak co którąś zżera… Nie, nie mogę o tym myśleć, bo się zrzygam. Niezłą, naprawdę niezłą nam zafundował Noc Kupały (i kilka następnych, bo ono jednak tak od razu nie przestaje śmierdzieć). Ekologia w domu i zagrodzie, jej mać.

Na szczęście, na pocieszenie jest nowy sezon „Orange is a New Black” – pierwszy odcinek znakomity, uwielbiam te wariatki. Nie chcę nikomu psuć przyjemności z oglądania, ale jeśli w pierwszym odcinku ćwiartują trupa, to sezon zapowiada się naprawdę interesująco.

A teraz będzie wyznanie: Nie zjadłam w tym roku ani jednej truskawki. Ani. Jednej. Truskawki.

 

O ŚLUBIE I KOSMOSIE

 

No i po ślubie.

Państwo młodzi mieli w kościele przepiękną dekorację kwiatową, z różowych piwonii i hortensji. Nie jest łatwo trafić w sezon z tymi kwiatami, ale efekt był oszałamiający – nie mówiąc już o zapachu, pół mszy spędziłam z nosem w bukieciku przy ławce. Jak to zobaczyłam, to od razu przypomniała mi się Julia Roberts ze „Stalowych magnolii”, mówiąca z południowym akcentem „My colors are blush and bashful”  – ale kieckę to nasza panna młoda miała ładniejszą, z całym szacunkiem dla amerykańskiej mody ślubnej z lat osiemdziesiątych (niektóre rzeczy w modzie jednak zmieniają się na lepsze – trudno to pojąć, patrząc na facetów w rurkach w kwiatki, ale jednak). No i nie było tortu – pancernika, a szkoda (chociaż też nie wiem, z czego robi się szary lukier).

Ale te piwonie… Była kiedyś woda toaletowa o zapachu piwonii, uwielbiałam ją. Oczywiście, nigdzie już jej nie mogę znaleźć, pewnie przestali produkować.

Uwaga, co mam na dziś w horoskopie:

„Zdrowie: Będziesz imponować życiowa energią”.

HA

HAAAAAAAAAAAAAAHAHAHAHAHAHAHAH!…

Chociaż, jak się tak zastanowić, to wszystko zależy od punktu odniesienia – na przykład, mogłabym imponować życiową energią larwie cykady, która siedemnaście lat garuje pod ziemią. Albo np. porostom. Ale nie, nie widzę się imponującej energią, raczej nie.

Bardzo dobrą książkę przeczytałam – „Kosmiczny poradnik życia na Ziemi” Chrisa Hadfielda, tego uroczego kanadyjskiego astronauty, co gra na gitarze. Po lekturze – nie, nie chciałabym być astronautą, a już na pewno nie takim, który spędził dłuższy czas w nieważkości. Wiecie, że na stacji kosmicznej trzeba połykać pastę do zębów?… Dużo tam jest takich konkretnych detali (tak, o kosmicznym WC też – niestety, znowu w wersji dla mężczyzn – każdy astronauta niezależnie od specjalizacji musi umieć naprawić kosmiczny kibelek). Bardzo mi się podoba jego spojrzenie na świat – mam podobnie, tez jestem pesymistką i wolę się przygotować na wszystkie warianty, z najgorszymi włącznie; pozytywne wizualizacje to nie dla mnie. „Co jeszcze może nas zabić” – bardzo przydatna życiowo maksyma.

Podobno upały idą!