A wczoraj miałam taką rozrywkę, iż wstawszy o godzinie wpół do czwartej rano (w nocy, właściwie, do rana to jeszcze HO HO!), bo pańcio jechał w trasę, musiałam natychmiast zaspokoić psa gastrycznie. Potykając się o własne wory pod oczami, nakładałam do psiej miseczki pasztecik oraz chrupki (które, nawiasem mówiąc, o tej godzinie śmierdzą BARDZIEJ NIŻ ZWYKLE), bo piesek doszedł do wniosku, że skoro już wstała, to ZJE. Czy te jamniki nie są czasem zbyt konsumpcyjnie nastawione do świata? Ja wiele rozumiem, ale śniadanie O WPÓŁ DO CZWARTEJ?… Szczypawka twierdzi, że nie ma w jamniczym języku takiej godziny „ZA WCZEŚNIE NA JEDZENIE”.
W dodatku, czy uwierzycie, że jak wracał z tej delegacji, to zatrzymał się w KFC i zjadł zingera i NIC mi nie przywiózł? Nic, nawet jednego skrzydełka, nawet okruszków panierki, nawet ogryzionych kości do powąchania! NIC! Załamałam się, Drogi Pamiętniku. Ładnie się zaczyna. KFC beze mnie, co dalej? CO DALEJ?…
Na razie rosół. A później się zobaczy.








