A moja wczorajsza kolacje opierniczyly mrowki.
Otwieram ci ja pudełeczko, w którym znajduje się pachnący, aromatyczny, meganiezdrowy, hipertłusty, a bardzo przeze mnie pożądany KURCZAK Z KFC, a tam…
RUCH, JAK NA MARSZAŁKOWSKIEJ, albo na Manhattanie, zgoła.
No zesz cholera jasna…
Bylam tak glodna i zdeterminowana, ze przez chwile rozważałam wariant „OTRZEPAC Z MROWEK I PODDAC OBRÓBCE TERMICZNEJ A NASTEPNIE ZJESC”, ale te cholery powłaziły w załomki i zakamarki mojej kochanej, przepysznej panieneczki, suki jedne. Musiałabym siedzieć nad każdym kawałkiem i wybierac je pincetą.
I pewnie by mi zdążyły na pozegnanie nasikac na panierke. Ze złośliwości.
Kurczaka się wyniosło do ogrodka – niech już go sobie zezrą, za moja krzywde – ale na sercu przybyly mi dwie głębokie szramy. Po jednej na każdy pikantny kawalek, którym zamierzałam się po chrześcijańsku pożywić.