TAKA JESTEM… ZACHWYCONA

W ogóle nie wiem od czego zacząć… To może zacznę od tego, że prąd nam w nocy wysiadł – ale tylko na górze! Na dole jest! N. zniósł mi na dół deskę do prasowania i żelazko – ale myć się musiałam przy świecach. Jaka ja jestem ładna przy świecach! Szczupła i smukła i bez cellulitisu i rysy twarzy mam takie interesujące… Dziewczyny, zróbmy jakąś megaglobalna katastrofę, żeby nie było elektryczności – wiecie, jakie piekne będziemy przy świecach?

Chociaż nie, prąd jest nam potrzebny, choćby po to, żeby zasilać laptopy.

A konkretnie MacBooki.

W ramach terapii na syndrom sprawiliśmy sobie MacBooka.

Japierdole… Zakochałam się!

Po pierwsze, to nie jest komputer, tylko jakiś OBIEKT SZTUKI jak z muzeum Guggenheim.
Wszystko jest takie ŁADNE.
I mówie o WSZYSTKIM. Nawet ZASILACZ. Czujecie? Designerski zasilacz. Kabelek zasilający na magnes. Wskaźnik naładowania baterii zapalający się z wdziękiem. Japierdolę.

NAWET KOSZ na desktopie ma PIĘKNY.

W makintoszach zakochałam się w latach 80-tych, kiedy to w czasopiśmie BAJTEK jakis pan opisywał, jak jego mała córeczka bawi się graficznymi programami. Przypominam – rzeczywistość pecetowa na tamte czasy to czarny (lub bursztynowy) ekran z migającym kursorem i Norton Editor i DOS z komendami z klawiatury. Więc czytałam to z takim JOOO! JAK BĘDĘ DUŻA, KUPIE SOBIE APPLE’A! Generalnie jestem jednak dziecię windowsa i teraz musze się przestawić. Trochę jeszcze nie kumam, co on do mnie gada, ale kocham go.

Widzę, ze ci co narzekaja na Windows maja rację. Nie są zmanierowani, tylko naprawde Windowsy w porównaniu są toporne i sztywne i po prostu… brzydkie. Ja jeszcze mnóstwa rzeczy nie kumam, ale już widzę, że tamte programy sa takie… intuicyjne. Na przykład, siedzimy sobie z N. wczoraj i oczywiście – ZOBACZMY JAK SOBIE RADZI ZE ZDJĘCIAMI. No to zobaczmy. Otwieram program do pokazu zdjęc i szukam – GDZIE on ma jakies OPEN FILE BROWSE, żeby mu kurna załadować zdjęcia z płyty. No kurna nie wiem jak. I nagle olśnienie – PRZECIEZ TO JEST MAC! Tu się nic nie open file, tylko się przeciąga myszką ikonki!

Czy poradził sobie z pokazem zdjęc?
Czy zadowolił mojego męża?

No więc on ma defoltowo pokaz slajdów zrobiony taki jak wasze Photobuckety. Tak? Nie nie, zle mówię. Photobuckety to DOŚC PRYMITYWNE wyobrażenie tego, jak wygląda zwykły pokaz slajdów na Macu.

Aha, i może służyć za lusterko. Bo ma taka malutka kamerke wbudowaną. Jak mi nie naprawią pradu, to jutro się maluje przed moim jabłuszkiem.

I ma malutkiego słodkiego pilota.

Nie no, kocham go i już, nie ma co dyskutować.
Ma ktos Maca? Od czego powinnam zacząć? Matko kochana.
Zaraz dostane gorączki z tęsknoty.
Gdzie ja dla niego kupię torbę, żeby do niego pasowała?…. U Louisa Vuittona?… Przecież nie włożę go do normalnej torby na laptopa, bo bym się spaliła ze wstydu!

MODA NA SYNDROM

Tak sobie czytam moje ukochane, niezastąpione forum na gazecie i dopadła mnie refleksja.
Niewątpliwie czasy nasze charakteryzuje moda na syndrom.
I nie mówcie mi, ze nie.

Nasz przyjaciel na ten przykład nie jest leniwym sukinsynem, tylko ma SYNDROM (albo depresję). Nasza przyjaciółka się nie puszcza na lewo i prawo, tylko JEST SINGLEM bądź POZOSTAJE W OTWARTYM NOWOCZESNYM ZWIĄZKU. Nasze dziecko nie jest rozpieszczonym obibokiem, wykorzystującym matke do krwi, tylko ma SYNDROM ADHD. Nasz mąz bynajmniej nie jest dziwkarzem, pijakiem i rozpustnikiem, tylko ma SYNDROM WIEKU ŚREDNIEGO, a my same nie jesteśmy niedouczoną krową, nie czytająca niczego poza podpisami zdjęć w VIVIE, tylko MAMY DYSLEKSJĘ. I dysgrafię. I dyskurwawszystkizm intelektualny, sądząc po 98% postów.

Naprawdę wszystko w życiu jest do przełknięcia i wytłumaczenia, jeśli tylko nada się odpowiednia nazwę, najlepiej posiadającą odpowiednik łaciński.

W związku z powyższym chciałam oświadczyc, że ja TEZ mam syndrom, a nawet kilka.

Mam na przykład SYNDROM WKURWIONEGO RATLERKA (ale nie wiem, jak to będzie po łacinie). W sensie, że wkurwia mnie masa rzeczy, a ja nic z tym nie robię, tylko ujadam.

Mam również SYNDROM WIELKIEJ LENIWEJ DUPY opadającej mi z tyłu jak kurtyna. Być może ma to związek z pochłanianymi przez mnie ostatnio ilościami ociekającego tłuszczem żarcia, a być może TO JEST SYNDROM i nic na to nie poradzę, no przecież nie będę jadła pół listka sałaty dziennie.

Mam tez SYNDROM OPADANIA RĄK KIEDY WCHODZĘ DO DOMU. W związku z powyższym nie mogę w ogóle sprzątac i bajzel zaczyna osiągac trzecia prędkośc kosmiczną. Postanowiłam zrobić eksperyment związany z teorią chaosu i poczekać, kiedy ten potworny burdel się samoistnie przeorganizuje na wyższym poziomie energetycznym. Zobaczymy co mi z tego wyjdzie – może coś w stylu wnętrz restauracji Magdy Gessler (matko, jak ja nie lubie tych jej restauracji, gdzie jest TYLE TEGO WSZYSTKIEGO WSZĘDZIE upchane, a ja się nie mogę skupic na jedzeniu, bo cały czas zerkam, czy nie spadnie mi na łeb tykwa albo wianuszek suszonych kwiatków albo nie gwizdnie mnie w ucho słoik z ozdobnymi przetworami – toteż dzwonię zębami i widelcem).

Musze sobie wymyslec jakąś odpowiednio kosztowna terapię. Mam już pewien pomysł, ale ćśśś! To na razie tajemnica!

KURNA ŻESZ OLEK (ZNACZY ALEKSANDER)

A kręgosłup mnie tak rypie, jakbym miała jakiegos półpaśca. Albo wręcz całego paśca.

Podejrzewam krzaki lawendy i sofy z IKEA.

Sofa z IKEA bowiem to mebel, który dasz radę skręcic sama, kobieto. Nawet trzyosobowy i nawet rozkładany. Jest pakowany w zagadkowych zestawach, których poszczególne elementy sa trochę ciężkie, ale jak rozkminisz co do czego i podeprzesz dźwignią, to dasz radę. To mówiłam ja, specjalistka od skręcania sof, podczas gdy mężczyźni siedzą pod altana, pija piwo i kopca cygara i przychodza na gotowe z kluczem 13 (kupcie sobie kilka sof w IKEA, podobno klucz 13 trudno jest dostać, a daja jeden gratis do każdej sofy!) i mówia ODSUŃ SIĘ KOBIETO BO TU TRZEBA DOKRĘCIĆ SRUBY.

Być może boli mnie ten jakże zaszczytny organ grzbietowy z postaci nadwagi, albowiem przeżeram się ostatnio jak małe prosiątko w deszcz. Etam, małe… JAK CAŁKIEM SPORY WIEPRZEK.

Nigella Lawson powiedziała, że jeśli ma do wyboru zajebisty ciuch albo zajebiste jedzenie – to wybiera jedzenie. Troche bym na to patrzyła przez palce – jej mężem jest Saatchi, więc laska raczej nie przeżywa dylematów w stylu „Hm hm hm, sushi czy spódniczka z Solara” – ale coś w tym jest. Bardzo ja lubię. Z każdym moim – i jej – kilogramem coraz bardziej.

(Tak – mam dziś dzień z serii „Jak ja wygladam, co mi tam się tak dynda z tyłu?… Alez to moja dupa!”).

No i tak o.
A dziewczyny w pracy mnie faszerują ciastkami, bo jakies urodziny czy imieniny. Jak to dobrze, ze nie lubię słodyczy i ze nie przyniosły sledzi i kabanosów! Bo by mnie rozerwało.

PS. Czy ten plakat do filmu o Edith Piaf nie przypomina zajawki horroru?… „EDITH PIAF VI – POWRÓT ŚPIEWACZKI”…

…I PO WEEKENDZIE

– Bo z dietą to jest tak, że – powiedziała Ewa, maczając petitke w konfiturze wiśniowej i siejąc dookoła okruchy – że nie mozna NIE JEŚĆ. Niejedzenie niczego nie daje. Co najwyżej efekt jojo.

– A poza tym – zgodziła się z nia Hania, kończąc ostatnie sashimi i sięgając po imbir – odmawianie organizmowi jedzenia prowadzi do tego, że będzie sobie magazynował tłuszcz, tak na wszelki wypadek!

– Absolutnie! – zagulgałam, przełykając wielki kawał roquefora i wywlekając z pudełka ostatniego śledzia w sosie żurawinowym – Najważniejsze w diecie są regularne godziny posiłków.

– Hania, chcesz do tego makaronu z pesto łyżkę śmietany?
– A to osiemnastka?
– Nie, dziewiątka.
– To dwie łyżki.
– No dobra, dziewczyny, kończymy to – zaklaskała Ewa w rączki (PUSTE rączki, bo zżarłysmy już wszystkie ryby, konfitury, petitki, makaron z pesto, suszone pomidory, imbir i cały chleb w promieniu 40 kilometrów) – bo juz jedenasta w nocy! A jeszcze musimy obejrzeć jeden horror!

Zaniosłysmy grzecznie talerze do zmywarki, usiadłyśmy rządkiem na kanapie i schowałysmy głowy za wielkimi poduchami. Ewa włączyła film. Po pięciu minutach zgodnym chórem zaczęłysmy sie drzeć.

Przez trzy dni oglądałysmy horrory.
Po czym dziwiłyśmy się, że nie możemy zasnąc, a w okolicach 3 w nocy robimy sie trochę nerwowe. Ale i tak najlepszy dżakas zrobiła Ewa, rzucając w nas plastikową foką, kiedy juz zasypiałyśmy, po czym spędziła całą noc siedząc w kucki na łóżku, bo bała sie położyc i zamknąć oczy.

Następnie spotkałyśmy sie rano, blade, niewyspane i z podkrążonymi oczami, zrobiłyśmy sobie kawę, herbatę i obejrzałysmy KLUCZ DO KOSZMARU.

Takie jesteśmy zrównoważone, dorosłe i odpowiedzialne. Hej.

(Chociaż nie! Nie obejrzałysmy MARTWEGO MIĘSA, mimo ze okładka zachęcająco pokazywała, jak wyglada czlowiek bez żuchwy).

(“Co mówisz, Andrzej? Możesz powtórzyc troche głośniej? Co tu się dzieje? A nic, Baska popyla po suficie z odwrócona głową i mówi po aramejsku… Dobra! To jutro o osiemnastej! Paa!”)

Mimo, że dominowała makabra, to początkowo starałysmy sie trzymać stylu glamour i obejrzałysmy “Sniadanie na Plutonie” i teraz wszystkie kochamy sie w Kici. Kicia jest absolutnie przepiękny.

Ponadto prowadziłyśmy dyskusje na temat “Czy potrafiłabys to wszystko pierdolnąć i uciec” i doszłyśmy do wniosku, że jesteśmy beznadziejnym przypadkiem, bo wszystko przesłaniają nam detale w stylu “Co będzie, kiedy przetłuszcza mi sie włosy, a ja będe wtedy w autobusie do Chin albo gdzie kupie dezodorant, kiedy mój się skończy”. Dupy z nas, a nie buntowniczki. O.

I jeszcze o przekręcaniu słów przez ludzi.
Zwycięzcami zostały SCHIZOFREMIA oraz SFLUSTROWANY.
Nagrodę publicznosci otrzymało takze powiedzenie pewnej pani “Ona tak sie w nim ZADŁUŻYŁA”, ale to raczej z uwagi na charyzmę mówiącej.

Jak to trudno wrócic w szpony cywilizacji po tym wszystkim! Matko. Wchodze na Kozaczka, a tam czekoladki w kształcie odbytu.

A włosy? Matko, włosy! Przecież byłam u fryzjera! No i okazało się, że “Ojeeej pani cała jest taka SOFT! One musza byc takie NATURALNE! Żadna grzywka! Same końcówki pani obetnę, boooze jakie piękne włosy, musi pani mieć DŁUGIE i tylko kilka refleksów!” – no i dupa. Znowu sie okazało, że żadna ze mnie suka, tylko dziewczę z Mazowsza, psia krew. Dziewczę z kosą.

Hmmmm… DZIEWCZĘ Z KOSĄ…
Jasnowłose DZIEWCZĘ Z KOSĄ, zaraz obok NIEBIESKIEJ JAPONKI WYCHODZĄCEJ Z KUWETY i opętującej nastolatki.
Chyba, że tak.

POSZŁA OLA DO…

Do fryzjera dzis idę.
Już mnie brzuch boli ze zdenerwowania.

No bo postanowiłyśmy się do tego zabrac PROFESJONALNIE. Nie, ze trochę sobie utniemy, a pozniej i tak nam odrosnie… Nie nie nie. Musimy DBRAC O WIZERUNEK. Koleżanka dyżurna Sosko – jest najlepsza w tropieniu– zaoferowała się znaleźć salon, który zrobi z nas CZŁOWIEKA.

No i dzwoni do mnie.
– MAM! JEST! Bardzo słynny salon, strzygą Grażyne Torbicką.

(Yyyy.)

– I Agate Młynarską.

(YYYYY!)

– Uspokoj się, bardzo dobry salon, czekaj, mają stronę internetową, oglądam zdjęcia tych fryzjerek…

(cisza, klikanie)

– No dobra! Znalazłam dla ciebie taką, co NIE MA NA GŁOWIE bordowego irokeza! Zapisz – piątek, na Odyńca! To paaaaaa musze leciec pilnowac objawów Franka.

Dzwonię do Hanki:
– Tyyy, ona powiedziała „na Odyńca”, ale że co? „Uciekajmy, odyyyyniec”?
– Jak ty się nie znasz, może to taki STYL teraz jest we fryzjerstwie, wiesz. Fryzura „na odyńca”, no.

Od rana zatem siedzę i hiperwentyluję. A co będzie, jeśli przefarbuja mnie na zielono i postawia na głowie GRZEBIEŃ, bo tam jedna pani ma napisane, ze kazda kobieta ma swoja fryzurę, tylko trzeba ją z niej WYDOBYĆ? Co będzie, jeśli we mnie tkwi WŁASNIE ZIELONY IROKEZ?… Znaczy, wiem co będzie – dopóki mi włosy nie odrosna, będę spała pod mostem, mój mąz to wyraźnie zaznaczył, żeby nie było niedomówień.

A z moim mężem nie ma żartów. Ostatnio ma nowe hobby – wieczorami PIELEGNUJE NOŻE. Układa je przed soba na stoliku w rządku, ostrzy, poleruje, chucha, naciera jakimiś maziami… Jak zacznie UKŁADAĆ JE DO SNU, opatulac kołderka i całowac na dobranoc – spierniczam do Hanki na wybrzeże.

„CAŁA AMERYKA ZOBACZYŁA SUTEK BRITNEY SPEARS"

Co jest z tym jedzeniem, jak się człowiek starzeje, powiedzcie mi.

Jak byłam piekna i młoda, to w ogóle mnie jedzenie nie obchodziło. Generalnie nie jadłam, a jak już było trzeba, to wszystko jedno co. Chleb z musztarda i coca – colą, takie tam.

Dopiero później odkryłam, jakie jedzenie jest zajebiste.

(I przytyłam 10 kilogramów, to fakt. Ale z 40 na 50, no to wiecie. Jeszcze jakby nie tak tragicznie. Dupę bym mogła mieć troche mniejszą, a tak to spoko).

Co może być piękniejszego po długim, męczącym dniu, niż nawpierniczanie się klusek AlFredo i wylegiwanie się z pełnym brzuchem i książeczką?… Ile prostej radości może dać człowiekowi kawałek polędwicy wołowej (jak przeczytałam ten komentarz o przyrządzaniu polędwicy u Pierwszej na blogu, to az się wzruszyłam) i nie rozumiem, dlaczego jeszcze nie została napisana książka „Joy of Śledź” (właśnie wczoraj w Ikea – kupowaliśmy sofy, dwie wielkie puchate miękkie sofy do wylegiwania się – wciągnęłam talerz śledzi – były na słodko, ale interesujące). A takie suszone pomidory? Mam taką jazdę na suszone pomidory, że wrzucam je wszędzie gdzie się da, oprócz sobie do wanny.

Kiedy wyjeżdżamy do Hiszpanii, to ja się tam właściwie poruszam jak ameba. Od jednego punktu z żarciem do drugiego punktu z żarciem (i winem, choć wino to osobny temat). Między jedną a druga knajpa jakies ZABYTKI, które się ogląda naprędce, tupiąc nóżką i planując, co się zamówi i w jakiej kolejności w tapas barze.

Nie, żeby mi całkiem przeszły DZIWNE UPODOBANIA – np. jak ostatnio zamówiłam sobie pizzę, to Hanka powiedziała, że ta moja pizza wygląda wypisz wymaluj jak KWITNĄCA PLAŻA W REDŁOWIE. Co prawda, to prawda – na pizzy były kupki serka ricotta i porozwlekany szpinak (faktycznie wyglądał jak wodorosty).

Natomiast aktualnie jest MODA NA NIEJEDZENIE WĘGLOWODANÓW, o święty Patrycy, jak można NIE JEŚĆ WĘGLOWODANÓW! Kiedy węglowodany sa NAJLEPSZE ze wszystkiego! Jak się nie je węglowodanów, to reszte można sobie normalnie odpuścić. No bo ilez można wpierdalać suszi.

Oraz lubię surowe mięso.
W ogóle lubię mięso, a za surowym przepadam. Tatar w wykonaniu mojego ojca to jest absolutne mistrzostwo Galaktyki.

Taaak, jedzenie to zdecydowanie niezła frajda. Co prawda dupa rośnie, cellulitisu nie mam chyba już tylko na nosie, ale… NO I CO Z TEGO? Dla paru kilogramów mnie odmówic sobie chlebka z pasztecikiem mojej babci, pomidorkiem, ogóreczkiem i posiekana dymką?… MOWY NIE MA. Niech te młode nie jedzą. Ja już będę jadła i trudno. Swoje lata mam – należy mi się.

(powiedziała, przełykając bajgla z sezamem i popijając burnem).

Z CYKLU: „O MATKO, JAKIE MIAŁAM SNY”

Najpierw nasz pan prezes wysłał wszystkich pracowników instytucji na kwartet smyczkowy w jakiejś wielkiej auli.
Pracownicy byli oczywiście srodze niezadowoleni, że musza słuchać kwartetu smyczkowego, co mnie osobiście nieco dziwiło, no bo jakiej krzywdy może człowiek doznać, słuchając kwartetu?

Następnie miałam pojechać do Kielc (lub Katowic – te dwa miasta mylą mi się dokładnie tak samo, jak Puławy z Pułtuskiem) spotkać się z Anią Dabrowską. Tak, TĄ Ania Dąbrowską.
I pojechałam.
I spotkałam się (chociaż musiałam podjechać dwa przystanki miejskim autobusem, do katedry).
Ania Dąbrowska okazała się przemiłą osobą, w dodatku stwierdziła, że chodziłyśmy razem do szkoły. I dała mi prezent – maskotkę taką. W postaci DŁONI HANNIBALA LECTERA (wiecie – sześc palców, powtórzony środkowy).
Trochę się zaniepokoiłam tą szczodrością i próbowałam nie przyjąć tej… MASKOTKI. Na co Ania:
– Eeee, weź ją sobie! Ja ich mam dużo, wszyscy mi je dają – nawet moja agentka.

Kolejna odsłona mojego snu odbyła się nie gdzie indziej, jak w domu u Nigelli Lawson. Nigella uczyła mnie, w jaki sposób przeciskać przez płótno surowe jajka. Wbiła ich za dużo naraz i trochę się ochlapała ta mazią, ale – jak to Nigella – przyjęła to z dużym wdziękiem.

I tak mysle, ze wczorajsze sny sponsoruje pizza hut KRAKÓW (na puszystym cieście) (idea pizzy z kiszoną kapusta jest śmiała, a wrażenia smakowe – dość niejednoznaczne. Nie, żeby mi całkiem nie smakowało, ale chyba następnym razem skuszę się raczej na MARAKESZ albo AMSTERDAM).

(Ale że co, śledź z martini? Ze źle? Mi śledź pasuje do wszystkiego (może z wyjątkiem wieczorowej sukni) – jak Joey’emu mięso i dżem)

Niewykluczone, że do snów dołożyła się… Pamiętacie tego kolesia od „Chemii śmierci”? No. To właśnie u nas wyszło jego kolejne dzieło – „ZAPISANE W KOŚCIACH”. Czy kupiłam tę książkę wczoraj, czekając na Dworcu Centralnym na pociąg, który wiózł mego lubego i był PLANOWO SPÓŹNIONY zaledwie o pół godziny (nowa kategoria: pociągi opóźnione zgodnie z planem)? Damn you, PiKejPi!

A mój luby na to: „Ja ci ZABRANIAM kupować i czytać takie książki! Co będzie, jak któregoś dnia cię znajdę syczącą na suficie?”

(Weźcie te senniki internetowe: „Jajka sadzone – chęć częstszego przebywania w teatrach czy kinach”, natomiast „Wybierać z gniazda – jakiś wdowiec chce się z Tobą ożenić”).

„BOHATERSKI BORUC URATOWAŁ KOBIETĘ”

Zmarzłam w sobote na weselu jak Napoleon pod Moskwą.
Bardzo mi się podobalo STO LAT odspiewane na dziedzińcu przepięknego dworku, w temperaturze minus trzystu siedemdziesięciu trzech stopni, z towarzyszeniem instrumentalnych podzwaniających o kieliszki z lodowatym szampanem zębów. Wyszło prawie jak JINGLE BELLS.

(A ja głupia naiwna szukałam SUKIENKI na wesele, zamiast szukac FUTRA Z NIEDŹWIEDZIA i na pewno znalazłabym dużo taniej i po przecenie i może wtedy bym tak nie zesztywniała w kościółku ślicznym XVIII wiecznym POKRYTYM SZRONEM I SOPLAMI).

I mam taki postulat – skoro „Kwiecień plecień bo przeplata trochę zimy trochę lata” (i akurat było w sobotę te TROCHĘ ZIMY, a nawet całkiem sporo, dużo więcej niż np. w STYCZNIU), to żeby był „MAJ – wszystko jedno co, ale MA BYĆ CIEPŁO DO CHOLERY”.

No więc w trakcie wesela skupiłam się głownie na NIEZAMARZANIU.

Chrzciny zdominowały tematy budowlane, toteż siedziałam sobie obok męża mojego, który perorował o typach keramzytu, kuzyn z naprzeciwka narzekał na niedbalstwo robotników, którzy nie szanują kielni, i sączyłam wytrawne martini (wstrząśnięte, nie mieszane). Gdzieś w tle kobiety nosiły po kolei na rękach świeżo ochrzczone dziecię – z racji spożytego martini jakoś się to tego nie garnęłam (bo co bym powiedziała? „Ups! Wyślizgnął mi się, ahahah”). Spokojnie i nieśpiesznie jadłam sobie śledzia, piłam martini i troche współczułam chłopakom z orkiestry w składzie 2 młodzieńców i 1 syntezator, którzy dwoili się, troili, namawiali wszystkich NO TO DO KÓŁECZKAAAAAA! – a wszyscy ich oczywiście olewali, oprócz dziewczyneczek sześciolatek tancereczek hulających po parkiecie (w ich wieku to ja siedziałam w fotelu i czytałam książki, a nie merdałam dupą na rodzinnych imprezach, ale widać czasy już nie te).

W ogóle mam w pracy straszne kongo i milion rzeczy do zrobienia, a ja przecież żyje już tylko długim weekendem! Nie mogę się doczekać i moje dresy, zakupione na tę okazje, też.

O WINDACH, TELEFONACH, PENISIE PIŁKARZA I ZAMKU KRZYZACKIM

Weszłam dzis na trzecie od rana, bo ja teraz po przeprowadzce robie na trzecim i normalnie co rano wchodzę schodami! Na to trzecie. Taka jestem fit i sportydż! I tylko niewielkie znaczenie ma fakt iż, cytuję, „Paaaani, z tymi windami to nigdy nic nie wiadomo, one sa takie SZALONE, nigdy człowiek nie wie na którym piętrze się zatrzyma albo czy w ogóle się zatrzyma”. Kropka i koniec cytatu. Toteż chodze nogami, tak? (takie szalooooone windy z rozwianym włosem i w błękitnych sukienkach z falbankami).

Aha, i jeszcze od rana trzy razy zadzwoniłam do Hanny dupą.
Jestem mistrzem świata w dzwonieniu do ludzi dupą.
W sensie, mam telefon w torebce, kiedy siadam, kłade ja obok siebie i czasem nieco przysiadam. I WYKONUJĘ DUPA TELEFONY.
Nie pytajcie jak. Zawsze mam zablokowana klawiaturę. ZAWSZE. A i tak kiedys wysłałam dupą jakies 99 SMS-ów z mojej służbowej Nokii (NA SZCZĘŚCIE NIE do głównego prezesa).

(“Tymczasem rzecznik pary wydał oświadczenie a propos nagich zdjęć Davida, które pojawiły się w internecie. Otóż to nie jest penis piłkarza”)

Ostatnie dwa dni spędziłam w zamku krzyżackim w Rynie.
Jest cudownie przepiękny, a dziedziniec to w ogóle powalił mnie na kolana, az musiałam zejść do winiarni (w piwnicy ze sklepieniami gotyckimi, skórzane sofy) i odreagowac ten zachwyt w kilku lampkach czerwonego wina. Piekny hotel, bardzo konsekwentnie stylowy, a żarcie takie, że można pęknąć jak pan Kreozot.

(W tej winiarni, oprócz wina, to z fajnymi koleżankami zbiorowo rąbałyśmy dupę jednej niefajnej koleżance, co samo w sobie jest bardzo fajne, a w takich pieknych okolicznościach piwnicy to w ogóle odlot).

Jedno jest w tym zamku trochę słabe dla takich ludzi jak ja – otóż, można zabłądzić. Chciałam zanieść płaszcz do pokoju i szukałam przejścia do naszego skrzydła hotelowego i kiedy po raz dwunasty wróciłam w to samo miejsce na dziedzińcu, to wreszcie jedna koleżanka się zlitowała i mnie zaprowadziła za rękę.

A na sali konferencyjnej jest STUDNIA W PODŁODZE – tylko przykryta szkłem. Bardzo fajne uczucie, kiedy się na tym szkle stanie.

No i tak.

W sobote mam wesele, a w niedziele chrzciny (na które musimy pojechać, nawet skacowani jak psy, bo się ciocia obrazi). Miałam kilka ponurych chwil, kiedy to szukałam sukienki na wesele – albo rozmiary zaczynały się od 44, albo wyglądałam w nich jak kadra sprzatająca z połowy XIX stulecia (i bynajmniej nie chodzi o francuskie pokojówki, nienienie – raczej cos w rodzaju Mary Reily szorującej kamienne schody ryżowa szczotką). W pewnym momencie chciałam siąść na ławeczce i gorzko zapłakać, ale podniosłam czoło do góry i wmaszerowałam do Simple. Po prostu. A kij tam, że drogo. Przynajmniej będę wyglądać jak człowiek. No.

TYLKO ZE OCZYWIŚCIE NIE ZDĄŻYŁAM IŚC DO FRYZJERA.
Więc będę wyglądac jak Kuzyn Coś z Rodziny Adamsów, ubrany w bardzo ładna sukienkę.

WEEKEND POD ZNAKIEM SANDRY W EGIPCIE I KLAPKI KUBICY

W sobote doszłam do wniosku, że kocham moja pralkę.
Zrobiłam bowiem porządek w ciuchach, czego efektem była góra swetrów, które należałoby uprac po zimie i upchnąć z tyłu w szafkach.
Na mysl że miałabym je wszystkie prać własnoręcznie w perwolu, nastepnie płukac i delikatnie wyciskac, zrobiło mi sie słabo. Przeżegnałam się i wwaliłam je wszystkie do pralki.
Po namysle dodałam jeszcze brązowy szal z Solara oraz (wiem, przegięłam!) różowe kudłate japonki EMU.

Bardzo kocham moja pralkę, wszystko mi ślicznie uprała, nie zmechaciła, nie zaciągnęła, żadnego swetra więcej w życiu nie upiorę ręcznie.

Ponadto spędziliśmy upiorną sobote ze Szczypawka i jej gumowym prosiaczkiem.
Szczypawka nauczyła się tresować ludzi. Swojego prosiaczka wrzuca w rózne niedostępne dla niej dziury, następnie przyprowadza sobie człowieka i obserwuje z zainteresowaniem, jak człowiek się wczołguje pod meble, kładzie na podłodze i grzebie w pajęczynach. Bardzo jej się to podoba.

Nam tez się podobało – pierwsze 30 razy.
Później już nie.

Dialog z pieskiem wyglądał mniej więcej tak:
– Co, Szczypa? Znowu schowałas prosiaczka? Gdzie jest prosiaczek?
(TUTAJ)
– Gdzie piesek schował prosiaczka?
(TUTAJ, TUTAJ)
– Jaki mądry piesek, tak ślicznie schował!…
(OJ NIE CHRZAŃ tylko mi wyjmij prosiaczka!)

Następnie mój ojciec wymyślił Świnię z Ograniczonym Zasięgiem.
Obwiązał świnię sznurkiem w talii i przywiązał do żeliwnej ławeczki.
To bardzo paskudne, ale pokładaliśmy się ze śmiechu na widok ZDUMIENIA Szczypawki, że prosiak idzie z nią TYLKO DOTĄD, a dalej już nie. No owszem, mieliśmy chwilę spokoju, jak Szczypawka rozgryzała system, ale później tak się zaparła, że zaczęła szurac po tarasie ŻELIWNĄ ŁAWECZKĄ, która jest taka ciężka, że JA jej nie mogę poradzić, a ona – wielkości dwóch świnek morskich – owszem.

I było tak pieknie i słonecznie, kiedy siedziałam sobie na tarasie na miękkim leżaczku, i czytałam „Hannibala”.