Weekendowy poranek zastał mnie nieco rozkojarzoną i złapałam się na uważnej analizie pudełka z napisem „Jaja Królewskie“. Nie, żebym miała coś przeciwko monarchii, wprost przeciwnie nawet, ale jakoś nie wiem… Przywykłam do kurzych.
Niepokój wzrósł, gdy po wybiciu do miseczki, w trzech sztukach z rzędu żółtko okazało się podwójne. Na miejscu tego gospodarza (królewskie, my ass! Normalne jaja OD CHŁOPA z miejscowego bazarku) bym się zainteresowała, co te kury jedzą i gdzie chodzą. I policzyła, po ile mają głów i nóg. Ewentualnie popytała tatula, CO TU BYŁO, zanim wybudował chałupę. Bo może się okazać, że indiańskie cmentarzysko albo radziecki poligon i doświadczenia jądrowe, więc wszyscy przywykli, że psy i dzieci świecą w nocy.
W karmniku przybył nam dzwoniec („Sam jesteś dzwoniec!“) (mój tatuś używa określenia „dzwoniec floriański“). Naprawdę miło jest mieć za oknem takie national geographic, i to za cenę zaledwie kilku garści słonecznika (nic innego nie chcą, tylko słonecznik – rozbestwiły się!).
Oczywiście, koty musimy przepędzać. Widocznie robimy to za mało brutalnie, bo wracają, wieczorem siadają na parapetach z zewnątrz i gapią się na nas przez okno, jak na bigbrothera. Najśmieszniejsze jest to, że myślą, że ich nie widać, i bardzo są zdumione, gdy N. wychodzi rzucić w nie trepem. Rozmyślamy nad ukatrupieniem jednego i rozwieszeniem na płocie.
Poza tym, ta zima wyssała ze mnie wszystkie resztki energii. Jak się nie ociepli, a to białe gówno szybko nie stopnieje, to nie wiem, co będzie. Chyba się położę na mojej ogrzewanej podłodze i tak będę leżeć. Nawet porządnej awantury nie mam siły zrobić, a to znaczy, że jest już NAPRAWDĘ niedobrze.