CZĘŚCIOWE ZACHMURZENIE PRZECHODZĄCE W ULEWY

 

Po prostu – ŚWIETNIE. Miała być romantyczna wyprawa do Paryża, a jest „O Jezu kochanie WIDZIAŁAS PROGNOZĘ pogody? Ulewy! Jak myślisz, zmokniemy mniej czy bardziej niż w Galicji?”. Doprawdy jeszcze o tym nie myślałam, albowiem staram się a) ekonomicznie nas spakować, mając na uwadze, iż b) jeden wieczór to elegancka kolacja i należałoby wyglądać jak człowiek rozumny wyprostowany. Czyli raczej odpadają traperki. Trzeba przetrząsnąć Eleganckie Zimowe Buty Departament (eleganckie kalosze do bioder?…).

 

Dla uwieńczenia dzieła – czy zatkała się rura odpływowa w łazience na dole?…

Nie, kurwa, w ogóle się nie zatkała.

Mówię wam… Ludzie bez kanalizacji… i bez pieców CO… żyją dłużej.

PŁEĆ PRZEGRZEBKA

 

Dobra, spójrzmy prawdzie w oczy.

To NIE PRZECHODZI. Nigdy. Przybysze z obcej planety („Wojna światów”) dowiedzieli się, co to są zarazki i postanowili je wykorzystać przeciwko ludziom. Jesteśmy świadkami ostatnich dni ludzkości, wspomnicie moje słowa.

 

Moje zarazki mają się świetnie i nie zamierzają mnie zostawić samej. A tyle się mówi o niewierności w dzisiejszych skomplikowanych czasach. Może to jakaś nowa mutacja. „Wierna grypa”. Po grób.

 

Uprałam ręczniki i one mi teraz jakoś dziwnie pachną. Albo mam zaatakowany płat czołowy i halucynacje węchowe – ogląda się tego House’a. Czy ja już wspominałam, że dzięki „Chirurgom” umiem wykonać trepanację czaszki domowym sposobem?… Wiem, gdzie się wwiercić, kiedy przestać i którą źrenicę zbadać.

 

Może ta grypa to wcale nie grypa, tylko lupus?… Idę sobie zrobić punkcję lędźwiową widelcem do pieczeni.


 

… I PLECY MNIE BOLĄ, I NIC MI SIĘ NIE CHCE, I…

 

Niech mi tu ktoś zaraz przysięgnie, że TO KIEDYS MINIE. Że przestane witać poranek radosną serią kaszlu oraz wysmarkiwać raz po raz całe opakowanie chusteczek.

 

Pomiędzy kaszlem i smarkaniem zrobiłam przegrzebki w sosie cebulowym (przypaliłam) oraz udało mi się przekonać małżonka, ze to takie jedno w naszym karmniku to był grubodziób, a nie dzierzba. I w zasadzie tyle osiągnięć. Aaa, jeszcze – oba psy miały sraczkę, ale to nie moja zasługa. Wśród podejrzanych znajdują się babcia i mój ojciec. Oczywiście, żadne z nich się nie przyznaje, ze kiedykolwiek dało cokolwiek do jedzenia jakiemukolwiek psu. EVER.

 

Jak potrząsnę głową, to mi w niej chlupie. To chyba nie za dobrze?…

 

AFIRMACJE? POWIEM WAM, CO MYSLE O AFIRMACJACH

 

Pięknie!… To ja się tu oszukuje, że ZDROWIEJĘ, nana nananana, że mi coraz lepiej, już mnie nie łamie w gnatach, nie trzęsie… Po czym wchodzę na gmaila i pierwszy link sponsorowany brzmi: „POGRZEBY – CAŁODOBOWA EKSPORTACJA Z MIESZKAŃ, SPOPIELENIE ZWŁOK”.

 

No to mnie pocieszyli.

 

Miałam przeczytać horoskop, ale nie wiem, czy w takiej sytuacji warto.

 

Następne w kolejności linki to „Depresje trzeba leczyć” oraz „Sposób na stres u twojego psa”.

 

Oraz – „Najpiękniejsze biusty! Dziewczyny chcą, byś je ocenił! Odnajdź swój ideał piękna!”.

Tjaaaaaaaa.

 

Ewka ma rację. Te wszystkie afirmacje to o kant potłuc.

 

Najlepsze by były wiecie co?… Takie maskotki „PLUSZAKI – ROZDZIERAKI”. Specjalnie uszyte dla kobiet z PMS-em, żeby można było takiej maskotce w odpowiedniej chwili urwać kończyny i łeb. Które by były przyczepione na mocne rzepy (aby maskotka mogła być wielorazowa). Następnie można by jej rozpruć BRZUCH (też na rzepa) i wywlekać metry jelitek. Uszytych z czerwonej wstążki.

 

Do nabycia w sklepach zoologicznych, w dziale „DZIKIE ZWIERZĘTA”. Albo jeszcze lepiej – „DZIKIE I WSCIEKŁE ZWIERZĘTA”.

 

Nieeeeeeee, w ogóle nie mam doła, co wy.

 

GLOWA MNIE BOLI I NIE WIDZE LITEREK

Flamenco na Plaza Mayor:

Słaba jest?…

Cuenca wieczorem – widok z mojej ulubionej kładki:

A tu się robi sidra:

Te biedactwa zostały zjedzone…

A to twórczośc niejakiego Botero. Lubi grube baby. To znaczy, nie wiem, czy lubi, ale je rzeźbi. Sporo ich wszędzie. Ta na przykład byla w La Coruna:

Nie mogłam sobie odmówić sfotografowania się na tle Pomnika Grubej Dupy w Oviedo. To tez Botero.

I, jak mówiły Szadoki, to by było na tyle.

THE RAIN IN SPAIN STAYS MAINLY IN THE PLAIN

 

No to sobie pojechałam. I wróciłam – z grypą hiszpanką, oraz wrąbaliśmy się w SAMO CENTRUM ŚRODKA huraganów i katastrof żywiołowych. A co będziemy sobie żałować!…

 

Ale po kolei. Na początku był Madryt – czyli jedzenie na stojąco.

 

Jakiś czas temu uczyłam Zebrę, jak znaleźć dobrą knajpę w Hiszpanii. Trzeba otóż poszukać miejsca, w którym kłębi się tłum lokalesów (najlepiej w ubraniach roboczych) oraz gdzie przy barze na podłodze leży największa kupa śmieci. Tym prostym sposobem trafiliśmy do baru „La Casa Del Abuelo“.

 

W pomieszczeniu wielkości średniego pokoju serwuje się krewetki i napoje – i nic więcej. Można zjeść przy barze albo polować na stolik – maleńki marmurowy blacik osadzony na wbitym w podłogę słupku. Miejsca siedzącego nie ma ani jednego. Barmanka nalewa napoje, kelnerka krąży w tłumie i wykrzykuje zamówienia, a starszy facet przyrządza je w kąciku. Tylko krewetki. Za to jakie!… Chrupiące banderilas na patykach, krokiety, a la plancha, ajillo i gabardina.  Tłum się tam kłębi bez przerwy, a mimo to na jedzenie czeka się do 10 minut – tyle, ile potrzeba na usmażenie krewetek. W życiu nie jadłam lepszych.

 

W knajpie galicyjskiej (też na stojąco przy barze) dali mi (jako dodatek do kieliszka wina, zaznaczam) rosół, czyli caldo. Powąchałam ten rosół i to był błąd. Nie wąchać caldo! Wypić! Smak ma zaskakująco dobry (a lekko zalatuje, bo to rosół wieprzowy jest).

 

No I taki ten Madryt był, popity dużą ilością wina z tapas i obstawiony kolorowymi krowami. Sobota była tak ciepła, że siedzieliśmy w kawiarni na Plaza Mayor, na zewnątrz, a jedna chuda jak wykałaczka dziewczyna tańczyła flamenco. Pięknie tańczyła i powiewała kiecką oraz permanentnie jej się rozlatywała fryzura, w którą miała powtykane sztuczne róże. Przy szczególnie ekspresyjnych obrotach siała te róże na prawo i lewo. A później po występie całowała się z gitarzystą. Ech.

 

Po Madrycie pojechaliśmy obejrzeć miejscowość Cuenca. To takie średniowieczne miasteczko przyklejone do skały, a nawet trochę z niej zwisające. Tyle, że hotel mieliśmy u podnóża, i na kolację i zwiedzanie trzeba było WEJŚĆ. NOGAMI. POD GÓRĘ. Halo?… Czy ktoś to ze mną konsultował?… Szłam z tyłu wycieczki jak ponury Kłapouchy, dyszałam I miotałam obelgi na budowniczych miast średniowiecznych. Na szczycie kazali mi na dodatek wejść na kładkę przerzuconą nad wąwozem – kładka wygląda zupełnie jak dźwig, po którym popyla boski Craig na początku „Casino Royale“. I wisi nad przepaścią. No – nie spodziewałam się, ze mam AŹ TAKI lęk wysokości. W dodatku to całe ustrojstwo się buja i sprężynuje, a N. hasał po niej z aparatem jak sarenka. Co użyłam, to moje.

 

Na kolację piłam wino na przemian z coca-colą, czyli prawie „zupę zmęczonego konia“, jak mi powiedziano (sopa de cavallo cansado: wino, cukier i kromka chleba). Natomiast niestety przerosło mnie skosztowanie tamtejszego przysmaku, jakim są flaki wołowe, nawijane na patyki od winogron i smażone w głębokim tłuszczu. Caldo – tak, smażony flak – nie. Trudno. Za to mają tam coś o nazwie pisto – duszone warzywa w oliwie, bardzo dobre. No chyba, że jednak ktoś woli te flaki. Proszę się nie krępować.

 

No a później już była Asturia i Galicja.

 

Asturia przepiękna. Ośnieżone góry i morze w odległości 20 kilometrów. No i sidra. Dlaczego u nas nie robi się tego piwa z jabłek? Wypiłam potworne ilości sidry, jakoś nie chciała mi się znudzić.

 

W Galicji padał deszcz. Jak tam potrafi wspaniale padać deszcz, to naprawdę. DESZCZ PADA DO GÓRY oraz horyzontalnie. Parasole sobie można – wiadomo, co. Dwa dni w tym cholernym deszczu wystarczyły do wyhodowania przepięknego, malowniczego kataru, cudem nie zatrzymali mnie wczoraj na lotnisku celem odbycia kwarantanny, bo wyglądam jak czerwonooki upiór.

 

Oczywiście, trafiliśmy w sam środek szalejących huraganów. W portowych miasteczkach, które zwiedzaliśmy, fale miały po kilka pięter, a ja znalazłam na parkingu, dobre kilkadziesiąt metrów od morza, kraba. Żywiutkiego, choć nieco zdezorientowanego. W wieczornych wiadomościach pokazali, jak morze wyrzuca nie tylko kraby, ale i statki oraz kutry, a nawet jedną polską pogłębiarkę. I można je znaleźć na parkingach. Dobrze, że mi się trafił krab, a nie pogłębiarka.

 

Bozia jednak czuwa nad swoimi nienormalnymi owieczkami i nic nam się nie stało, nawet niespecjalnie samoloty się nam poopóźniały (za wyjątkiem Ryan Air – HALO? To ma być przewoźnik?… To jakiś płonący burdel na kółkach, a nie linie lotnicze – nigdy więcej!).

 

No i tak o. Mam potworny katar, rozsadza mi czaszkę. Kocham Hiszpanię, ale galicyjski deszcz mnie pokonał. Raczej będziemy tam jeździć latem.


I to NIEZBYT WCZESNYM. 

O ZUPIE

 

Żona do męża:

– Jesz tą zupę?… Bo jak nie, to doprawię, dodam śmietany i dam psu!…

 

Jedziemy, słuchajcie.

Mam program napięty jak spódnica na tyłku Cuddy.

Przechodzę na dietę galicyjską – czyli, jak już wspominałam, jedzenie często, dużych porcji, samych pyszności, wszystko popijane winem.

 
(Mam nadzieję, ze te dyndasy nie zamkna znowu Barajas, bo spadły 2 cm sniegu i jest minus jeden, czyli ZIMA STULECIA).

DALI KALINOWSKIEMU NIETOPERZA!

 

No więc wczoraj wzruszyłam się do łez, kiedy w Trójce pan ekolog, mega ważny, prezes wszystkich ekologów czy jakoś tak, rozwiązał kwestie bezpieczeństwa energetycznego! Proszę państwa – wystarczy przejść na energooszczędne żarówki! Te energooszczędne żarówki to ma być alternatywa dla ruskiego gazu, polskiego węgla i elektrowni atomowej.

 

Po raz kolejny nie zawiodłam się na ekologach i nie musze zmieniać o nich zdania.

 

Oraz wiecie, niestety OPAKOWANIE SIĘ LICZY. Trudno, przyznam się do tego. Już jestem stara, to co mi szkodzi.

 

Np. mężczyzna musi być opakowany w czyste ubranie. CZYSTE. Na Zebry osiemnastce poprosił mnie do tańca hipis. Był bardzo miły, jednak najpierw go powąchałam, a dopiero później zatańczyłam. Okazał się być czystym hipisem, a Zebra mi to wypomina do dziś („A moja koleżanka z klasy ma dziecko z tym, co go wąchałaś na mojej osiemnastce!”).

 

Po drugie, postanowiłam zostać Wyrafinowanom Sukom i kupiłam sobie kredkę do oka w Ingocie, ze względu na jej śliczne metalowe opakowanie. Ćwiczę malowanie teraz,  jak ja zazdroszczę kobietom, które ODRUCHOWO umieją się umalować, wyssały to z mlekiem matki czy jak?… Ja z mlekiem matki wyssałam teksty piosenek Beatlesów, niestety malowanie – NIE. Ale ćwiczę. Choć cały czas maluje jedno oko bardziej i wyglądam trochę jak pani minister Fotyga.

 

Po trzecie, wczoraj zrobiłam niewielka burdę w monopolowym pt. „natychmiast kup mi te wódkę, albo wstrzymam oddech i umrę!”. Żeby było jasne – ja nie pije wódki (no, chyba że jest mus i / lub oczekiwanie społeczne). Ale jak, NO JAK można przejść obok wódki, kiedy wódka owa WYGLĄDA TAK:


 
  


Boże, chciałabym raz w życiu wyglądać tak pięknie i glamour, jak ta wódka. Mężowi powiedziałam, że MOŻE ja wypić, ale musicie najpierw ZAPYTAĆ, bo to moja wódka. Pierwszy raz w życiu mam SWOJĄ OSOBISTA butelkę wódki i czuję się z nią związana. A nawet jej zazdroszczę ciuchów.

 

A w Kaliszu ścieki zeżarły kolektor. Nie ma żartów, proszę państwa.


PS. Obejrzałam sobie wreszcie tę czeska wystawę – "Entropa ". O tu do ściągnięcia i obejrzenia.  Bardzo mi się podoba. Nie rozumiem, o co tyle krzyku! Chłopaki fajne są 🙂

O FLAMENCO

 

Śniło mi się, że porosłam futrem. Pięknym, miękkim, jedwabistym, o długim włosie. W pasy, jak opos. Białe i jasnoszare.

 

Zapisuję się na flamenco. Kto ze mną?…

 

Obejrzałam sobie „Happy-Go-Lucky”, z góry sądząc, że bardzo zjadę ten film, bo nie lubię pozytywnych idiotek, niestety, niestety, dostałam nim przez łeb i zakochałam się na amen. W zasadzie od pierwszego zdania („Droga do rzeczywistości – hm, nie wybieram się tam”). Na lekcji flamenco się poryczałam, oczywiście. Wniosek z tego, że może są we mnie jeszcze zadatki na człowieka, a nie sama zaschnięta macica.

 

Ale na flamenco bym się zapisała. W końcu od dawna kocham filmy Carlosa Saury, no i zauważyłam w tym flamenco pewną prawidłowość: im starsza kobieta, i grubsza, tym lepiej jej to wychodzi. Młode chude nie mają tej ekspresji. Przed 35-tką w ogóle się nie powinno tańczyć flamenco. Dopiero wtedy kobieta zaczyna pojmować właściwe znaczenie słowa ROZPACZ (codziennie przed lustrem)…

 

W związku z powyższym, jedziemy na tydzień do Hiszpanii, zaczerpnąć u źródeł. No i zobaczyć, co tam maja na rebajas u Cortefiela i Adolfo Domingueza. Może znowu upoluje jakąś śliczną kontrowersyjna turniczkę i zaczniecie plotkować J

 

Zresztą, jak nie turniczka, to co?… niby GDZIE mam chować ten brzuch pełen tapas, kalmarów, krabów i krewetek?…


PS. Aaaaa bo zapomniałabym, mam dla was kota!

Idą dwa koty przez pustynie.
Idą i idą……
Aż w końcu jeden do drugiego mówi:
– Kurwa, stary, nie ogarniam tej kuwety… 

POMAŁU OSWAJAM TEN NOWY ROK

 

Zmachałam się wczoraj jak pies, próbując kupić kurtkę.

Co nie było proste, bo mój małżonek oprotestował z góry kurtki typu „dżdżownica”(chyba dlatego, że dżdżownica kojarzy mu się z jednym – nadziewaniem na metalowy zaostrzony pręt). To jest, segmentowane i ściągane gumkami (a la Michelin). A akurat we wszystkich sklepach były głównie dżdżownice.

 

Skreśliwszy kurtki – dżdżownice, została mi wersja „uszyte z worka na zwłoki” – taki czarny, błyszczący celofan. Nawet jedną przymierzyłam. Nooo. Wyglądałam w niej jak rasowa DOMINA.

 

– Przykro mi kochanie, ale jak TO założysz, to nikt z tobą nie wyjdzie na miasto – oświadczył mi N.

 

Kurtkę się kupiło w OSTATNIM ze sklepów. DOSŁOWNIE OSTATNIM – zostały już tylko delikatesy. Przeżyłam te zakupy wyłącznie dlatego, ze była to Manufaktura – jedyne centrum handlowe, jakie lubię. Chyba jestem reinkarnacją jakiejś łódzkiej tkaczki – uwielbiam Łódź i głos pracujących krosien (w Żyrardowie mieliśmy fabrykę lnu, z której zostały nędzne resztki, ale można jeszcze posłuchać huku krosien. Z niewiadomych dla mnie powodów, bardzo lubię ten dźwięk).

 

(Jaki interesujący kalendarz dostaliśmy od jednej z współpracujących firm! Z gołymi babami, naturalnie. Dlaczego nie zrobili kalendarza z gołymi członkami rady nadzorczej i zarządu?…).

 

N. się strasznie denerwuje na telewizje rzekomo publiczną, która zamieszcza relacje z rajdu Dakar. Ponieważ relacja jest sponsorowana, to nie ma tam wiadomości o WSZYSTKICH Polakach, biorących udział w rajdzie, tylko o tych sponsorowanych. No i dobrze, tylko że tak się nieśmiało składa, że na najwyższym miejscu w klasyfikacji jest nasz chłopak na quadzie, niejaki Rafał Sonik. I tu pięknie jak na dłoni mamy ilustrację misyjności telewizji publicznej. Nikt o nim nie mówi w wiadomościach sportowych, bo po wiadomościach leci sponsorowana relacja, a ponieważ chłopak najwyraźniej NIE JEST sponsorowany, to nie mówi o nim wynajęty przez Orlen szpenio. A on jest na trzecim miejscu. NA TRZECIM!… Czy to nie jest skandal, ja się pytam?…

 

I mam taki apel do Platformy – ręce precz od Pana Posła Palikota! Bo nie zagłosuję na was więcej!