O POWOŁANIU – DLACZEGO DOBRZE, ŻE SIĘ JEDNAK NIE SPEŁNIA

 

Kim chcieliście być, jak dorośniecie? (I nadal chcecie). Jak tak sobie teraz patrzę, to widzę, że byłam bardzo mało romantyczna. Wiadomo – panna (jego mać). Żadne tam – aktooooorką, piosenkaaaarką, baletniiiiicą… Nawet lekarką nie chciałam być (choć nasze – moje i Zebry – misie przyjęły na klatę swoja porcję zastrzyków z wody, ale to wiadomo, taki etap w życiu). Ja tam najbardziej chciałam być:

 
1)      Panią na poczcie. Chociaż w naszym domu była to straszliwa groźba: „Jak się nie będziesz uczyła, to skończysz w okienku na poczcie!”. Ja okrutnie chciałam być panią w okienku z powodu pieczątki. Marzyłam, żeby mieć taki stempel i tak nim tłuc. Z powodu niejasnych ciągot do stempli byłam w rodzinie zwana „pieczątkowcem” i kupowano mi komplety stempelków, ale jakichś gównianych, jakieś żuczki, motylki czy inna swołocz do kolorowania. A fuj. Oczywiście, guzik wyszło z moich planów. Chociaż życie zaoferowało mi stempel, ale nie taki piękny.
 

2)     
Kierowca TIR-a. To oczywiście wpływ filmu „Konwój” oraz miłości do dużych maszyn. Marzyłam o tym, że wsiadam w takiego TIR-a i jestem tydzień w trasie. W sumie nie wiem, dlaczego mi nie wyszło. Może wizualizowałam sobie zmianę koła w siekącym deszczu. Szkoda, byłoby fajnie. Miałabym duży brzuch, skórzane klapki, wypchane na kolanach spodnie od dresu i wyciągnięty podkoszulek na ramiączka, a na każdym skrzyżowaniu spluwałabym przez okno.
 


Może nie w dzieciństwie, ale nieco później, za to coraz chętniej myślę o zostaniu…

3)      …burdelmamą. Taką wylewająca się zza lady, która wysłucha, doradzi i skieruje do właściwej panienki. Czuję, że byłabym w tym niezła, organizacyjnie jestem dość sprawna, Ewka by mnie podciągnęła z psychologii… Zresztą, dziewczyny w Strudze mówiły, że się nadaję jak mało kto.

 
4)      Operatorem promu kosmicznego. Odpada z powodu konieczności uprawiania sportu. To była potworna chwila w moim życiu, kiedy dowiedziałam się, że astronauci muszą uprawiać sport i przechodzić próby wysiłkowe. Myślałam, że tylko ślęczeć nad ksiązką, podstawiać do równań i posługiwać się suwakiem logarytmicznym, jak u Lema. Pocieszam się, że podobno w nieważkości się rzyga, czego nienawidzę.
 


(A propos sportu w Merlinie – tez się oflagowałam. Nawet nie kliknę na ten dział! Niech sobie nie myślą! Sport boli, męczy i jest bez sensu! Jak tak można bez ostrzeżenia, sportem w człowieka!)

 

A wy, moje panny? Jakie miałyście młodzieńcze plany?

 

O SNIE I POGODZIE

 

Śniło mi się, że mieliśmy z N. spalarnię zwłok. O Boże no, praca jak każda inna. Przychodziłam do pracy, siadałam przy biureczku i wciągałam zwłoki do ewidencji. Tylko, że KTOŚ zaczął nam podrzucać zwłoki nadprogramowe i nie zamówione! N. się trochę zdenerwował, bo – mówi – dwa, trzy ciała jeszcze jakoś upchnę, ale tego się zaczyna TYLE ROBIĆ! Będziemy mieli problemy. Musimy drania wyśledzić.

 

Podejrzenie padło na sąsiada, który zaczął przysięgać, że to nie on, bo on morduje tylko koty. Na dowód pokazał nam wielki cmentarz, pełen grobów kotów. Ładnych, estetycznych, marmurowych, takich niedużych kocich mogił. Na co N. rzucił się na te groby i zaczął je rozkopywać, i faktycznie, pod nimi ukazały się normalne, większe groby, ludzkie! Te kocie były tam tylko dla zmyły!

 

I obudziłam się.

 

Diagnoza Hanki: za dużo kryminałów!

(Eeee… Serio? Właśnie skończyłam nowego Becketta, tego od „Chemii śmierci”, o trupiej farmie – no nieźle opisuje rozkład pośmiertny, ale z akcji jest beznadziejny, od razu wiedziałam, kto zabił. Serio, to od tego tak mi się robi?… Bez sensu).

 

Oraz mam dziś dzień, nawet kolejny, powiedziałabym, że nie lubię ludzi. Co okiem sięgnę, to lucka glista, taka sflaczała, dość lepka i bez kośćca. Może to od tych deszczów tyle ich się narobiło, obrodziły jak ślimaki w ogródku. Bardzo mnie wkurzają i męczą te glisty, nadżerki na mózgu mi się od nich robią i czuję, jak mi cellulitis rośnie, a kolagen zanika.

 

A pogoda przeurocza, nareszcie sprawdziła się prognoza i nadciągnęła tak oczekiwana fala upałów, będących widomym dowodem na postępujące globalne ocieplenie. Naprawdę nie wiem, w które bikini kadłub przyodziać z tego gorąca.

 

Wszyscy maja katar.

Ja – jakieś nieokreślone wkurwiątko.

 

O SOLE MIO

Dobrze, że N. przed wyjazdem COŚ tknęło i wrzucił parasole do bagażnika (nasi przyjaciele z Hiszpanii zawsze wyśmiewają brak konsekwencji w języku polskim dotyczący parasola, ponieważ PARA SOL to jest OD SŁOŃCA, a w naszym kraju dość rzadko używa się ich w tym celu; po hiszpańsku nazywają się „PARAGUAS“, czyli od wody). 

Nic też nie przygotowało mnie na spotkanie z ŻYWIENIOWĄ. Przy śniadaniu w hotelo – uzdrowisko – sanatorium dowiedzieliśmy się, iż sól i pieprz na stolik otrzymamy, jak tylko, cytuję „WYDA JE ŻYWIENIOWA“. To dość oczywiste, że zaczęłam od razu snuć wizje, że każde szanujące się sanatorium przy promenadzie posiada swoją ŹYWIENIOWĄ – coś jak królową mrówek, pszczół czy termitów – wielką, organiczną, białą potworę, wypełniającą całe sanatoryjne piwnice, której podsuwa się pod wypustki półmiski i wazy, a ona wydziela z siebie sanatoryjne racje, także w postaci solniczek I pieprzniczek. I jeśli następuje wykup lub przejęcie sanatorium przez inne sanatorium, to do piwnicy schodzą likwidatorzy z miotaczami płomieni, aby pozbyć się wrogiej żywieniowej i na jej miejsce zasadzić własną. Źywieniową można wyhodować ze zwykłej pulchnej recepcjonistki, umieszczając ją w piwnicy i odpowiednio karmiąc. I dostarczając jej facetów, naturalnie.
 

Jeśli akurat nie leje albo wiatr nie urywa łba (czyli w sumie przez trzy dni moźe było jakieś 24 minuty takiej pogody), można iść na plażę pobawić się w Hiczkoka. W tym celu niezbędny jest nam chleb. Stajemy na plaży w pozycji niewymuszonej, odrywamy kawałki chleba i rzucamy je do góry. Nonszalancko. Za jakieś 4 sekundy dookoła nas zacznie się roić od mew, łapiących chleb w powietrzu. Można trzymać chleb w wyciągniętej nad głowę ręce – zeżrą i z ręki, ale jednak podrzucanie wydaje mi się bardziej malownicze. Stado ptaszysk krążących w odległości ok. 7 cm od naszej głowy dostarczają niesamowitych przeżyć. Prawie jak żywieniowa.
 

Do kompletu mam jeszcze od niedawna męża – pogodynkę. Nie robi co prawda śmiesznych gestów przed mapą Europy, ani nie pokazuje w telewizji gołej dupy w tańcach egzotycznych, za to ma nowego przyjaciela na nadgarstek, Pikusia. Pikuś mówi mu, jakie jest ciśnienie oraz wysokość nad poziomem morza, a N. jak wszechnica budowlana dzieli się tą wiedzą nader ochoczo. Na przykład, schodzimy po schodach, a Pikuś zaczyna wyć. Okazało się, że w ten sposób sygnalizuje, że zmieniliśmy wysokość. Bardzo przydatne urządzenie, w innych okolicznościach ten fakt mógł mi przecież umknąć I całe życie zmieniałabym wysokość w głębokiej niewiedzy. 
 

Natomiast zupełnie, absolutnie nie wydaje mi się właściwym pisanie o:
– sytuacjach, w których można dostać moczopląsu;
– zupełnie teoretycznie nabytej przeze mnie wiedzy, w jaki sposób otworzyć Passata CC bez kluczyków, podkreślam absolutną abstrakcyjność i teoretyczność tej wiedzy, żeby ktoś przypadkiem nie pomyślał sobie, że przeżyłam naprawdę na własnej skórze jakieś zatrzaśnięcie kluczyków albo coś.
 

I wielu, wielu innych.

Ale przecież to takie nudne. Żadnych wyścigów samochodowych ani gołych bab.

Jestem potwornie leniwa, i koniecznie muszę szybko coś z tym zrobić, bo zgniję, oraz koty leją na taras. Na koty, wiadomo – strzelba. A na lenistwo?…

W DOMU NAJLEPIEJ, ALE NA KRÓTKO

 

No dobra, to jestem. Nie zmarzłam, trochę zmokłam, natomiast w ogóle nie było ciemno. Nawet o 3 w nocy.

 

Do jedzenia – śledzie na śniadanie, a na kolację łosie i króliki. W dodatku w średniowiecznych ciemnościach bez prądu przy świecach. Jest to wykluczone, bym wzięła do ust łosia, królika takoż. Jedyne, czego mogłam się domacać na stole, to była szklanica z ręcznie dmuchanego szkła, a w niej wino. Więc z grubsza wiadomo, jak to się skończyło.

 

W ogóle wszystko było szalenie średniowieczne, starówka Tallina pachnie piernikami, w małych kamiennych sklepikach dmuchają szkło na zamówienie, wszystko cudownie, ale samoloty naprawdę potrafią człowiek wkurwić.

 

„Hanię Banię” kupiłam i przeczytałam, i przeczytam jeszcze co najmniej razy dwieście. I będę wynotowywać sobie co bardziej wartościowe cytaty. Na przykład o tym, że dama nic nie nosi, bo nie ma rąk. Co najwyżej papierosa albo chleb ze sklepu. Za to damę można owszem nosić, nic nie stoi na przeszkodzie.

 

No i takie tam.

Jasne na prawo, ciemne na lewo i napiję się wreszcie normalnej herbaty. Dlaczego na całym świecie w hotelach robią herbatę na wodzie z basenu, to wielka tajemnica wtajemniczonych hotelarzy.

 

TYTUŁEM UPORZĄDKOWANIA

1. Czekoladki w Coffe Heaven to moja śmierć. Takie batoniki, ale bez nadzienia, z samej czekolady, wąskie a grube. Pomarańczowy został wyprodukowany specjalnie po to, żeby mnie już całkowicie utuczyć, upodlić i stoczyć do rynsztoka po równi pochyłej. Sturlać, właściwie.

2. Te mrówki mnie zaniepokoiły. Skoro to ogólnoświatowy trend, to czemu nikt się tym nie zajął na serio? Zaraz założę jakiegoś NGO-sa, zajmującego się dostarczaniem wody mrówkom, bo TAK DALEJ BYĆ NIE MOŻE! Nie spocznę, dopóki każda mrówka nie napije się do syta. Ale najpierw trzeba wykonać badania, bo może to faktycznie jakieś osobniki chore psychicznie („Ronald całe życie był dziwny, nic go nie cieszyło, nie chciał z kolegami doić mszyc, cały czas marzył o tym, że kiedyś odnajdzie Wielki Czajnik i do niego wskoczy”).

3. Jedziemy jakby na konferencję. Owszem, na północ, ale trochę się zdenerwowałam informacja od organizatora „Ale wiecie co, weźcie kurtki puchówki, buty na kożuchu, może ocieplane kalosze, co? No w każdym razie koniecznie polary, szaliki, rękawiczki, onuce, ciepłe majtki i na wszelki wypadek półtuszę wieprzową, gdyby nas zasypało w hotelu i nie mielibyśmy nic do jedzenia przez trzy miesiące, no chyba ze zjemy wtedy Pana Profesora, ale nie polecam, gdyż jest żylasty”. Doprawdy? Mam sukienkę z krótkim rękawem, kardigan i lakierki. Nic mnie to nie obchodzi – jest czerwiec. CZERWIEC!!!!!!!!! Nazwa „czerwiec” pochodzi oczywiście od czerwi, czyli robaków, które żyją w czerwcu. Żyją czerwie – na golasa – przeżyje i ja w kardiganie. Skoro pogoda ma nas w dupie, miejmy i my ją. Najwyżej nie opuszczę hotelowego lobby i barowego stołka – O WIELKE MI CO.

4. Proponuje uruchomienie rodzimej produkcji lodów a la David Craig, tylko że „Radosław Sikorski 20 lat temu ago”. Zobaczyłam dziś zdjęcie i padłam. A nie jest w moim typie, zaznaczam. No mieć TAKIE ZASOBY naturalne i nie wykorzystać ich właściwie marketingowo – to by była hańba, naprawdę.

5. Leje. Przemyślę ten kardigan. Cholera jasna.

 

O GLOBALNYM OCIEPLENIU (HUE HUE HUE)


N. się tak śmiesznie denerwuje, jak sprawdzam pocztę w ajfonie i mówie "O, napisało do mnie dwóch Francuzów!". A on nie dośc, że bezkrytycznie w to wierzy, to jescze jest zazdrosny.

O starą babę z cellulitem. To takie słodkie!

(I tak go nie puszczę na ryby w sobotę).

Tymczasem jednym z tych Francuzów jest Monsieur MErlin, a drugim – Yves Rocher. Jeden informuje mnie, że wysłał w mym kierunku płytkę Richarda HAwleya, a drugi troszczy się o moją cere na wiosnę i czy bym nie wpadła do niego po pomadkę i lakier do paznokci.

Na takie romanse moge liczyc na stare lata.
ZA PIENIĄDZE. Tyle powiem.

Oraz doszłam do wniosku, że człowiek jest przereklamowany i najfajniej by było byc amebą. Czy jakakolwiek ameba wstała kiedys rano wkurwiona, że szarpie ją jajnik?… Nie! Ameby są fajne, wesołe, czyściutkie, zawsze w dobrym humorze, a to dzięki temu, że maja mało narządów wewnętrznych, a ich zycie składa się głównie z jedzenia. Gdyby człowiek miał o połowę mniej bebechów, byłby znacznie bardziej sympatyczny.

Natomiast co do tegorocznego globalnego ocieplenia… No po prostu warto każde pieniądze (z naszych podatków) zapłacić za ograniczenie emisji CO2! Kurwa mać, jeszcze ze dwa dni takiej pogody i zacznę pędzić w piwnicy CO2 po cichu, jak kiedys bimber. Miałam nosa z tymi kozakami.

Sosko mi podsyła Davida Craiga na patyku do polizania.
Chętnie, ale niech się ociepli!

PS. Aaa bo w ogołe to wchodza mi te mrówki do domu, tak? Nie jakies duże ilości,  raczej tak kilka sztuk sie pęta, ale co najdziwniejsze – wchodza i pędza DO CZAJNIKA! Po czym wspinają się na czajnik i topią. Nie cukierniczka, nie słoik z miodem, tylko czajnik! Depresje mają, jak słowo daję?… I przychodza do mnie popełnic samobójstwo?… Mój tatus twierdzi, że przychodza, bo pić im sie chce. Świetnie, czyli co, mam rozstawic w ogrodzie poidełka dla mrówek?… www.poidelkadlamrowek.pl , jego mać. O co im może chodzić?… CO JEST W MOIM CZAJNIKU??

O MĘŻCZYZNACH JAKO TAKICH I JEDNEJ MAŁEJ DZIEWCZYNCE

 

W dzisiejszym odcinku naszych rozmyślań nad naturą Wszechświata zajmiemy się pytaniem, do czego nadają się mężczyźni.

 

Otóż, mężczyźni najbardziej na świecie nadają się do ZNIKANIA.

 

Istota życia mężczyzny jest ZNIKANIE, rozumiane jako szeroko pojęte spierdalanie z domu w każdym możliwym momencie, pod każdym możliwym pretekstem. Mężczyzna znika, ponieważ:

– musi ciężko pracować i zarabiać na chleb;

– jest zmęczony ciężką pracą i zarabianiem na chleb, więc musi odpocząć;

– o co ci chodzi, przecież tylko wyszedłem na chwilę do garażu na cygaro;

– ale przecież mówiłem ci, że mam w weekend zawody łucznicze;

– ja przecież nigdzie nie wychodzę i cały czas jestem przy tobie, więc dlaczego nie mogę sobie pojechać na ryby?

 

I tak dalej.

 

Znikanie mężczyzn było rozpowszechnione od zarania ludzkości, już w czasach jaskiniowych. Szkoda, ze nie przetrwały żadne pisemne przekazy z tamtych czasów, natomiast ZAŁOŻĘ SIĘ, że wyglądałyby tak:

– Kochaaaaanie, jak się cieszę że cię widzę! Ale osochodzi i czemu trzymasz ten kamienny wałek i tak się nim na mnie groźnie zamierzasz?

– Zgadnij, ile czasu cię nie było?

– Yyyy… Dwa dni?

– TRZY MIESIĄCE! Na każdy dzień stawiałyśmy z Helenką na ścianie kreskę, a na tydzień – bizona. CAŁA JASKINIA W BIZONACH!

– Nooo wiesz, kochanie, ale przecież my z Zenkiem chcąc wyżywić rodzinę, polowaliśmy na dinozaury!

– Dinozaury wyginęły sto tysięcy lat temu!

– A widzisz, to dlatego nam się tyle zeszło, bo nie mogliśmy żadnego znaleźć!

 

Znikanie maja mężczyźni w genach. Za znikanie odpowiedzialny jest chromosom Y. Jest on podobno coraz słabszy i niedługo sam zniknie (a wraz z nim nasze wszystkie problemy – napisałabym, gdybym była wredna, ale przecież nie jestem).

 

Będąc natomiast we Wrocławiu niechcący (ups!) weszłam na dosłownie maleńki momencik do księgarni, z której wyszłam z (między innymi) książeczka Hanny Bakuły „Hania Bania, królowa samby” – i odleciałam.

 

Deszcz, nie deszcz – Hania Bania rozjaśniła mi cały weekend (bez znikniętego męża). Śmiałam się jak… nie znajduję stosownych porównań, bo właściwie się nie śmiałam, tylko cały czas we mnie bulgotało. (Troszeczkę tylko się zaniepokoiłam, ze bliżej mi ze wspomnieniami dzieciństwa do Hani Bani, niż dzisiejszych EMO nastolatek; robię się przedwojenna). Cudowna, cudowna książeczka, w dodatku z obrazkami – bardzo ciekawe i kolorowe kolaże pani Hanny Bakuły. W dodatku to jest druga część, jakoś przeoczyłam pierwszą, zaraz to niedopatrzenie naprawię, bo grzech byłby nie przeczytać.

 

A generalnie jej zazdroszczę, bo sama byłam jedną z tych wątłych anemicznych dziewczynek, za którą ganiała cała rodzina z łyżką i wrzeszczała „Zjedzże coś dziecko, do jasnej cholery!”, a najbardziej na świecie lubiłam robić sobie domek z koca pod stołem i kiedyś przesiedziałam tak tydzień, zanim mój tatuś (mamusia była na zagranicznej delegacji) się kropnął, że trzylatki powinny jeść nieco częściej, niż węże boa, i wywlókł mnie stamtąd za nogę w stanie nieco tylko zaawansowanego zapalenia płuc.

 

Obżarstwo dopadło mnie dopiero po trzydziestce i jak pomyślę, ile pieczonych faszerowanych kurczaczków, domowych zup pomidorowych, pierogów i młodych kapustek mnie ominęło, to normalnie chce mi się wyć. Hania Bania by do tego nie dopuściła.

 

ESPANA CAMPEONEEEEES!

 

No dobrze, przyznam się. Ta pogoda to ja. Nakupiłam sobie zamszowych kozaków i teraz w nich latam. Nie uśmiechają mi się chwilowo upały, więc sory, musicie się przemęczyć, aż mi się buty zamortyzują. Jak już będę miała ich dość, to powiem. Ale nie za szybko, bo bardzo je polubiłam.

 

Tak, że chwilowo Aruba w Europie Środkowo – Wschodniej odwołana.

 

Ale topole to nie ja.

Skąd tyle tego gówna fruwa, i dlaczego fruwa już tyle czasu? CZY TO WŁAŚNIE nadszedł ten moment, jak z tego filmu jak trawa się wściekła i postanowiła zabić ludzi?… Topole przejęły ster i postanowiły skończyć z ludzkością?… Bo na to wygląda. Natomiast CO ZA MĘDRCY sadza topole w granicach administracyjnych miasta – to osobna sprawa.

 

Za mojego przodka, prezydenta Warszawy w latach 1750-1753 – nie do pomyślenia.

 

Oraz, drogi pamiętniczku, chciałabym cię zapytać w sekrecie, co ja właściwie mam sobie myśleć, kiedy zaprzyjaźniona pani kawiarniana z kawiarni obok mówi do mojego męża „Dałabym panu, ale mam ostatnią”. Tak po prostu, szczerze i otwarcie. Prosto z serca wręcz. Dobrze jeszcze, że N. nie zdecydował się grac przedwojennego dżentelmena i nie zaprotestował szarmancko „Ależ wcale nie ma pani takiej ostatniej!…”.

 

W każdym razie było wesoło.

Na szczęście TYM RAZEM chodziło o paczkę kawy ziarnistej w gablocie.

Przynajmniej N. tak twierdzi.

 

Oczywiście, że byliśmy za Barcą. Acz obstawialiśmy 3:1.

 

IDZIE DYSC, IDZIE SIKAWICAAAAAA

 

Jaka piękna pogoda. Wprost stworzona do czytania kryminałów pod kocem (Yrsa Sigurdardottir bdb. bdb. bdb.) i / lub wpadania w alkoholizm, a nie do kolorowania tabelek w Excelu. Matko, jak mnie kolory w Excelu męczą, to się nie da opisać ludzkimi słowami. 90% czasu zajmuje mi dobranie kolorów tabelek i wykresów, a i tak zawsze efekt przypomina wyprzedaż w hurtowni farb na rogu. Japiedzielę, no nie umiem. Nie umiem kolorować. Zęby bolą od moich wykresów i trudno.

 

Jak się wam podoba teoria, że to KOBIETY doprowadziły do globalnego kryzysu? Piękne, prawda? Bo za dużo wydawały na ciuchy! Czy to nie genialnie oczywiste? Wszystkiemu winne sa kobiety! Bo przecież nie te fiutosławy w garniturkach, które tylnymi drzwiami wyprowadzały kasę z banków pod płaszczykiem „instrumentów inwestycyjnych”.

 

Bardzo, po prostu bardzo kocham takie teorie.

 

Jeśli chodzi o indeksy finansowe i kursy giełdowe, to zapraszam do wróżenia z rzygów mojego psa. Z uwagi na niewielki koszt tej operacji powinna już wkrótce stanowić poważną konkurencję dla wszelkiej maści analiz spod znaku Wielkiej Piątki, a mniemam, że skuteczność będzie miała porównywalną, o ile nie większą.

 

HA HA HA

Przegryzłam długopis z frustracji.

(na szczęście plastikowy bic).

Żółty koło pomarańczowego nie, a zielony już mam.

ZARAZ OSZALEJĘ.

 

WON Z DEPRESJĄ, RZĄDZI PRISCILLA

 

Zdecydowanie zaliczyłam wczoraj zniżkę formy, o tak. Życie jawiło mi się dramatem w trzech aktach pod tytułem „Tłusta plama na krawacie”, ba! Sama byłam dramatem w trzech aktach.

 

Spoko, wszystkie moje rozterki egzystencjalne rozwiała trzynasta seria South Parku i „Priscilla, królowa pustyni”.

 

South Parku nie podejmuję się recenzować, naprawdę, jeśli ktoś miał nadzieję, że chłopaki skapcanieja i odpuszczą, to srodze się zawiedzie. Już pierwszy odcinek sezonu o CAŁEJ PRAWDZIE O DISNEY CHANNEL może człowiekowi usmażyć obwody, a co dopiero następne.

 

A „Priscillę” mogę oglądać w kółko – kocham te kolory, te pejzaże, tych trzech wariatów, ich sukienki i trochę płacze ze śmiechu od pierwszej sceny. Oraz wzdycham z zazdrości. O ich makijaże, naturalnie, ale najbardziej o ten srebrny pantofel na dachu.

 

(I niech ktoś powie, że jak Adam / Felicia zaczyna się śmiać, to się nie śmieje razem z nim).

 

Idę szukać na Allegro czarno – niebieskiego wdzianka z piór ze strusiem na głowę. Koniec tych zasranych białych bluzeczek.