JESZCZE TYLKO KILKA DNI

“Jechalismy taką drogą z samego piasku i tam było bardzo duzo świnek i prosiaczków. Pozniej tez jechalismy tą droga, ale już ktos wszystkie swinki ZJADŁ”.

Brzmi jak kolejny sen Haniuty, a to tylko chrześnica N. opowiadala o swoich wycieczkach. Dzieci szybko dojrzewaja. Takie czasy.

A ja już nie mogę, już mam dosyc. Niedobrze mi i nie mogę już dyskutowac o globalizacji i transferach. Nie wierzę w nic, a u podstaw kazdej doktryny ekonomicznej stoi cwaniak, któremu nie chce się placic podatkow. Dajcie mi spokoj. Boli mnie glowa i kicham.

ODDAJCIE NAM NASZE PUNKTY!!!!!!!!!

A już myslalam, ze nic mnie w zyciu nie czeka, a tu proszę.

Wchodze sobie wczoraj potulnie do InMedio (za moja druga polowka chleba, czyli N., który jest kolekcjonerem roznych dziwnych miesiecznikow). On grzebie w gazetach, ja się gapie to tu, to tam, to na pana, który juz 20 minut placi 2-groszowkami za batonik LION (uwielbiamy takich), az tu nagle ŁUP! Mnie w sam czubek mozgu rewelacja z okladki MARIE CLAIRE!

Okazuje się, ze… NIE MA PUNKTU G!!!!!!
Nie ma i NIGDY NIE BYŁO, co wlasnie DOWIEDLI w sposób absolutnie PEWNY NAJLEPSI NA SWIECIE NAUKOWCY!

NIE MA!
Nie ma i trudno! Teraz trzeba wysmarkac nos, obetrzec lzy i pomyslec, co dalej, no bo… HALO!

Przez tyle lat wszystkie najlepsze na swiecie pisma (w tym Marie Claire) opisywaly:
– co to jest punkt G;
– skad się bierze punkt G i do czego sluzy (i komu);
– jak najszybciej, najpraktyczniej i najmniejszym nakladem sil i srodkow odnalezc swój punkt G, poslugujac się tylko kieszonkowym lusterkiem i odrobina nici dentystycznej;
– jak powiadomic partnera o punkcie G;
– jak nauczyc partnera odnajdywania punktu G;
– jak odnalezc radosc w upadajacym zwiazku poprzez wspolne odszukiwanie punktu G na przemian z partnerem;
– (dla feministek): jak bojkotowac punkt G;
– (dla lesbijek): jak bojkotowac nieposiadajacych punktu G;
– listy czytelniczek, które odnalazly już swój punkt G i chcialy się ta informacja ze wszystkimi podzielic;
– listy czytelniczek, które jeszcze nie odnalazly punktu G ale nie sa z tego powodu nieszczesliwe i twierdza, ze bez tego DA się zyc;
– listy czytelniczek, które nie odnalazly swojego punktu G, nie daja rady bez tego zyc i chyba się zabiją;
– listy czytelnikow z uprzejma prosba o jakas MAPKE albo PLAN, do jasnej kurwy nędzy, bo im baba nie daje spokoju.

I co, przepraszam – mamy teraz (mowie w imieniu rasy zenskiej) ODLOZYC PRECZ nasze kieszonkowe lusterka i podreczne mapki, bo BANDA JAKICHS PRYSZCZATYCH DZIWAKÓW, którzy (WIADOMO) nigdy w zyciu NAWET NIE BYLI NA RANDCE (no HALO!… Kto chodzi na randki z NAUKOWCAMI?…) stwierdzila, ze po prostu GO NIE MA? PO TYLU LATACH na to wpadli? Po tylu latach i TYLU ARTYKULACH? I co maja teraz zrobic te wszystkie panie, z których np. czesc jest SLAWNA i sa to osoby PUBLICZNE, które go ODNALAZLY i szczegolowo to w wywiadzie dla MARIE CLAIRE opisaly? ODSZCZEKAC? Przyznac się, ze tak naprawde chodzilo o zgubiony klips po babci?…

Ten facet, co się wczoraj chcial rzucic z dzwigu, to chyba po lekturze MARIE CLAIRE, bo wlasnie trzy dni temu z zona ODNALEZLI, ucieszyli się, napisali do “PANI DOMU” a tu się okazuje, ZE NIE MA i listu nie wydrukują.

Świat jest… PODŁY POŁY PODŁY. A naukowcy WREDNI.

PS. Proponuje, aby konkurencyjne wydawnictwa WYSMIALY I PODWAZYLY artykul w MC, a wrecz oglosily KONKURS: kazda pani, ktora do konca stycznia znajdzie swoj punkt, dostaje lakier do paznokci. Panie, ktore znajda dwa punkty, dodatkowo tusz do rzes, a wsrod czytelniczek ktore znajda i nakleja na kupon trzy i wiecej punktow G, rozlosowany zostanie kolorowy telewizor.

DOKAD POSZEDL MÓJ CZAS?

Wstaje rano, jade do pracy, ide na spotkanie i jest czternasta. No to chociaz kawy się napije, rozpuszczalnej neski, bo już trzeba isc na nastepne spotkanie, co się wlasnie zaczyna. Biore zatem garsc kolorowych cienkopisow, duzy zeszyt w kratke i ide. Spotkanie konczy się w okolicach osiemnastej, dzwonie do N. czy mnie jeszcze pamieta i czy odbierze mnie z roboty. Pamieta, odbiera. Kupujemy po drodze jakas bułke, zjadamy ja, ogladajac “Przyjaciol” seria 8. Po dwoch odcinkach nieprzytomna ze zmeczenia wczolguje się do lozka. Wstaje rano, N. mnie popedza, bo musi być wczesniej w pracy. Ja tez, bo w sumie mam to spotkanie na 10.00 – jak z niego wyjde, to będzie już czternasta…

No i tak to wyglada.

Dzis rano pierwszy raz uslyszalam tegorocznego KARPIA. Poplakalam się ze smiechu przy “Leci, leci PTAK – dziwnie, bo NA WZNAK”. Smiech smiechem, a KARP to niestety znak, ze swieta blisko i puste miejsce pod choinka szczerzy zęby, a ja mam pomysl na dwa (słownie DWA) prezenty. Do tego dorzuce jeszcze informacje (zupelnie gratis), ze mam demofobie – 20 sekund po wejsciu w duza, stloczona grupe ludzi lapie mnie za gardlo panika i mam ochote wrzeszczec i walic wszystkich dookoła wielkim, sękatym kijem. Brakuje mi na rynku firmy uslugowej, która zadzwonilaby do mnie pod koniec listopada (“Dzien Dobry – za miesiac swieta!”) (ONI do MNIE, nie odwrotnie, rozumiemy się?), ja im daje wykaz osob i ogolne wytyczne, a oni mi 20 grudnia przynosza pod drzwi sterte pieknie zapakowanych w lsniacy papier w szkocka kratke PREZENTOW – pachnacych Gwiazdka, podpisanych czcionka Times New Roman i ozdobionych wielkimi kokardami.

A teraz biore duzy zeszyt w kratke, garsc cienkopisow i…

LADIES AND GENTELMEN – DANGER

Zawsze, kiedy widze samochod z logo FedEx, to przypomina mi się zarosniety Tom Hanks, gadajacy z pilka do siatkowki.

Poza tym, widze, ze nie mogę was zostawic samych nawet na jeden dzien – wyjechalam na czwartek, to upusciliscie pana premiera. Ja rozumiem powiedzenie “CALY SWIAT NA MOJEJ GLOWIE”, ale myslalam, ze to tylko takie PRZYSLOWIE! Zabobonik taki. A tu się okazuje, ze… O – znalazlam 30 PLN pod lampką na biurku. Niestety, nie od krasnoludków, tylko pozostalosci po jakiejs zrzucie na wino. W szczególnie kryzysowych sytuacjach bowiem zespol zrzuca się na wino – jak na Titanicu (“to tylko gora lodowa, NA PEWNO JA OMINIEMY”).

W pracy nie mam lekko ani nawet srednio twardo.

Generalnie do dupy, ale to przeciez… TYLKO GORA LODOWA.

Z INNEJ BECZKI

A kiedy spalam (czyli w sumie moze jakies 20 minut?… 25?… – to snilo mi sie, ze wiozlam zyrafę do lekarza.

A w jednym przedwojennym czasopismie dla egzaltowanych gospodyn domowych byla taka oto ankieta:
“Czy widział(a) pan(i) ducha(y)?”

No?
Widział(a) pan(i)?

DLACZEGO NIENAWIDZE NAKRYC GLOWY

Wszyscy się na mnie drą zimą “ZALOZ CZAPKE, OŚLA ŁĄKO” – a ja nie i nie. I oczywiście znowu jest na mój paskudny charakter, a przeciez to WCALE NIE DLATEGO!

Nie przez charakter to, a przez KOTKA.

KOTEK to była taka moja czapeczka, jak mialam lat około 2, może 3. Nikt mi nie wierzy, ze ja to scierwo pamiętam – A JA PAMIĘTAM! Pamietam do dzis…

Dziecieca kominiarka z rozowej wełenki, zrobiona na drutach w taki sposób, ze nie ukladala się na glowie okraglo, tylko miala cos w rodzaju USZEK, takich kocich, odstajacych, trojkatnych USZEK. Pomiedzy tymi uszkami przyszyte były dwa slodkie bąbelki z welny w kolorze żółtym.

Calosc wykonana z PIORUŃSKO GRYZĄCEGO MOHERU.

I ubierali mnie w to gówno z uporem maniaka, od pazdziernika do kwietnia. Moglam plakac, blagac, dostawac zapasci – mowy nie ma, pakowali mnie w pieprzonego, rozowego, gryzacego kotka. I TERAZ KAŻDY SIĘ DZIWI, dlaczego czapka mi nie chce przez gardlo przejsc! NO – CIEKAWE!

Zreszta, W CO ONI MNIE NIE UBIERALI… Obie babcie, niestety, potrafily robic na drutach, z czego jedna w dodatku ARTYSTYCZNIE. Cale przedszkole się zlatywalo, jak przychodzilam w kolejnej sukieneczce welnianej z falujaca spodniczka, motylkiem, skrzydelkami i cholera wie, czym jeszcze, a babcia fantazje w tym zakresie miala niespożytą. Ja ryczałam i tesknilam za chociaz jedna, zwykla, ohydna, prosta bluzka na guziki, a babcia dźgała kolejny figlarny kombinezonik na łyżwy albo czerwony kapelutek z wywijanym rondelkiem. Gdyby to czasy były inne, a babcia produkowala na wieksza skale, to dzis zasiadalaby w jednym rzedzie z Ewą Minge i Arcadiusem. To znaczy, nie w JEDNYM RZĘDZIE – babcia by nimi dyrygowała.

Zebra tez nosila motylki i falbanki i do dzis obie nie możemy na falbanki patrzec, a wszystko, co marszczone w pasie, omijamy szerokim łukiem.

Ale fajnie się teraz oglada zdjecia z dziecinstwa, nie, Zebra? Możemy wypozyczac w celach dydaktycznych. Np. “Jak nie zjesz zupki, to zobaczysz – będziemy cie ubierac tak, jak tę dziewczynke!”.

W TEJ CHWILI MACIE MNIE POZALOWAC

Nie dosc, ze nie spie po nocach ZE STRESU, to jeszcze mi dolozyli BADANIA OKRESOWE.

Musialam przyniesc do pracy MOCZ. Ludzki mocz, zebrany o poranku. W pudelku. Stal ten mocz w pokoju za moimi plecami, a ja się na niczym nie moglam skupic, tylko zezowalam do tylu, czy się np. nie przewrocil i nie wsiąka teraz w oryginały raportow audytora, na przykład.

Pozniej robili ludziom dziurę w żyle. PO MOIM TRUPIE. Stosunek do ingerencji mechanicznej w moje powloki cielesne mam dosyc JASNO OKRESLONY i brzmi on – WYPAD! W ramach wyjatkowego poswiecenia zaoferowalam pani swój PALEC. Spojrzala na mnie (a przysiegam, ze z wygladu jestem niepozorna!) i chyba MUSIALAM MIEĆ COS W OCZACH, bo tylko westchnela _ “Niech pani usiadzie… poprosze ten PALEC”.

Ale najpiekniejsza ze wszystkiego była KOLEJKA PRZED SALA KONFERENCYJNA (zamieniona na prowizoryczny gabinet lekarski): na korytarzu (w, bądź co bądź, ministerstwie!) grupa osob w roznym wieku sterczy pod sciana i wywija pudelkami z moczem.

Jestem ranna.
Niech mnie ktos przytuli.

MÓWCIE MI INDIANA JONES

Chcialabym umiec strzelac tak dobrze, jak Meryl Streep w “Pozegnaniu z Afryką”.

I chcialabym umiec się naparzać mieczem samurajskim, jak Uma Thurman w “Kill Bill”.

W ogole, chcialabym być jednak bardziej zdzirowata. Niż jestem.

A na Gwiazdke chcialabym dostac “Brata slawniejszego Jacka” Barbary Trapido. Może być w oryginale.

Foka ma się dobrze. W przeciwienstwie do mnie.