PATRZCIE, CHYBA BEDZIE PADAC

A moja wczorajsza kolacje opierniczyly mrowki.

Otwieram ci ja pudełeczko, w którym znajduje się pachnący, aromatyczny, meganiezdrowy, hipertłusty, a bardzo przeze mnie pożądany KURCZAK Z KFC, a tam…

RUCH, JAK NA MARSZAŁKOWSKIEJ, albo na Manhattanie, zgoła.

No zesz cholera jasna…

Bylam tak glodna i zdeterminowana, ze przez chwile rozważałam wariant „OTRZEPAC Z MROWEK I PODDAC OBRÓBCE TERMICZNEJ A NASTEPNIE ZJESC”, ale te cholery powłaziły w załomki i zakamarki mojej kochanej, przepysznej panieneczki, suki jedne. Musiałabym siedzieć nad każdym kawałkiem i wybierac je pincetą.

I pewnie by mi zdążyły na pozegnanie nasikac na panierke. Ze złośliwości.

Kurczaka się wyniosło do ogrodka – niech już go sobie zezrą, za moja krzywde – ale na sercu przybyly mi dwie głębokie szramy. Po jednej na każdy pikantny kawalek, którym zamierzałam się po chrześcijańsku pożywić.

CHYBA NIE JEST DOBRZE

Ja tu nie chce byc Augurem, ale nie jest ze mna najlepiej.

Zaczynaja mi sie przypominac, z pewna nawet, powiedzialabym, NACHALNOSCIA, szczegoly z dziecinstwa.

BARDZO WYRAZNIE.

Skads wiem, iz jest to symptom nadciagajacej smierci. Nieprawdaz.

Albo postepujacej demencji.

Zdenerwowalam sie. Chyba musze kupic sobie buty. Widzialam sliczne klapeczki w kolorach bialym i czarnym. To co?… Po parce?…

POREKOWSKI POWROT DO RZECZYWISTOSCI PRACOWNICZEJ

Przepalila się zarowka nad lustrem w lazience. Nakładałam dzis zatem ostatnie szlify w interesujących warunkach przenikających się półmroków i gry światłocienia.

Po wyjsciu z lazienki okazalo się, ze czesc światłocienia uwzględniłam w swoim makijażu. Staram się w związku z tym jak najrzadziej zdejmowac okulary Soso.

Na korytarzach potykam się o szafki, krzesła i szafy na akta, instytucja bowiem znajduje się w fazie (starsi pracownicy twierdza, ze permanentnej) przeprowadzki. Ja tam się ciesze – powroce w bardziej cywilizowane rejony Śródmieścia, tu bowiem, oprocz milej księgarenki i sympatycznej cukierenki, koty dupami szczekają. Choc może nie powinnam tak mowic, skoro tu wlasnie, a nie gdzie indziej, nabylam u lokalnego wytworcy jedna z dwóch par Balerinek Mojego Zycia.

Acz w kwestii Balerinek nie powiedziałam jeszcze ostatniego slowa, to pewne.

Glowa mnie boli.

PA-R-ÓWKA, TWA-R-OŻEK I R-U-R-KA

Tytulem wstepu, chciałam poinformowac, ze na mój debiut w turnieju KALAMBURY (debiut pokazywacza na migi) dostal mi się tytul filmu „SERPICO”.

A ONE TO ZGADŁY.
Normalnie POKAZAŁAM NA MIGI „SERPICO”.

Nie ma rzeczy, której bym od teraz nie potrafila zrobic.

Ponadto, zakosiłam Ewie okulary słoneczne, ponieważ okazaly się okularami MOJEGO ZYCIA (w stylu Jackie O.) (okulary w stylu, nie moje zycie w stylu) (przynajmniej nie dotychczasowe – a od teraz, to KTO WIE!).

Powrot do normalnego zycia po takim weekendzie jest bardzo trudny.

CO ROBI KOBIETA ZESTRESOWANA?

Kupuje buty.
To stare prawo Wszechświata. Niezależnie od tego, czy Wszechświat się aktualnie kurczy czy rozkurcza, kobieta zestresowana kupi buty.

Kupiłam czarne baletki (do kompletu do tych jasnych, co przez nie wróciła zima). Ze stresu. Pomykam teraz w baletkach, chociaż na spotkaniach szczerzą się spod stołów w nasza strone cale rzedy butow na obcasach i z czubami.

Jestem przezarta i nikt nie chce oglądać ze mna „NEMO”.

Mloda Zebra uprala Melanie na swieta. Ku zaskoczeniu wszystkich, pod zimowymi warstwami gleby, kurzu i filcu Melania okazala sie tu i ówdzie RUDAWA. Jak maly lewek.

Kto by się spodziewal.

THE MEANING OF LIFE

W związku z faktem, iż we wtorek kupiłam sobie prześliczne balerinki, to w srode skończyła się wiosna i zaczely generalne przygotowania do Zimy Bis (tylko w tym roku, promocja kwietniowa, dwie zimy w cenie jednej, kurwa mac).

W nowej pracy czuje się samotna i opuszczona jak niechciany przeszczep nerki. Nie mam z kim organizowac wina w pracy albo chociaż generalnych plotek na nielubiane koleżanki. Tesknie za nimi wszystkimi, za naszymi „koloniami” i imprezami, za pijackimi stwierdzeniami o 2 w nocy „ale soty opowiadasz… ja się SWIETNIE potrafie bawic besalko(hik)holu”…

POZA TYM TU WSZYSCY CHODZA DO PRACY W GARSONKACH. WSZYSCY.

(To znaczy, wszyscy oprocz MNIE. Poki co.)

Co mnie cieszy, to powrot do abstrakcyjnych spotkan na szczeblu, na których zawsze padaja zaskakujące stwierdzenia i uwielbiam siedzieć i wypisywac te głupoty, które są wyglaszane z namaszczeniem przez mówców. Miałam kiedys cale zeszyty takich kwiatkow i wyglada na to, ze do tej pieknej tradycji niniejszym powroce.

ACH BOZE, BOZE, JAKA JA JUŻ JESTEM STARA GRUBA BRZYDKA GLUPIA I NIESZCZESLIWA*

Kocham Was i tesknie…

* = refren. Ma znaczenie wyłącznie ozdobnikowe i sluzy (paradoksalnie) podtrzymywaniu na duchu.

STRES

ZNOWU. WCZORAJ. PO PRANIU. ZOSTAŁY MI. DWIE. SKARPETKI. NIE DO PARY.

DWIE SOLISTKI.

One mi to robią specjalnie, suki. Czuję to.
Chcą mnie wykończyć.

Nie dam się.

W nawiązaniu do poprzedniej notki chciałam odnotować na marginesie lub w didaskaliach, iż od pracy fizycznej wolę metafizyczną. Zdecydowanie.

PS. Jury w składzie: JA zdecydowało o przyznaniu tytułu KOMENTARZ MIESIĄCA. Tytuł ten za miesiąc marzec otrzymuje Martucha za informację, że dzdzownice mają sex dwa razy w tygodniu, a ona im zazdrosci. Jury dziekuje wszystkim za wziecie udzialu i zaprasza na przyszlosc. Jury obiecuje nadal szukac dzdzownic wytrwale.

BO MNIE MOŻE CHWILE NIE BYĆ, TAK?

Tak tylko informuje.

Bo chwilowo robie zamieszanie w swoim zyciu, domowy modem mi nie dziala (czesc, Pepsee! MACHAM DO CIEBIE!…), a pracowy wkrotce opuszczam… BARDZO WKROTCE, kurwa mac, wlasnie nie mam co zrobic z 98237565 segregatorow z MOIMI OSOBISTYMI PAPIERAMI… cholera cholera cholera JASNA… Powinnam była zaczac 2 tygodnie temu i wynosic po kilka dziennie. Albo 2 lata temu. Tak, zdecydowanie 2 lata.

Nery mnie szarpią, gdyz albowiem mezczyzna mojego zycia zaprzągł mnie wczoraj do pracy fizycznej i kazal omiatac taras z zeszlorocznych lisci, żeby można było polozyc na nim łupek. Łupek jest moim pomyslem, dlatego bez zbytnich dyskusji omiatałam. W rogu tarasu natknelam się na gniazdo dorodnych dzdzownic, sztuk szesc, wszystkie zdrowe, zywe, rumiane i z połyskiem. Nie wiem, dlaczego, ale jakos podnioslo mnie to na duchu.

(Być może powod jest prosty i zwykle ten sam – jestem po prostu dziabnięta.)

I czytam te nowa Grochole, jestem w polowie, nawet mi się podoba za wyjątkiem tych kawalkow, w których ona non – stop przypala kazde jedzenie, za którego robienie się wezmie. Nie przemawia do mnie ta konwencja, ze niby kazda kobieta to taka ach, roztargniona i musi przypalic fasolke, a przyniesione zakupy rozrzuca po podlodze, żeby pies miał mozliwosc wpierdzielic wolowine na nastepnej stronie. Gdyby usunac te wszystkie spalone patelnie i zwęglone potrawy, to czyta się OK. Ja nie wiem, co z tym gotowaniem, ale nagle zrobilo się trendi, ze nowoczesne kobiety NA PRZEKOR WLASNIE ZE NIE UMIEJĄ GOTOWAC i koniecznie musza to opisywac i utrzymuja w dodatku, ze to bardzo zabawne.

Szalenie mnie kusi, żeby mój problem z pakowaniem rozwiazac przy pomocy jednej zapałki.