O WROCŁAWIU, WINACH I SNACH

(Mój piec jest kobietą. It’s official. Zainkasował parę stówek na nowe akcesoria i działa jak ta lala).

A ja byłam we Wrocławiu! Ale już wróciłam, Haniu.
Bo to biznestrip mojego męża był.
Pięeeeeeeeekny ten Wrocław. Zimny, ale piękny.

W piątek rano, kiedy N. się spotykał (i potykał), ja sobie obejrzałam zaprzysiężenie rządu (na przemian z telezakupami i O MAŁY FIGIEL nie zakupiłam mopa H2O. No naprawdę! USUNĄŁ WOSK Z DYWANU!…). Jaki ten Donald jest ładny! Powinni robić lalki PREMIER – ja bym moją ubrała w sprane dżinsy i czesała cały dzien, jak kucyka Pony.

W ogole nie zauważyłam, ze w czwartek było swięto bożole nuwo i prawie nie można było znaleźć miejsca w knajpach, bo wszyscy na to bożole. Albo w tym roku jest wyjątkowo okropne (straszny kwas), albo mi się podniebienie wydelikaciło na stare lata.

Choć i tak najpiękniej z całego pobytu zapisało nam się WINO GRUZIŃSKIE, które zaproponowano nam w restauracji POD JELENIEM. Było dość smaczne, A NASTĘPNEGO DNIA TAK NAS BOLAŁY ŁBY, ale to TAK, że ja nie wiem, jak ten N. był w stanie prowadzić rozmowę. Przeszło mi dopiero grubo po południu. Taką ma moc gruzińskie wino!…

Czy tych odcinków Salad Fingera to jest tylko 8 i nie ma więcej?…
Może to i dobrze, bo uwaga, co mi się dziś sniło:

Byłam w więzieniu.
W dwuosobowej celi.
I chciałam z niego uciec.
Więc zabiłam moją współlokatorkę (proste, nie?)
I zgłosiłam, że ona nie zyje i niech ją ktos zabierze.

I przyszedł taki facet. Ubrany w kombinezon jak z EPIDEMII – z hełmem i taka maską do oddychania – i wielkim plecakiem, do którego spakował zwłoki.

Następnie ogłuszyłam go, zdarłam z niego kombinezon, sama się wen przebrałam (był ciężki i trudno się oddychało), założyłam na plecy plecak ze zwłokami i wyszłam z więzienia. Nikt mnie nie zatrzymał, no bo byłam w hełmie.

No to jest więcej odcinków Salad Fingera, czy nie?…

PS. A wczoraj dostaliśmy emalie od Szwagra: Stefan się znalazł!…

Z ŻYCIA SNOBKI

Będąc, jako się wielokrotnie rzekło (w komentarzach), snobką, wysiadł mi piec w nocy.

ZNIENACKA.

One tak lubią. Zapytajcie Hanki.

Tak niby nic, nanananana, ja tu stoje, nie przejmujcie się, pracuję, mam świezy olej… i nagle FAJT!

Nie działa.

I udaje, że w ogóle nie wie, o co nam chodzi, kiedy włączamy i wyłaczamy wszystkie jego przyciski po kolei, resetujemy go, kopiemy i obrzucamy plugawymi słowy.

Jak nic doszedł do wniosku że ON JUŻ NIE JEST PIECEM! JEST KWIATEM LOTOSU! Przeszedł PRZEMIANĘ DUCHOWĄ i wyemigrował wewnętrznie! Poza tym, on tak naprawdę nigdy nie chciał być piecem… Został piecem, bo matka mu powiedziała, że to pewna posada i nie zabraknie mu oleju… A on zawsze chciał być np. rzeźbą Abakanowicz albo nie wiem… przęsłem mostu nad przepaścią… Juz jako ruda był romantyczny, a jego spust surówki z pieca miał najpiękniejsze kolory…

O czym to ja?…

Aha. Ze stygnę.
No stygnę. Ciepło mi się ulatnia z chałupy powolutku… Gdyby to był film katastroficzny, to tu właśnie następowałyby zbliżenia na zegar, na wskaźnik temperatury i na bohaterkę dramatu, spowitą w coraz to więcej warstw odziezy.

WIĘC
PODJĘŁAM DECYZJĘ.

JEDZIEMY DO WROCŁAWIA!
Tam musi byc jakas cywilizacja!…

PS. Przyszedł mój ojciec… Ma w ręku długi metalowy drąg… KŁI KŁI KŁI… CZŁOWIEK KONTRA PIEC! Kogo obstawiamy?…

PSPS. Panienka Cloudy (właściwie to juz mężatka) mnie zainfekowała tą oto pioseneczką, od której od wczoraj nie mogę się odczepić i koniec. Z piosenek Reginy wychodzi na prowadzenie, przed dotychczasowym faworytem, Better.

A TY NIE PODCHODZISZ I MIIIIJAM CIĘĘĘĘĘĘĘ

Poszłabym po błyszczyk
(poszłabym do karczmy, usiadła w kąciku)
… ale przeciez nie w tych okolicznościach!
Pada coś pośredniego pomiędzy śniegiem, deszczem a opadem atomowym
(pół – człowiek, pół – nedźwiedź i pół – świnia).

Pogoda, że psa by z domu nie wygonił (z czego mój pies skrupulatnie korzysta. Ostatnio skorzystała na babci dywanie i została obłożona anatemą, ale niekonsekwentnie, bo już następnego dnia babcia ją pasła kurczaczkiem z rosołku).

A w akwarium w Gdyni najbardziej podobał mi się ten oto koleś – węgorz ogrodowy.

Idę sobie zrobić kawkę, bo musze skończyc bardzo piękny kryminał od Hanki – “Artysta zbrodni” (autor kryminału jest jednocześnie mężczyzną i kobietą). Świetny jest, ma w odpowiednich proporcjach makabrę, voodoo, techniki śledcze, opisy zwłok – no w sam raz na taki dzień, jak dziś!

SKUPIĘ SIĘ NA OPRAWIE ARTYSTYCZNEJ POBYTU

(Wczoraj w Orłowie kąpał się w morzu facet. Pływał w wodzie po prostu. Trzeźwy, przytomny, mówił po polsku, mało tego – zachęcał do przyłączenia się do niego. Uciekliśmy czym prędzej, oczywiście).

Pozwole sobie pominąć mężczyzn i ryby, OK.?
Znaczącym milczeniem.

W kategorii HORRORY zwycięża „Pokój 1408”. Nawiedzony dom i dzieci, które widzą sinego chłopczyka, a nikt im nie wierzy, TO JEST MAŁE MIKI, w porównaniu (choć się darłam, oczywiście). Może dlatego, że lubie to opowiadanie Kinga, a może – bo sama często mam sny z taką lepką rzeczywistością i kilkakrotnym budzeniem się we śnie ze snu i w ogóle TO JEST PRZERAŻAJĄCY FILM. Dobrze, że oglądałyśmy go w świetle dziennym.

Dobrze, że oglądałyśmy Kingę Rusin w świetle dziennym as well. Gdybym ją zobaczyła w nocy, w lateksowym gorseciku, tiulowej niebieskiej spódniczce baletniczki oraz czarnych getrach, obciągających łydke rozmiar XXL, też bym się darła. Ktos jeszcze się dziwi, że mąż ją zostawił?…

Oraz absolutnie cudowny cytat z programu, który Pani Kinga prowadziła: „Nie musze mieć wyrzutów sumienia, że moja partnerka jest poobijana – zawsze mogę ją przeprosić” – czy nie piekne i głębokie?… „Nie musze mieć wyrzutów sumienia, że podbiłem mojej starej oko i wybiłem ząb – zawsze mogę ja przeprosić”.

Chłopaki z South Park palili jakis naprawdę interesujący towar, kręcąc serię 11. Trylogia o ataku terrorystów na wyobraźnię – bezcenna (i bezecna).

Bardzo miłe są także programy na Club Zone. Na przykład – program o jednej bardzo, bardzo tłustej pani, którą uczą gotować, żeby kontrolowała to, co je. Pani przygotowuje kolację dla przyjaciół (makaron bolognese). W kuchni pani (z tyłkiem wielkości mojej szafy HOPEN z IKEA) robi megaburdel, popada w rozpacz, bo sobie NIE RADZI, wypija cała butelkę wina i gotuje makaron na patelni. Ale po trzech miesiącach nauczyła się gotować (zbliżenie – wielka tłusta baba miesza smażące się na patelni ziemniaki – jak nic zdecydowała się zjeść zdrową PORCJĘ WARZYW).

Kolejny program – o pannach młodych z piekła rodem. Wielkie tłuste szlory wrzeszczą na matki („Nie znasz się na makijażu! Jak się sama umalujesz, nie zrobię sobie z tobą zdjęcia!… TO MÓJ DZIEŃ! NIE TWÓJ!”), na przyjaciółki („Macie na mnie patrzeć! TO MÓJ DZIEŃ! Dlaczego na mnie nie patrzycie?” – „Bo jemy tort, nie możemy jednocześnie jeść tortu i patrzec na ciebie” – „TO ODŁÓŻCIE TORT!!!!”), na narzeczonego, na jego kumpli… Piękne.

Skąd oni biorą tych ludzi?…

Oraz na deser – Grind House.

Quentin jak Quentin. Ładna i przyjemna historyjka o tym, jak zły mężczyzna uznaje niestosowaność swojego postępowania – co mu w niczym nie pomaga, bo laski, które wymierzają sprawiedliwość, są już na maksa podkurwione i kompromis nie wchodzi w grę. Wyraźnie wyeksponowany fetysz stóp naszego Quentina (chwilami jest okrutny dla tych lasek – no zatańczcie erotyczny taniec w japonkach, jak Motylek!) oraz jego miłośc do kobiet dobrze zbudowanych (i dzięki Bogu).

(Oraz, Bezo, nie sądzę, że koleżanka tych trzech jest gwałcona na farmie – ja mysle, że oni po prostu rozmawiają przy mrożonej herbacie, ona mu opowiada o życiu w świecie mody, trendach w makijażu, a on jej o motoryzacji. NATOMIAST NIE RĘCZĘ za to, co się stało, kiedy laski przyprowadziły mu samochód po jeździe próbnej).

Jeśli natomiast chodzi o Roberta Rodrigueza…
Weźmy towar, który palą chłopaki od South Parku, I POMNÓŻMY GO PRZEZ DZIESIĘĆ TYSIĘCY.
Nie, nie obejrzałam Planet Terror do końca (wymiękłam, kiedy przywieźli do szpitala Fergie z wyjedzonym mózgiem, a pan, który miał mieć amputowaną rękę, przejął inicjatywę i pokroił chirurga na plastry).

Ale obejrzę.

Ale w środku dnia i licznym towarzystwie.

I raczej nie na trzeźwo.

TAK TO BOWIEM BYWA

Na bezrobociu okazuje się – czasem jest dośc chaotycznie i strasznie się nabiegać trzeba.

No nic, no nic. Najważniejsze, że fundują człowiekowi profesjonalny makijaż.

A jutro jedziemy do Haniuty na późnojesienna edycję Kaszanka Jamboree 2007 (oraz Horror Jamboree, jesli tylko chłopaki nas dopuszczą do odbiorników, bo chyba szykuja jakis własny festiwal ku czcki Jackie Chana. Co mnie trochę przeraża).

A moj mąz ma kolejne hobby…

KŁI KŁI KŁI KŁI KŁI!!!!!!!

…kupił w IKEA kamienny moździeż!!!!!!!!!!!!!!

I teraz wieczorami uciera przyprawy i zsypuje je do puszki.
(chyba ogłosze konkurs CO MU Z TEGO WYJDZIE, albowiem tłucze WSZYSTKO. Oraz wymysla maksymy. ZIARNO POWINNO BYC HOMOGENICZNE, wtedy sie najlepiej utłucze. Ooo matko).

Oraz zapowiedział, iz ZAOPATRZY NAS W MIĘSO NA ZIMĘ.

Chyba trochę ucieknę z domu na zimę.

Lub będe mieszkać pod jednym dachem z pekeflejszem.

(Albowiem analizuje przepisy z KUCHARZA WARSZAWSKIEGO, edycja z roku 1917, i zagaja “CZY TY COS ROZUMEISZ Z TEGO PRZEPISU?”…)

OK. OK
PRZESASZAM!!!!!!!!!
WYSIADŁ NAM PIEC więc mój mąz go naprawił.
Tak O po prostu.

Może jestem niesprawiedliwa i niesłusznie sie boję tego mięsa na zimę.

NO NIC.
Na razie się pojedzie do Gdynie, a mięso…

Pomyslę o tym jutro.

DOSYC JUZ O PATROSZENIU

Uspokojcie mi sie z tymi turpizmami, no!

Mam dylemat. Kupilam sobie wczoraj peeling cukrowy (Lilly zaraz zejdzie na zawał).

CZY PEELING CUKROWY powinien wyglądac jak MYSLĄCA GALARETA?
Przysięgam, że on ŁYPIE NA MNIE OKIEM z tego słoika, wygląda żywo i inteligentnie i jakos tak się dziwnie porusza, JAKBY ODDYCHAŁ.
Czy to tak ma byc?????

A w bonusie: OBCY W SKALI – coutresy of Bartosz Węglarczyk Blog.

KRYSZTAŁKOWO

Po zaliczeniu chaosu budowlanego na polskich cmentarzach (księża, miast wdawac się w politykę, powinni się zając planowaniem przestrzennym nadzorowanych nieruchomości – aby się dostac do jednej babci N., musieliśmy przeciskac się pomiędzy i przelazić górą nad grobami innych parafian, my jak my, ale ciotki, starsze panie w uroczystych paltach i kapelutach?… Natomiast Olejniczaków grób bardzo pięknie utrzymany, mnóstwo świeczek i kwiatów), pojechaliśmy kupować żyrandole.

Od początku wiadomym było, że albo kryształki, albo nic.
Mam straszliwą jazdę na kryształki.

Do przedpokoików poszło szybko, został się salon.
Nic nam się nie podobało do salonu z dostępnych kryształków.
O mało w akcie rozpaczy nie nabyliśmy kryształowego żyrandola typu TITANIC (kropka w kropke takie wisiały na Titanicu. Dostępne we wszystkich marketach budowlanych, w różnych rozmiarach). Ale do Titanica musiałabym wywalić Ikeowskie sofy, kupic rokoko, pluszowe zasłony ze sznurem i chodzić w krynolinie jak dzień długi. Jakoś nie uśmiecha mi się robienie śledzia na kolację spowitej w krynolinę, zatem daliśmy szanse jeszcze jednemu salonowi z oświetleniem.

Przysięgam, że w życiu byśmy tam nie pojechali, gdyby nie to, że w tym samym budynku mieścił się skład ze skuterami ROMET (z którego musiałam wyprowadzić mojego męża za ucho).

I – jak to z miłościa bywa – ledwo rzuciliśmy okiem na pewien żyrandol, a już za chwile wlekliśmy go do kasy.

Takie niby gałązki, powyginane, posplatane, zakończone żaróweczkami, a tu i ówdzie zwisają przezroczyste kryształki oraz bursztynowe i zielone listki.

– No! – oznajmił mój tatus – To już choinki nie musicie ubierać!

Guzik się zna na kryształkach, tyle powiem.

Kiedy się go zapala, to prawie słyszę melodie wygrywaną na soplach lodu albo na szklanych cymbałkach, a po całym suficie ganiają tęczowe, zielone i bursztynowe zajączki.

(A jedna ciocia koniecznie zapraszała nas do siebie na obiad. Miała swieżą CZERNINĘ. Może jestem jakaś dziwna, bo przecież surowe mięso jadam z ukontentowaniem, ale trochę mi się zrobiło słabo. Ręka do góry – kto by wrąbał czerninę, jak gdyby nigdy nic?…)

O TYM DOKAD ZMIERZA MOJA EWOLUCJA

Zagadka: co zjadłam wczoraj na kolację?
Podpowiedź: z keczupem i majonezem.

(Hanka: KAWIOR?)

Ja chyba mam jednak raka mózgu (albo pospolitego pierdolca). Rog mówi, ze to bardzo prawdopodobne, bo raka mózgu się dostaje od tłuszczu (a pierdolca?). Tym razem jednakowoz popiłam gazowanym i nie męczyło mnie aż tak. Co nie znaczy, że duchy o trzeciej nie przyszły. Przyszły, i owszem.

Ech.

A może to jest tak, że EWOLUCJA CZŁOWIEKA KOŃCZY SIĘ DŻABĄ i ja wlasnie w kierunku tej Dżaby zmierzam dośc raźno (od rana tosty z masłem, chyba 600).

Ale co to ja miałam.

Miałam rozważac na temat tzw. garderoby w kapsułce.

Od czasu do czasu jest taki artykuł w jakims pismie, dla kobiet co pracuja i / lub często wyjeżdżają służbowo. Że normalnie kupisz sobie jedna bluzke, jedne spodnie, jedna spodnice i jedne korale i hajda! Te cztery rzeczy zastępują ci cała szafę kreacji na wszystkie możliwe okazje. Na dzien, na noc, na bal, na dyskotekę, na randkę, na dożynki, na imieniny cioci, na debate publiczna. Tylko trzeba je umieć ze sobą umiejętnie zestawiać. Spodnie z bluzka – do pracy. Spodnica z koralami – na randke, spodnie ze spodnicą – na fashion week. Bluzka i korale – na basen. I tak dalej.

I ja tego w życiu nie zrozumiem, droga redakcjo.
Ba.
Mam szczególny, niepowtarzalny dar.
Najczęściej jak sobie coś kupię, to po przyjsciu do domu okazuje się, ze KOMPLETNIE NIC Z RZECZY KTÓRE MIAŁAM MI DO TEGO NIE PASUJE.

Od jakiegos czasu sie wycwaniłam i kupuje wszystko CZARNE.
Co ma także i tę zaletę, że WYSZCZUPLA.

DO CZASU.
Bo czyz Dżabe DA SIĘ WYSZCZUPLIĆ?

Naprawdę niedługo ten problem zniknie całkowicie, kupie sobie namiot i zrobię sobie z niego pelerynę, nie tylko ładną, ale i praktyczną, bo nieprzemakalną i odporną na zabrudzenia, mój mąż będzie ze mnie dumny, bo on lubi tkaniny techniczne, a ja…
No coż. Będę Dzabą.

WCALE NIE AUGUSTOWSKIE NOCE

Czuję się jak ostatni flak.
Nie spalam prawie cała noc z uwagi na a) nieobecność N., b) duchy, c) frytki.

N. wyjechal na dwudniowa konferencję mając szczytny cel spektakularnie się nie ukłonić jednemu kutasowi. I ja popieram te inicjatywę, tylko ze zostalam sama w domu.

Ja to jestem bohaterka z tymi kryminałami, trupami, duchami i małymi bladymi dziewczynkami które umarły 50 lat temu i przychodza pokazac miejsce swojego pochówku, ale TYLKO POD WARUNKIEM ZE NIE MUSZE SPAĆ SAMA.

Trupy tylko teoretycznie i w towarzystwie, że tak powiem.

W dodatku mam chora babcię.
Na jakas niewydolność nerki plus scisła dieta.
No to przywlokłam babci jakieś jedzenie w słoiczkach dla niemowląt, nanannanana, przecierki, szpinaczki, siemię lniane.
Po czym wchodze do babci, a babcia mi, że umiera.

AAAAAAAAAAAAAAAAAAA!…
BABCIA NIE WYGŁUPIAJ SIĘ.
TYLKO RAZEM Z WNUCZKĄ!!!!!!!!!!

Na co babcia, że jak już umiera, to jeszcze przed śmiercią by poszła do toalety.
Gdzie, że tak powiem, dała świadectwo prawdzie, a umieranie odłożyła na pozniej.

Otoz pod moja nieobecność odwiedzila babcię kolezanka, która nakarmiła ja smazonym karpiem, smazonymi ziemniakami i buraczkami z zasmazką, NO BO PRZECIEZ BABCIA MUSI NABRAC SIL I WROCIC DO ZDROWIA.

Jak ją dorwę, to rozerwę na paski.

Niemniej po akcji KARP wróciłam do mojego pustego domu, zdołowałam wszystkie książki o duchach, wyciągnęłam literature dziewczęcą („Słoneczniki” i „Paladyni” – wzruszające opisy rzeczywistosci powojennej dla przyzwoitych panien), nałykałam się Valerinu oraz na pocieszenie usmażyłam wielką porcję frytek i je pożarłam.

PO CZYM UMIERAŁAM CAŁĄ NOC, FENK JU GUD NAJT.

Nie wiem co gorsze – duchy czy frytki. I co mi bardziej wysiadło – serce czy wątroba.
Lecę się przejrzeć, czy nie osiwiałam.