UBI TU GAIUS, EGO GAIA

Wyszlo na chwile slonce, ale już zaszlo.
Dziewczyny mi pomarzna w japonkach.
Owszem, sa skarpetki z palcami. Mam nawet dwie pary takich. Jedne rozowe, w paseczki, a drugie zielone, z zieloną brokatową żabą. Bardzo seksowne. Hanka, które wybierasz?…

Brylanty gotowe, kaszmiry gotowe, druhny w blokach startowych… No chyba jakos to będzie, co?…

Ale po tym calym cyrku, już na spokojnie, podpalę te budę (siedzibę Instytutu Meteorologii).

Więc przepraszam Państwa na moment, wychodzę za mąż.
Wracam za jakis tydzień.

LA LA LA, THE WTOREK

Wycieli nam Gada w pracy, przeto czuję się nieco jak jaszczurka z odciętym ogonem.
Cholera jasna by to wziela, AKURAT, jak mam do przedyskutowania żywotne dylematy (moja matka: „Widziałam takie ZAKIECIKI Z KORONKI, może bys sobie kupila” – tak, mamo. I ZJADŁA. Cale zycie marzyłam, żeby brac slub przebrana za wczesną Madonnę).

Pan Młody wymyslił mi terapie całkowicie odstresowywującą.
Odciągająca moje mysli od najbliższej soboty.
Poinformowal mnie mianowicie, ze jakies 10 dni po naszym slubie WYJEZDZA ZA KOŁO PODBIEGUNOWE, łowic ryby.
Ze swoimi kumplami – Hiszpanami.
Prowadzi już z nimi rozmowy na ten temat:
– Czy ten gosc, co nas tam zabierze, będzie miał husky?
– Po co? Żeby je ZJESC, jak się nam skonczy żywność?… (brawo, kochanie)
– Nie nienie nie… Żeby SZCZEKAŁY i ODCIĄGAŁY NIEDZWIEDZIE!…

Wobec takich perspektyw, całkowicie rozumiem jego WYLUZOWANIE, jeśli chodzi o slub. Bo przeciez urzędnik USC nie odgryzie człowiekowi ręki, nes pa? (no chyba, ze się NAPRAWDE wkurzy).

W najgorszym wypadku, znajda się za jakies 4000 lat, znakomicie zakonserwowani przez syberyjskie torfowiska.

Wobec powyższego… W odpowiedzi na zadane przez Pierwszą zapytanie „Jak jest”, muszę przyznac, ze jest interesująco. Nieszablonowo. Zresztą, chyba kazda z nas skrycie marzy, aby od nowo poślubionego malzonka dostac w dowod miłości bieługę i amura na brylantowej smyczy.

Najgorzej, ze nie mogłam mu nawet porządnie głowy urwać, bo miał akurat imieniny. WYCZEKAŁ, skubany.

Jak wyjedzie, kupię sobie psa. HA! Znaczy, sukę.

COKOLWIEK BĄDŹ

Odnotowuję, iż jeśli chodzi o prezenterki TV (z przyczyn dla mnie niepojętych upierające się zwykle, by nazywać je „dziennikarkami”), to najwyraźniej ostatnimi czasy podstawowym kryterium ich wyboru PRZESTAŁ być polip w nosie i / lub rozdwojone podniebienie. Teraz komisja oceniająca stawia najwyraźniej na asymetrię, a konkretnie – JEDNO OKO MNIEJSZE. Nie wiem, dlaczego, ale wszystkie wyglądają jak zdejmowane obiektywem typu rybie oko. Małe łebki, postrzępione włoski i JEDNO WIELKIE OKO łypiące do kamery, drugie mniejsze gdzieś w tle. Szalenie intrygujące.

Poza tym, obejrzałam wczoraj arcydzieł „Nigdy w życiu”. I tak, przez pierwsze pół godziny podskakiwałam entuzjastycznie na fotelu i mordowałam N. (który sobie w spokoju ducha upychał wędki do tekturowej rury): „Ty, ale patrz. Weź, no weź patrz, polski film a jaki fajny, co nie? O popatrz, jak fajnie zrobiony. Zobacz, jaka Stenka ładna, nie? Tyyyyyy, fajny film, nie?”. Po pół godzinie pierwsza euforia mi minęła i zaczęło troche zgrzytać (jasne, za 100 tysięcy domek Missoni na zalesionej działce nad rzeką, urządzony jak restauracja Gesslerki, my ass!). Po godzinie całkowicie się rozlazł w szwach, no i tak, to, panie, z tą polska kinematografią. Pomysłu i Stenki wystarcza na pierwsze pół godziny, ale co dalej, co dalej?

Pogoda na sobotę: 17 stopni i leje. No i weź tu się człowieku nie denerwuj.

SWIETY JACKU Z PIEROGAMI!

– To nie jest LUDZKI KOLOR WŁOSOW! – stwierdzil N., kiedy mnie ujrzał po wczorajszych zabiegach fryzjerskich. Musiałam mu przysięgać, ze się zmyje (AAA!… zmyje się, tak?…).

Poza tym:
– mam wlosy JAK WĘGORZE – wyślizgują się z nich nawet WSUWKI – nie wiem, co to będzie;
– od dziś do wesela – koniec z jedzeniem; kiecka jest STRASZLIWIE opięta (podobno dlatego, ze fiszbiny) – po wczorajszych gnocchi ze szpinaczkiem i gorgonzolką (az mi slinka pociekła…) Zebra musiała mnie w niej UPYCHAC KOLANEM;
– nie mamy jasności w kwestii naszyjniczka: kwiatuszek na obojczyczku czy sznureczki rubinowych pacioreczków na łańcuszeczkach;
– nie mam nic POŻYCZONEGO. Może np. pozyczę od kogos 50 PLN i wetkne sobie pod podwiązkę?…
– dostałam mrugającą rybkę na Dzień Dziecka;
– wracaliśmy wczoraj do domu SAMOCHODEM TERENOWYM WYPAKOWANYM PO DACH WÓDKĄ; doprawdy, wspaniale uczucie – caly czas się rozglądałam, czy nie ściga nas np. mafia paliwowa lub obyczajówka;

Dziewczyny oraz chłopacy!
Pamiętajcie, co wam powie ciocia Basia:
– Jeśli brać slub, to:
a. w wieku lat 17
b. w 6 miesiącu ciąży
Wtedy nikt się nie czepia, wszyscy są zadowoleni, Polska rośnie w siłę, a obywatelom żyje się bezpiecznie. A nie tam jakies fidrygałki po 30-stce, panie, z przypinką do włosów.

Z OKAZJI DNIA DZIECKA – O PTASZKACH i MYSZCE

(prawdziwych małych puchatych stworzonkach, zboczeńcy!)

Więc kroi się u mnie w rodzinie jatka.
Niewykluczone, że zostanie wykonany wyrok na sroce.
Osobiście, przepadam za srokami (i pingwinami). Najchętniej wzięłabym ich po 60 sztuk w różnych rozmiarach i udekorowałabym nimi całe mieszkanie.
Niestety okazuje się, że sroki, oprocz niewątpliwej inteligencji i prezencji, są także gangsterami. U moich rodziców prawdopodobnie sroka zeżarła małe szpaczki.

Małe szpaczki klują się u moich rodziców w budce na orzechu. Rok w rok, ostatnio nawet dwa razy do roku. Bardzo im tego zazdrościmy, bo u nas w Midlforest jakoś nie chcą się zaląc. N. wykonał dla nich przepiękne budki, kryte szwedzką blachą, a one nic. Był nawet plan, żeby zaludnioną budkę z ogrodu moich rodziców w nocy, jak już szpaczki pojda spać, zakleić taśmą i przewieźć do Midlforest – ale szpak chyba rano dostałby zawału ze zdziwienia.

Wyklute szpaczki najpierw sobie cichutko popiskują w budce, natomiast im są starsze, tym głośniej drą ryje. W tym roku jednej niedzieli myślałam, że je poduszę własnoręcznie – akurat leżałam sobie BARDZO SKONANA na leżaczku pod gruszką, gdyż poprzedniego dnia wieczorem odwiedziła nas Zebra z mężem, co jak zwykle skończyło się nadużyciem alkoholu (naprawdę nie wiem, DLACZEGO, ale tak jest zawsze). Więc ja sobie leże i konam, szpaki się drą, ja się drę „CISZEJ TAM! GŁOWA MNIE BOLI”, na co szwagier „WSZYSTKICH GŁOWA BOLI!” – i tak sobie sielsko spędzamy niedzielę.

I któregoś dnia, tak jakoś z dnia na dzień, szpaczki przestały się drzeć.
Miałam nadzieję, że dorosły i poszły w świat, ale mnie brutalnie uświadomiono, że niestety, najprawdopodobniej powyciągała je i zeżarła sroka. Cóż, jak mawiał Wody Allen – świat to jedna wielka restauracja, ale musiała akurat NASZE SZPACZKI wpierdzielić?… Nasze rodzone, wychuchane?… Nawet mój ojciec, człowiek do głębi kości łagodny i niekrzywdzący zwierząt (odkąd jako dziecko wybił oko kotu sąsiadki oraz ustrzelił kilka kawek – do dzis wspomina ww. wydarzenia jako najboleśniejsze błędy wczesnej młodości) dostał żyły i zapowiedział, że sroke ubije. Nawet już na to konto podregulowali z N. wiatrówki.

A mi się od razu przypomniało, jak w czasach głębokiego komunizmu upolował z wiatrówki myszę.
Jak wiemy, w czasach głębokiego komunizmu kupowało się i trzymało w szafkach jakies potworne ilości wszystkiego – mąki, cukru, kakao, wódki… no WSZYSTKIEGO. Ten cholerny cukier na kartki to chyba moi rodzice maja do dziś, a mi został uraz w drugą stronę i nie mogę mieć w domu więcej niż jedna kilogramową torebkę cukru i mąki naraz. I teraz, proszę państwa, w te załadowane towarem sypkim szafki włazi mysza. I jak to mysza – zamiast zracjonalizować spożycie (przecież nikt by jej nie pożałował kilograma kaszy czy cukru!), to bez opamiętania tnie wszystkie torby oraz zanieczyszcza. Moja matka oczywiście dostaje białej gorączki i każe ojcu COŚ Z TYM ZROBIĆ!

Normalny człowiek by postawił łapke na myszę, ale błagam, rozmawiamy tu o moim ojcu, prawda?…

Mój ojciec zabarykadował się w kuchni.
Wykonał sobie stanowisko artyleryjskie z pudełek proszku do prania.
Wyjął z szafek część cukru, resztę ustawił w przemyślny sposób, aby zagrodzić myszy drogę ucieczki.
Po czym naładował wiatrówkę marki POLSPORT, ustawił się w pozycji snajpera i ROZPOCZĄŁ KAMPANIĘ.

My z matką czatowałyśmy pod drzwiami kuchni, z przyklejonym uchem; doszło nas kilka „PAF!”, po czym wyłonił się dumny generał Patton, dzierżąc za ogon upolowana mysz. Trafił ją precyzyjnie w skroń (ćwiczenie domowe: proszę sobie trafić z wiatrówki w skroń myszy domowej, po czym wrócić tu i ukłonić się mojemu ojcu nisko). Z jednej strony oczywiście żal mu było myszy, ale z drugiej dumny jest z siebie do dziś.

Wnioski z powyższej pogadanki:
– Przy odpowiednim poziomie wkurzenia, mój ojciec, człek łagodny, jest w stanie wykonać wyrok śmierci na małym stworzonku;
– Sroce radzę, żeby trzymała się z daleka;

Ja bym do zwierzaka nie strzeliła. Człowieka to tak, ale niewinne zwierzątko zabić?… Wykluczone.

„MYŚLENIE MA KOLOSALNĄ PRZYSZŁOŚĆ”

Zarastam sobie ubytki w powiekach powolutku. Trochę się denerwuję, a trochę sobie tłumaczę, że to bez sensu. Ale weź się człowieku nie denerwuj, kiedy co chwile wyskakują kwiatki w stylu: jedna frakcja rodziny Pokłóciła Się, w związku z czym dwie ciotki Są Obrażone i Nie Rozmawiają z jednym wujkiem i kiedy Dowiedziały Się, Że Ten Wujek Przychodzi Na Wesele, To One w Takim Razie Nie Przyjdą, fenk ju, gud najt.

Boze, niech już będzie po wszystkim, niech ja już pojde do księgarni, kupię 287643 książek, z czego połowa to kryminały, i wyjedzmy na tydzień do jakiegos zamku, i ja będę leżała i czytała te kryminały, a pozniej wróce i kupie najbrzydszego na świecie psa, i nazwę go Nabuchodonozor, a jak dziewczynka – to Hermenegilda Ptyś, i dalej będę leżała, tylko ze z tym psem na kolanach, i czytała te kryminały, aż mi się nie skonczą, a wtedy pojde i kupie nastepna partię. Takie oto mam plany na po weselu.

Bo w ogole, to w drodze logicznego rozumowania doszlam do wniosku, ze najwięcej kalorii do działania potrzebuje co? U człowieka?… Mózg, oczywiście. Widział ktos otyłego naukowca? Ja osobiście ani jednego. Wobec powyższego, niechaj tam inni na rowerach jeżdzą – JA SIĘ ODCHUDZAM EFEKTYWNIE: siedze i czytam. Poprzez czytanie zaprzęgam do pracy mózg, który mi uprzejmie spala kalorie. Jeden kryminał to tak jakby jeden etap tur de frąs, energetycznie. W przybliżeniu.

Po wczorajszym upale – urocza apokalipsa u nas. Za oknem – jak w kopalni odkrywkowej.
Śniło mi się, że byłam w Manderley… A nie, to nie mi.

TRZY ŁZY, TRZY BZY, TRZY BEZNADZIEJNE PSY

Troche mi słabo mruga jedno oko, gdyz Zebra wyregulowała mi wczoraj brwi. Niestety, częściowo wraz z mięsem z powiek. Mowi, ze „do wesela się zagoi” (aaaahahahah – to taki PODTEKST, prawda).

Znowu jestem spuchnieta z przejedzenia (w dlugie weekendy nie ma jak rodzina), choć również nasiąknięta wrażeniami artystycznymi, jako to:
– zwiedzaliśmy krzemionki opatowskie, gdzie neolityczny górnik w pozycji półleżącej i po ciemku wydobywał krzemień pasiasty;
– nastepnie zwiedziliśmy Park Jurajski, gdzie niektóre dinozaury miały paznokcie identyczne, jak taka pani z kawiarni (tylko mniej różowe);
– nastepnie chcieliśmy nieco odsapnąć nad rzeką, ale trafiliśmy na indiańskie cmentarzysko z ołtarzami z krowich czaszek;
– nastepnie co i rusz w drogę wchodziły nam roboty

Co do stroju dla Melanii, jestem ABSOLUTNIE ZA.

Melanię ubierze się tak.

A jej kuzynkę, Fugę, jako że jest nieco mlodsza, widziałabym w takim outficiku.

PS. Czy TO jest tzw. “pies ogrodnika”?…

FAKTYCZNIE, PRZYNUDZAM O TYM WESELU

Wobec tego zmienmy temat.
Proponuje na cos lżejszego – na przykład, marketing.

Na przykład, marketing parafarmaceutyków.

Nie będę tu się wypowiadac o fantastycznych reklamach w stylu „Co czwarta kobieta cierpi na hemoroidy” albo „Ach, czuję się taka wzdęta”, bo najwyraźniej techniki reklamy studiowałam na zupełnie, ale to ZUPEŁNIE innej uczelni, long time ago, in a galary far, far away. Nieważne zreszta.

W miniony weekend bowiem wstrząsnęła naszymi trzewiami skromna, niewielka reklamka w czasopiśmie NAJ.

Hasło reklamowe brzmi:
„Krew ci leci? KWIZDA!”

Jak już przestalam plakac ze smiechu i mogłam się WYPROSTOWAĆ i doczytać, o co chodzi, to okazalo się, ze owa KWIZDA jest nazwą specyfiku tamującego krwawienie.

Dobra – pomijając już wszystko inne – zgodnie z cechami dobrej reklamy, faktycznie przyciąga uwagę i zainteresowywuje. TO BEZSPRZECZNIE (acz raczej w stylu „Co za DEBIL mogl wymyslec taka nazwe dla JAKIEGOKOLWIEK produktu”). Natomiast jeśli chodzi o pożądanie i sam zakup to… Przepraszam, ale gdybym zmuszona okolicznościami miała pójść do apteki i wygłosić zdanie „DWIE KWIZDY POPROSZĘ”… Nie jestem sobie w stanie tego, niestety, wyobrazic. Trudno – przyjmijmy, że się wykrwawiłam.

(No chyba, ze doktor Jack zalozy mi w warunkach polowych opaske uciskową z włókna kokosowego lub zszyje różowym kordonkiem).

To co?… Kwizdę dla Państwa?…

RATUNKU HELP

Jest KONIEC SWIATA i jakas PADACZKA! W robocie nie mam kiedy, excuse le mot, udac się przypudrowac nosek, taki mam zapierdziel od paru dni. Ja nie wiem co z tym swiatem się wyrabia, ludzie maja czas sobie bociany w Internecie oglądać (podobno w sobote się wykluly i zablokowaly serwer), chodzic na premiery do kina, pisac donosy, czytac forum LOSTA, a ja?…

Wczoraj bylam w sklepie sportowym. Sklepy sportowe to dla mnie – pozwole sobie sparafrazowac zlota mysl Joey’a – lesbijski ślub. Kompletne dezinteresmą. Myślałam, ze tam zdechne z nudów, na szczescie udalo mi się wypatrzyć dział z torebusiami damskimi. Co prawda SPORTOWYMI, ale… Wełna nie wełna, byle była kicha pełna, jak mawiał Wilk, konsumując Owieczkę.

W nocy nie spalam w ogole, w związku z czym miałam NAPRAWDE BARDZO DUZO czasu na myslenie; ok. godziny 2.00 doszlam do wniosku, ze czeka mnie AMPUTACJA LEWEJ NOGI.

Naprawde, niech mnie ktos uśpi chloroformem i obudzi po weselu!…

ZAISTE PIEKNA DZIS MAMY POGODE (BEZ IRONII)

Wiec generalnie jest tak, ze ja się denerwuje, czas leci jak szalony, mam wrazenie, ze nic nie posuwa się do przodu, stresuje się, nie mogę spac i tak w kolko.

Przeczytałam w weekend damę z unikornem, bardzo niezła. Wzruszyłam się i prawie oślepłam od wpatrywania się w zdjęcia tych gobelinów.

Natomiast byliśmy w sobote na wycieczce, miedzy innymi z wizyta w pracy u kolegi N.
Bardzo przyjemne miejsce, czuję, ze bym się tam odnalazła.
Na przykład, jeden wąski korytarzyk od podlogi do sufitu zastawiony regałami, na których stoją setki brązowych półtoralitrowych szklanych flaszek, na każdej wielka nalepka z napisem „TRUCIZNA POISON”. Tak bardzo zalowalam, ze w ostatniej chwili wymienilam torebusię na mniejszą i nie mogłam zwinąć chociaż JEDNEJ TAKIEJ.
Na koniec, kolega N. wyciągnął spod biurka (normalne biurko, z komputerkiem) spore tekturowe pudełko i pozwolił do niego zajrzeć. Zajrzałam.
W pudełku ma kumpla.
Znaczy, TO, CO Z KUMPLA ZOSTAŁO, bo kumpel zyl w średniowieczu. Wiec ma jego czaszke, miednicze, piszczele. W pudelku. Tekturowym. Pod biurkiem. LUDZKIE SZCZĄTKI.
Naprawde, bylam pod wrazeniem.

Ja to chyba mam nudna pracę.
Ale takie ludzkie szczątki to tez bym sobie postawila pod biureczkiem, jak slowo daje.
Oraz ze dwie flaszki trucizny na szafce.
Tak, żeby nabrac właściwego dystansu.