O TYM, CO DALEJ

 

A wczoraj miałam taką rozrywkę, iż wstawszy o godzinie wpół do czwartej rano (w nocy, właściwie, do rana to jeszcze HO HO!), bo pańcio jechał w trasę, musiałam natychmiast zaspokoić psa gastrycznie. Potykając się o własne wory pod oczami, nakładałam do psiej miseczki pasztecik oraz chrupki (które, nawiasem mówiąc, o tej godzinie śmierdzą BARDZIEJ NIŻ ZWYKLE), bo piesek doszedł do wniosku, że skoro już wstała, to ZJE. Czy te jamniki nie są czasem zbyt konsumpcyjnie nastawione do świata? Ja wiele rozumiem, ale śniadanie O WPÓŁ DO CZWARTEJ?… Szczypawka twierdzi, że nie ma w jamniczym języku takiej godziny „ZA WCZEŚNIE NA JEDZENIE”.

W dodatku, czy uwierzycie, że jak wracał z tej delegacji, to zatrzymał się w KFC i zjadł zingera i NIC mi nie przywiózł? Nic, nawet jednego skrzydełka, nawet okruszków panierki, nawet ogryzionych kości do powąchania! NIC! Załamałam się, Drogi Pamiętniku. Ładnie się zaczyna. KFC beze mnie, co dalej? CO DALEJ?…

Na razie rosół. A później się zobaczy.

O TYM, ŻE TROCHĘ NIE OGARNIAM RZECZYWISTOŚCI CHWILOWO

 

Chyba weszłam wirusowi na ambicję i postanowił jednak mnie – mówiąc kolokwialnie – zaliczyć, bo od dwóch dni nie mam siły podnieść ręki oraz bolą mnie wszystkie stawy. Wypiłam właśnie saszetkę Vicks – ohydna w smaku, co prawda nie pomogła na ból głowy i ogólne rozbicie, za to zgodnie z ulotką grozi mi teraz zawał serca, obrzęk albo krwawienie do mózgu.

No chyba, że ta ogólnosystemowa NIEMOC to odpowiedź na moje modlitwy „i tylko siły mi nie dawaj, Panie Boże” (to dość popularna mantra wśród wielu zamężnych kobiet, jak przypuszczam). No i Pan Bóg wysłuchał i siły mi nie daje. Ostatnio zmawiałam ją w sobotę, kiedy N. szukał w kredensie tabasco. Oczywiście nie znalazł, mimo że stało na SAMYM BRZEGU w pudełku z napisem TABASCO. Jak podeszłam i podetknęłam mu pod nos, to powiedział „A tak, widziałem to opakowanie”. Wielu mędrców powtarza, żeby uważać, o co się prosi, bo można to dostać.

Jeszcze mi został kawałek nowej Marian Keyes – tak, ona miała depresję, z której się wygrzebywała przez kilka lat i pomogło jej pieczenie ciast. Napisała nawet książę „Saved By Cake” – z przepisami na ciasta (nie kupiłam, bo nie lubię ciast, oraz nie lubię piec). Wpływ depresji widać w „Tajemnicy Mercy Close” – zdecydowanie najsłabszej, moim zdaniem, z jej książek. Najnowsza Marian nie jest taka skrząca się humorem, jak wczesne tomy sagi o siostrach Walsh (chociaż ma smaczki, na przykład przechodni żart o damskich spodniach chino – naprawdę w Irlandii kobiety nie noszą spodni chino? Az się dziwnie poczułam, bo mam dwie pary i na lato bardzo je lubię), natomiast główna bohaterką mam ochotę potrząsać. Nie dlatego, że jest głupia, samolubna i bezmyślna, właśnie na odwrót. Dlatego, że myśli o wszystkich dookoła, tylko nie o sobie, oraz przez cały czas ma wyrzuty sumienia – nawet, kiedy leży w szpitalu całkowicie sparaliżowana przez chorobę Guillaina – Barrego. Ale to chyba dobry objaw, że czytelnik chce potrząsać głównym bohaterem, bo to znaczy, że się osobiście zaangażował?…

Natomiast nowy wspólnik biznesowy N. przyznał ostatnio w luźnej rozmowie, że słyszy głosy w głowie. Tak zupełnie swobodnie i bez żadnego skrępowania o tym powiedział. Fascynujące. Nawet trochę mu zazdroszczę (bo jego głosy mówią głośno i wyraźnie, czego oczekują, podczas gdy te moje… ech, szkoda gadać).

O JESIENI – WYBRANE ZAGADNIENIA

 

Łatwo powiedzieć – zaprzyjaźnij się ze swoim duchem. Chyba wszyscy wiemy z literatury i filmu, że zaprzyjaźnianie z duchami może się skończyć BARDZO RÓŻNIE. A to mieszkaniem w opuszczonej kotłowni; a to widzeniem zmarłych (co wszakże nie jest takie najgorsze, żywi też potrafią być przerażający – koleżanka dziś opowiadała odcinek „Azja Ekspres”). Albo wręcz głową obracającą się 360 stopni i rzyganiem na odległość, a ja NIE ZNOSZĘ rzygać. Gdybym miała gwarancję, że to duch w typie Geeny Davis z „Beetlejuice”, to wtedy owszem, ale jak to sprawdzić?…

N. już nieco mniej siąpi i chrzęści, ale swojego wirusa sprzedał prawie wszystkim dookoła, OPRÓCZ MNIE. Trochę się czuję pominięta, choć katar to niby nie seks grupowy. Nawet zarazki nie chcą się do mnie zbliżać.

Znalazłam świetną księgarnię, sprowadzającą książki z zagranicy w miłych cenach – Kraina Książek – i zaraz zamówiłam sobie nową Marian Keyes i Connie Willis. Marian Keyes wzięłam jeszcze zbiór jej felietonów z różnych pisemek i internetu, przyjemne kawałki, ale nie da się tego przeczytać naraz. Dobra książka do leżenia na szafce nocnej i podczytywania przed snem. Za to „The woman who stole my life” zaczęłam wczoraj i JUHU! – zapowiada się naprawdę nieźle. Pozytyw – bohaterki Marian rosną razem z nią i teraz są zgorzkniałymi czterdziestolatkami po rozwodach (wink, wink). No i historia dość intrygująca. A „Crosstalk” Connie Willis zostawiłam sobie na najpyszniejszy deser.

No i tak. Psychicznie oscyluję od „nie ruszę się spod tego koca do kwietnia”, do „gdybym tylko miała miecz samurajski…” – więc, jak na jesień, chyba w normie.

O TYM, ŻE PSYCHIATRYK RACZEJ MNIE NIE MINIE

 

Na pamiątkę wakacji kupiłam sobie spodnie. Przez całe lato takich szukałam, ale były głównie z wiskozy albo poliestru, albo nie w moich kolorach, a w Desigualu za prawie trzy stówy, co uważam jednak za lekką przesadę. Tymczasem wchodzimy przed plażą po wodę do supermarketu Hiper Dino, a one tam na mnie czekają, bawełniane, z kieszeniami i za niecałe dziesięć euro!

IMG_0401

 

Po powrocie do domu:

a) N. zdążył się w trzy dni nabawić megakataru z mokrym kaszelkiem i odpowietrza nocą syfony jak dychawiczny wieloryb, oraz

b) piec się stęsknił i koniecznie chce ugrzać chałupę do pięćdziesięciu stopni, żebyśmy już nigdy nie wyjeżdżali w tropiki, on nam je zrobi na miejscu. Pertraktacje trwają. Słowo klucz – „krzywa temperatury”. Nie ma czym oddychać.

Ale to nic, naprawdę, to jeszcze nic.

Przyszła wczoraj moja nieoceniona, kochana specjalistka od utrzymywania porządku w chałupie, otwiera kanciapę i pyta, gdzie się podziały prawie wszystkie flaszki z płynami do sprzątania i czyszczenia. Bo zostało tylko Pronto do drewna.

Pod naszą nieobecność Szpilmanowa wyniosła środki czystości!!!

No i teraz NARESZCIE mam bezstronnego świadka, że po chałupie grasuje duch. Dziwny duch, co lubi czytać książki, składać uprane ręczniki i sprzątać w zaświatach. Nie ma racjonalnego wyjaśnienia, nikt tam do tej kanciapy nie zagląda, ja mam swój komplet cifów i cilitów pod zlewem, do bieżącego sprzątania. Od wczoraj mi słabo i NIE ZOSTANĘ SAMA NA NOC w tym domu.I tak już, jak mam wejść do nieużywanej sypialni, w której stoi komoda z pościelą, to zawsze pukam. ZAWSZE. To się przestaje robić zabawne – co innego przełożyć książkę albo kubek na inne miejsce, a co innego podpierdzielić pół szafy detergentów!

I co ja mam z tym zrobić? Dzwonić do Ghost Busters, oczywiście, ale czy biorą zlecenia poza USA? (I co to za duch, który wynosi detergenty? Po co duchom chemia domowa?).

Na uspokojenie oglądam torebki Pratesi, ale czuję, że wezmę i zwariuję.

O SKUBANIU KOZY

 

Ogrzewanie się włączyło, a przednia szyba w samochodzie była dziś rano do skrobania. N. sadystycznie odczytuje mi pogodę z ajfona „Corralejo 26, w nocy 22 – a pamiętasz jak powiedziałaś, żebyśmy już poszli z plaży, bo masz dosyć?” i mówi, że przez całą zimę mi będzie to wypominał. Jedyna – powtarzam JEDYNA – korzyść z chłodniejszej pogody to taka, że pies też szuka ciepła i przy każdym przycupnięciu na kanapie przytula się albo wbija w człowieka swoje cztery cieplutkie, mięciutkie psie stempelki.

JEDYNY plus.

Kozia restauracja nazywa się „Pincha Cabra” i niby lubią w niej kozy, bo wszędzie wiszą ich portrety (mnie się najbardziej podobają takie z długimi pyskami, jak charty – wieszałam je już kiedyś).

 

IMG_0322

IMG_0320

Do Pincha Cabra codziennie wali tłum, bo mają znakomite tapasy i bardzo przytulnie urządzony lokalik w małym, białym, parterowym domku przy placu, z kolorowymi okiennicami. My przez kilka lat byliśmy na nich OBRAŻENI, to znaczy N. był. Co prawda, nie bardzo pamięta, o co poszło. Prawdopodobnie o to, że nalali wina do kieliszka z dwóch różnych butelek, ale ręki sobie obciąć nie da. W tym roku dał się przeprosić (tj. wszedł naburmuszony, a trzy dziewuchy natychmiast zaczęły dookoła niego skakać, więc poczuł się doceniony) i bardzo dobrze, bo to fajny lokal, miły, z dobrym jedzeniem. Chociaż czarny ryż z sepią trochę mnie przeczołgał.

IMG_0319

Natomiast nie mam dobrych wiadomości dla kóz – „pincha cabra” to znaczy mniej więcej „skubnij kozę”. Nie chodzi o żywą kozę, niestety, o czym dobitnie świadczy zawartość lady z przystawkami przy wejściu, a także takie oto widoki:

IMG_0321

W tym roku właściciele Cabry otworzyli jeszcze jeden lokal przy morzu, nazywa się “Gilda”. Urocze miejsce na drinki i przekąski. Tam też dziewuchy od razu skakały dookoła N. (na przykład, dały mu do powąchania szesnaście butelek z ginem, bo w Hiszpanii jest aktualnie histeria na gin w różnych smakach i drinki z nim), więc od razu było miło. A rzeczona gilda to jest bardzo popularna tapa, zwłaszcza na północy – taki szaszłyk na patyku, o tu jest dokładny przepis:

IMG_0351

 

N. dostał objawienia, że to przecież jest ŚWIETNA zakąska do wódki. I dlaczego właściwie jeszcze tego nie podaliśmy na żadnej imprezie! (Ja powiem, dlaczego – otóż DLATEGO, że niektórym z nas nie chciało się mazać po łokcie w anszujach, choć w sumie dobry anszuj nie jest zły). Ostatniego wieczoru w „Gildzie” siedzieliśmy przy barze z dwójką miejscowych gitarzystów, grali i śpiewali coś w rodzaju flamenco, chociaż bardziej balladowe – ale tacy prawdziwi artyści, nie jakiś tam obszarpany uliczny grajek. Bieluteńkie koszule, lśniące hiszpańskie gitary, ten sznyt. N. się natychmiast zaprzyjaźnił, postawił im lufę, opowiedzieli sobie nawzajem swoje życie, jak to przygodnie poznani faceci w barze, a jak wychodzili, to mnie wycałowali.

– Kochanie, a mogę napisać, że jesteśmy tak zblazowani, że całuję się po barach z artystami, a mój mąż za to płaci? – pytam N.

– Ja cię jednak wyślę do psychiatry.

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego. Przecież zwierciadło rzeczywistości można ustawiać pod różnymi kątami, jak mówiła Czyżewska w „Małżeństwie z rozsądku”.

A teraz przez pół roku gil, a nie żadna gilda. I wcale niewykluczone, że jednak do tego psychiatry trafię.

 

O PLAŻY

 

– A pamiętasz, jak – powiedziałam któregoś dnia do N., uklepując piach pod ręcznikiem w negatyw mojej anatomii, żeby się wygodnie uwalić na brzuchu i żeby nic mnie nie dźgało w strategicznych miejscach – jak kiedyś tu przyjeżdżaliśmy i na przykład ZWIEDZALIŚMY całą wyspę? Jeździliśmy do różnych miejsc, a teraz tylko leżymy na plaży, jak dwa mamuty?

– Uhm – powiedział N. (bo on z tych, co wyrażają się dość zwięźle).

– Może byś mi chociaż powiedział coś miłego?

Podniósł głowę i popatrzył.

– Tyłek masz cały w piasku – i położył się znowu.

Tyłek w piasku? WSZYSTKO miałam w piasku przez pierwsze dwa dni, bo wiało. Byłam opanierowana jak sznycel wiedeński, nawet nie – jak schabowy z przydrożnej gospody ludowej, w której zaradny kucharz kroi mięso cienko jak papier i następnie panieruje trzykrotnie, żeby zwiększyć gramaturę dania. Później przestało wiać i zrobiło się bosko jak z katalogu. I tak spędziłam wakacje. NA PLAŻY. Codziennie. N. był zmęczony i wytęskniony za morzem i ciepłem i tak leżeliśmy i żywiliśmy się słońcem jak Stachurski. Jak dwa mamuty (ze zwierząt na “M” jeszcze kilka przyszło mi do głowy, na przykład “morświn”, ale mamut jakoś tak szlachetniej).

Więc moje wspomnienia z wakacji dotyczą plaży, bo nigdzie indziej nie byliśmy. Leżałam na plaży i zmieniałam kolor z tasiemca na ludzki i nawet mi się to udało.

 

IMG_0301

Plaża na którą jeździmy ma kształt dużej litery U, a my cumujemy zwykle w grajdole prawie równiutko pośrodku. Patrząc w prawo, na długim ramieniu za zakrętem rozkładają się nudyści, co mnie w ogóle nie obchodzi, bo tam mój krótki wzrok nie dosięga, poza tym siedzą i kąpią się w swojej części zatoki. Czasem jednak urywa się jakiś wolny elektron i rusza wzdłuż plaży, wyprowadzić swoją prostatę na melancholijny spacer. Zwykle jest to pan w wieku na oko po siedemdziesiątce, w kolorze przypalonej pieczeni wołowej. Z jakiejś książki (czy serialu?) wiem, że podobno u mężczyzn z wiekiem elementy strategiczne mają zwyczaj zwieszać się coraz niżej i niżej i dalibóg, ja wiem, że liczebność mojej próby zapewne nie jest istotna statystycznie, za to potwierdza tę teorię w stu procentach. Na szczęście łazili tak tylko z samego rana, zanim przyjechały i porozkładały się rodziny z dziećmi. Uf.

 

Część pań (na całej plaży) opalała się topless, ale jakoś damskie cycki są jednak przyjaźniejsze. Za to widziałam dwie pary sztucznych! Jedne (oprócz tego, że ewidentnie sztuczne) po prostu odnotowałam i już, za to drugie rozłożyły się tuz obok naszego grajdołu i miałam spektakl akurat na wysokości oczu, jak czytałam. Ich właścicielka opalała się na plecach i wtedy jedna pierś sterczała zawadiacko na baczność, podczas gdy druga zjeżdżała – nie tracąc kształtu, jak piłka pod prześcieradłem – po żebrach w bok, w okolice talii. Wyglądało to jak scenka rodzajowa “Dwie spore meduzy pokłóciły się i jedna się obraziła i sobie poszła”. Pani, która przez cały czas oprócz opalania jeszcze jarała fajka i nieprzerwania gadała, od czasu do czasu poprawiała przedramieniem niesforną meduzę, ale ta za każdym razem zjeżdżała z powrotem. Gdyby mi kiełkowała myśl o implantach (chociaż nigdy mi nie kiełkowała), to po czymś takim nigdy, ale to nigdy bym się na to nie zdecydowała.

No i tak. Słońce, znakomite jedzenie i wino, wieczorami spacer i więcej wina.

 

IMG_0357
 

Zdecydowaliśmy natomiast, że NIE BĘDZIEMY polecać naszych ulubionych knajp. Ponieważ nasze odkrycia, speluneczki na 8 – 10 stolików, robią z roku na rok oszałamiająca karierę i nagle okazuje się, że koczuje tam dziki tłum i dostać stolik w cieniu na obiad nie jest łatwo. To znaczy, DLA NAS zawsze coś znaleźli, oczywiście. I zawsze czekała świeża ryba i kalmary. Ale nie zamierzam za rok stać w kolejce jak na Manhattanie!

Ze spokojem mogę polecić Vaca Azul (czyli Niebieską Krowę) w Cotillo, bo to duży lokal i z tych trochę droższych (choć tez na poziomie cen dla miejscowych, a nie żeby drzeć z turystyki), w dodatku w przepięknym miejscu, na klifie nad kotłującym się oceanem. Natomiast przed wejściem ktoś popełnił taki oto mural:

IMG_0311
 

No przepraszam, ale krowie wymię tak NIE wygląda. Ja wiem, że Fuerteventura to wyspa kóz i te kozy czci i słusznie, ale chyba na biologii powinni mieć jakąś poglądowa informację o tym, jak to jest z krowami? Bo raczej NIE TAK. Chyba, że to jakaś miejscowa hybryda – z tego co opowiada Kanionek, koziołki są dość ambitne i kilkukrotna różnica wielkości nie jest dla nich jakąś specjalną przeszkodą. Wszak prawdziwa miłość nie zna granic ni kordonów.

Z samolotu powrotnego wyniosłam dziurę w plecach – nie wiem, czy fotel był zakrzywiony w jakimś dziwnym miejscu, czy może pasażer siedzący za mną próbował pobrać mi nerkę i sprzedać na czarnym rynku, na szczęście było trochę turbulencji i nie udało mu się. Ale plecy mnie bolą solidnie. I entuzjazm już mi opadł, a zaraz zejdzie opalenizna i trzeba się przeczołgać przez zimę i nie ma nadziei na nic. O. Taki mam nastrój.

W następnym odcinku – o knajpie, w której lubią kozy oraz jak zrobić gildę.

 

O TYM, ŻE JESTEM, ALE NIC WIĘCEJ

 

Daję znać, że już jestem (choć Fuerteventura nie chciała nas wypuścić, samolot opóźniony kilka godzin). Prawdziwa notka będzie jutro, bo dziś przecież strajk.

Nawet jeszcze nie zmarzłam, nie wiem – czy dlatego, że jeszcze w miarę ciepło, czy też – bo wróciłam wygrzana, opalona i nażarta słońcem. A propos nażarta – przez cały tydzień nie zjadłam ani kawalątka czerwonego mięsa ani kury. Ani grama. Tylko ryby i inna gadzina morska.

Szczypawka oczywiście upasiona jak mały borsuk. A tak już ładnie schudła! W dodatku przytyła od powietrza, bo babcia PRZECIEŻ NIC JEJ NIE DAWAŁA. Ćwierć kilograma kiełbasy przecież się nie liczy. Jako przekąska oczywiście, pomiędzy posiłkami (czterema dziennie). NIestety, jeszcze nikt nie napisał podręcznika „Jak negocjować z babcią”.

Mało spaliśmy, więc huczy mi we łbie i się zastanawiam – dlaczego ja właściwie znowu wróciłam?… Klimat mocno taki sobie, nie mówiąc już o klimacie politycznym, całkiem do dupy. A, do psa wróciłam. Faktycznie.

Dobra, to ten strajk, ale ręczniki i kostiumy jednak wrzucę do pralki, żeby się nie zrobiły wonne i aromatyczne.

Oregano kubańskie mówi, że już mu zimno i chce do domu.

O TYM, ŻE LARY I PENATY CHCĄ NAS ZATRZYMAĆ

 

Jak to dobrze, że zaraz jedziemy. N. się odklei od papierów i telefonu – prawie zapomniałam, jak to jest mieć męża z dwojgiem uszu, bo ciągle przynajmniej jedno ma zasłonięte. Ja się odkleję od naszej smutnej rzeczywistości, która z dnia na dzień przypomina coraz gorszą powieść soc – fiction, napisaną przez autora bez elementarnej wyobraźni.

Ale jak Szczypawka na mnie dziś spojrzała, jak wnosiłam na górę walizki… O mało z nimi nie spadłam po schodach. Ściszamy przy niej głos, rozmawiając o wyjeździe, ale ona przecież WIE. Wszystko rozumie. W dodatku o mały włos, a zeżarłaby dziś szerszenia; N. jej wyciągał z pyska. Dobrze, że zimno i był śnięty i niemrawy. Słabo mi.

Szpilmanowa też chyba nie chce, żebyśmy wyjechali – schowała mi lakier do paznokci, jak zabierałam się za pedikiur.

Szczypawka, nie patrz tak na mnie. Potrzebuję tego tygodnia słońca.

O KLĄTWIE I ZIMNIE

 

Od dwóch dni się zbieram, żeby napisać o Klątwie Ziemniaka, ale jest mi tak zimno, że w ogóle do niczego się nie nadaję – niczego, co wymaga wylezienia spod koca. W domu zmuszam N. do palenia w kominku, a wychodząc, zakładam puchowe kurtki i bezrękawniki. Zimowe. Czy u nas nic nie może się odbywać w CYWILIZOWANY sposób – ubywać po dwa stopnie na dobę, tylko JEB i w ciągu jednej doby z upałów – Syberia? I z klapeczek od razu przesiadka we flanele, skarpety i wełnę owczą? I tak teraz DO MAJA?…

Gdyby nie wyjazd na wakacje, to już bym leżała pijana na smutno na podłodze przed kominkiem.

A co do klątwy, to wisi nade mną Klątwa Pieczonego Ziemniaka. Za nic na świecie nie umiem upiec ziemniaków. I proszę mi nie podpowiadać żadnych sposobów i tricków, bo ja je w teorii wszystkie znam – odpowiednia odmiana ziemniaka, piec długo w wysokiej temperaturze, można obgotować, to się upiecze szybciej (ale smak jest wtedy inny). Nigdy. Mi. Nie. Wyszły. Miękkie. W sobotę upiekłam nacinane z powtykanym boczkiem. To znaczy – próbowałam upiec. Dwie i pół godziny siedziały w piekarniku na 200 stopniach. Jadalny wyszedł ŚRODEK ziemniaka (i pyszny chrupiący boczek), a dupy i denko miały nadal twarde. Niniejszym RE ZY GNU JĘ z dalszych prób pieczenia ziemniaków (chociaż oczywiście nie powinnam, bo jak się rezygnuje, to nigdy się nie zostanie astronautą czy cośtam – no, z bycia astronautą wyleczył mnie opis korzystania z kosmicznej toalety). Po prostu – umówmy się, że będę gotowała gulasze i leczo, to mi wychodzi.

Brad i Angelina, hę? A właściwie – JUŻ NIE Brad i Angelina. Phi, wiedziałam, że tak będzie – i tak długo go ta wampirzyca trzymała; od początku kibicowałam Jen.

 

PS. Za oknem mgła, a ja już posądziłam sąsiada o palenie w piecu oponami i zdechłymi wronami – niniejszym bardzo sąsiada przepraszam.

O RÓŻNICACH CHARAKTERÓW

 

Szpilmanowa podprowadziła mi paczkę wacików. Kupiłam w promocji trzypaczkowe kombo, po czym od razu kilka dni później jedną paczkę gdzieś wcięło. N. nie posądzam, a gdyby to była Szczypawka, to wydałoby się najpóźniej następnego dnia (jamniki, tak jak politycy, są przekonane że to się nigdy nie wyda i nie będzie miało konsekwencji, tymczasem raz już wyciągałam z naszej pierwszej jamniczki, Balbinki, tekstylną wkładkę z adidasa – żadna ze stron nie była zachwycona tą sytuacją). Tak czy siak, wacików nie ma – nie przypuszczałam, że w zaświatach trzeba nadal dbać o cerę albo zmywać paznokcie. Nie jestem zachwycona tym odkryciem; myślałam, że będzie więcej czasu na nie wiem – podróże albo podglądanie bliźnich.

Dwa dni temu miałam akcję z moją siostrą Zebrą pod tytułem „za trzy minuty masz mi podać numer telefonu do fryzjera, do którego chodzi twoja koleżanka”. Trzęsącymi rękami rozpętałam akcję – huragan, a i tak za chwilę popędzały mnie piknięcia SMS-ów, bo koleżanka nie odebrała telefonu OD RAZU, bo była pod prysznicem. I w ogóle odebrała tylko dlatego, że mąż się zlitował nade mną i zakręcił jej wodę. I tak się zastanawiam – dlaczego mnie, oazę lenistwa, opuszczony kopiec termitów, otaczają same liski – nerwuski? Mnie, którą Światowy Związek Leniwców wybrałby na przewodniczącą (oczywiście zaocznie, bo nie chciałoby mi się przybyć na zebranie). W nagrodę mam siostrę jak wybuch nuklearny i męża – diabła tasmańskiego na ciągłych dopalaczach. I lekko nerwowego jamnika. I później spotykają mnie przygody w barach w Hiszpanii, kiedy N. wychyla kieliszek wina i woła „La cuenta por favor!”, a ja jeszcze nawet nie zdążyłam podnieść swojego wina do ust. Ani nawet powąchać.

Pewnie to wszystko jest konieczne dla równowagi wszechświata, ale co by się stało, gdyby ten numer do fryzjera dostała za dziesięć minut?…

Zaprosiłam rodzinę na małe urodzinowe ciasteczko, więc oczywiście, OCZYWIŚCIE mój mąż musiał, po prostu MUSIAŁ wczoraj rozrzucić granulowaną krowią kupę po całym trawniku. Będzie nastrojowo.