Dzwoni mi w uchu. Rewelacja.
(Tak, na pewno oszalałam już całkiem i będę widywać Barry White’a w lustrze, rozmawiać z muchami już oficjalnie, a nawet stawiać dla nich nakrycia przy stole, wylewać ludziom na głowę kawę albo ich kopać w szczękę. Z tym, że akurat kopać w szczękę – niektórych – to bym się chciała w końcu odważyć).
Pies sąsiada, a raczej suka – nieduża, miła, beżowa psina – przeszła przemianę duchową i włącza jej się w nocy tryb upiora. W okolicach trzeciej nad ranem, naturalnie. Pies zaczyna przeraźliwie wyć na przemian z takim zawodzącym szczekaniem, i tak ładnych parę minut. Wszystkie plomby człowiekowi wpadają w rezonans. Nie wiem, może sąsiad ją tresuje na jakiś pokaz w Halloween albo zamierza nagrać ścieżkę dźwiękową do nowego filmu Uwe Bolla o nazistach – zombie.
A jeden pan kradł z cmentarza wieńce, więc policja poszła za nim do domu i w trakcie przeszukania okazało się, że on i jego siostra mieszkają w lokalu z wyposażeniem w postaci dość dawno nieżywej mamusi, zmumifikowanej na tapczanie.
Te magnetyczne burze mnie wykończą.