O SUCE SĄSIADA I BURZY MAGNETYCZNEJ


Dzwoni mi w uchu. Rewelacja.


(Tak, na pewno oszalałam już całkiem i będę widywać Barry White’a w lustrze, rozmawiać z muchami już oficjalnie, a nawet stawiać dla nich nakrycia przy stole, wylewać ludziom na głowę kawę albo ich kopać w szczękę. Z tym, że akurat kopać w szczękę – niektórych – to bym się chciała w końcu odważyć).


Pies sąsiada, a raczej suka – nieduża, miła, beżowa psina – przeszła przemianę duchową i włącza jej się w nocy tryb upiora. W okolicach trzeciej nad ranem, naturalnie. Pies zaczyna przeraźliwie wyć na przemian z takim zawodzącym szczekaniem, i tak ładnych parę minut. Wszystkie plomby człowiekowi wpadają w rezonans. Nie wiem, może sąsiad ją tresuje na jakiś pokaz w Halloween albo zamierza nagrać ścieżkę dźwiękową do nowego filmu Uwe Bolla o nazistach – zombie.


A jeden pan kradł z cmentarza wieńce, więc policja poszła za nim do domu i w trakcie przeszukania okazało się, że on i jego siostra mieszkają w lokalu z wyposażeniem w postaci dość dawno nieżywej mamusi, zmumifikowanej na tapczanie. 


Te magnetyczne burze mnie wykończą. 



O JESIENI I PRANIU


Świetnie, Billy chodzi na spotkania Anonimowych Meskich Szowinistycznych Świń – wyglądał mi na takiego! Nigdy nie ufałam brunetom. Nigdy. Gilbert Blythe tez niby taki romantyk, a zrobił Ani Shirley osmioro dzieci. OSMIORO. Zabiłabym pogrzebaczem przy czwartym.


Tymczasem mamy piękną jesień, nawet dość ciepłą, ale to jest niestety jesień. Na tarasie mam po kostki suchych liści, jarzębina się szczerzy, no i nie mogę spokojnie wypić lampki wina, bo zaraz mam mnóstwo kumpelek. Przylatują sobie chlapnąć i porozmawiać o życiu, bo mają chandrę. Obowiązkowo muszę mieć na wyposażeniu łyżeczkę i serwetkę, bo inaczej mnie owocówki w gardło łaskoczą przy przełykaniu. Chociaż podobno chityna odchudza, bo absorbuje tłuszcz. Hm. 


I znowu muszę zrobić pranie. Skąd się tego tyle bierze, skoro zupełnie nie mam w co się ubrać?… (chyba, że mój mąż znosi do domu brudne ciuchy kochanki i podrzuca, ale to bym zauważyła przy rozwieszaniu?… nic już nie wiem, pralnictwo to delikatna dziedzina życia).



A WCZORAJ…


Nareszcie zjadłam jakieś LUDZKIE jedzenie po tej chrzęszczącej orgii: pizzę hut z jalapeno i podwójną peperoni.

Cały wieczór było mi tłusto, niedobrze i myślałam, że się za chwilę ocielę. WSPANIAŁE uczucie!…

Bardzo chcę się nauczyć warczeć, jak Lucy Liu – jak ona pięknie warczy!… I malować oczy kreską, bez ich wydłubania, bo kobieta jednak niekoniecznie dobrze się prezentuje w wersji „Jurand ze Spychowa po wymianie poglądów z Zakonem”. Chyba szybciej pójdzie z warczeniem.

O TYM, CO SZKODZI SŁOWIANOM


Wróciłam, wróciłam. Zawsze wracam (jak ten pijak, co wyszedł ze śmieciami i nie było go dwa lata, ale w końcu wrócił). Dawno tak intensywnie i z przygodami nie wypoczywałam.

Na dzień dobry był (oczywiście!) opóźniony samolot i zgubili nam walizki. Lot bezpośredni, klasa biznes (nie, że w dupach nam się poprzewracało, ale nie było już innych biletów). Ja w lament. Wiadomo, że nie miałam w tej walizce klejnotów koronnych, ale jednak sandałki i cos krótszego niż barchany, w których przyjechałam (no i kosmetyczkę ze Szczypawką!). Zamiast siedzieć lubieżnie w barze, popijać zimną manzanille i dyndać nogą w sandałku, to musieliśmy ruszyć w 33- stopniowy upał w dżinsach i tenisówkach, kupić jakieś jednak majtki i cos bardziej ażurowego.  Bardzo wkurzające.

Walizki znalazły się następnego dnia z zaskoczenia, przy czym najbardziej zaskoczony był pan z LOT-u, który do nas zadzwonił.

Po skompletowaniu wycieczki pojechaliśmy do Santiago. Za każdym razem, kiedy tam jestem, podoba mi się bardziej, niż poprzednio. Przeszliśmy nawet kawałek Camino de Santiago (od Furelos do Melide), więc chciałam zaznaczyć, że pierwszy raz byłam tam na prawach pielgrzyma. Zwiedziliśmy Muzeum Katedralne – jakie tam są gobeliny!… Jest cała sala gobelinów utkanych wg projektów Goyi, jedna – z projektów Rubensa. Musiałam prawie dotknąć ich nosem, żeby się przekonać, że to nie są obrazy. Takie kolory, taką grę światła i cienia na gobelinach widziałam pierwszy raz w życiu. Zupełnie inne od brukselskich.

Żeby nie było zupełnie muzealnie, to w niedzielę wieczorem byliśmy na koncercie rockowym na Praza de Quintana. Niezorientowanym podpowiem – po prawej wschodnia fasada Katedry, z lewej strony klasztor, za sceną średniowieczne arkady, a naprzeciwko – równie średniowieczne schody. A na scenie dawał czadu hiszpański odpowiednik Lady Pank.

A przecież trzeba było jeszcze spacerować po uliczkach starówki, no i coś jeść. W charakterze „cos jeść” udział wzięła niezliczona liczba statystów prosto z morskiego dna i oczywiście zorza dla mnie („Ja jej nie ufam, ona je kiełbasę na obiad”). I jeden krab centollo, którego zapamiętamy na dłużej.

Ponieważ.

Poniedziałkowy wieczór spędzaliśmy w bajecznym kurorcie A Toxa. To takie galicyjskie Lazurowe Wybrzeże (tylko o jakieś 15 stopni zimniejsze). W pewnym momencie zorientowałam się, że mój osobisty małżonek wygląda na twarzy jak skrzyżowanie Edyty Górniak i Angeliny Jolie, a na dodatek ma dreszcze. Drogą eliminacji wyszło nam, że ma reakcję alergiczną na płuca kraba (bo pozostałe rzeczy jedli wszyscy, tylko on te płuca). Jest to ohydna zielona maź, te krabie płucka rozpuszczone w winie i podane w krabiej skorupie, Hiszpanie niby to jedzą, ale – jak widać – organizm Słowianina odrzuca takie kombinacje i jest to przestroga na przyszłość. Że jeśli cos jest ohydne, zielone i się maże, to nie należy tego jeść, bo prawdopodobnie zaszkodzi.

Na brak przygód, jak widać, narzekać nie mogliśmy.

Ale i tak było przeecuudoownieee, gdybym miała cały wyjazd przesiedzieć na placu przed Katedrą, to też by mi wystarczyło. A tak to jeszcze przywieźliśmy przepis na likier kawowy (najlepszy na świecie) i były fajerwerki, i kupiłam sobie torques (rzymskie odznaczenie wojskowe), i odwiedziliśmy przyjaciół w Porto do Son (mówią, że lato w Galicji beznadziejne, zimno, mokro i wieje).

No to teraz mamy stertę zaległości do nadrobienia i bardzo dobrze. Jak człowiek ma za mało roboty, to mu głupie pomysły do łba przychodzą.

(W samolocie czytałam „Milę księżycowego światła” Lehane i denerwują mnie pretensjonalne dialogi, czy to taki niby Chandlerowski sznyt?… Poprzednie jego ksiązki bardziej mi się podobały).

O TYM, ZE SOBIE STAD JADE NA KILKA DNI


Mam ochotę, jak John Cleese na planie "Sensu życia", wskoczyć w jakimś zatłoczonym centrum handlowym na ławkę i wrzasnąć "Który z cholernych Zulusów odtańczył taniec deszczu?…" – zaczynam się bać, źe to się NIGDY nie skończy. No chyba, że złożymy kogoś w ofierze. Jakieś typy?…


Jedziemy do Santiago de Compostela, poprosić Świętego Jakuba, żeby coś poradził. Bo mi się kończą nici do robienia serwetek na uspokojenie. 


Pytanie z jednego z moich ulubionych forów: "Czy zerwalibyście znajomość z 40-letnim mężczyzną, który ma romans z 15-latką?…"



O ZWIERZĄTKACH


Żaba wróciła, ale jest w śpiączce i leży pod tlenem. Wykończy mnie ten serial, a oglądam go TYLKO dlatego, że w porównaniu z Ally jestem ucieleśnieniem rozsądku i zdrowia psychicznego. Jeszcze nigdy nie kopnęłam małego dziecka, na przykład. I minęło mnóstwo czasu, kiedy ostatni raz śpiewałam do żarówki (choć zupełnie niedawno wyłam przez pół Sylwestra do mikrofonu „Atomic”, ale nie wiem, czy to się liczy).

Niezawodna Hanka przysłała mi na imieniny wspaniała literaturę skandynawską. Pierwsze zdanie z obwoluty: „Czego brakowało dziewczynce z całkiem zwykłego, dobrego domu, że zaczęła oddawać się starszym panom?”. A tymczasem czytam „Solar” Mc Ewana, bo potrzebna mi do życia czarna komedia. Żeby nie zwariować.

W miejsce uschłej brzozy kupiliśmy lipę. Jest piękna.

Fasadę domu wokół drzwi zamieszkały pająki, chociaż podobno kosarze to nie sa pająki (tylko kosarze). Dla rozróżnienia nazywam je Heniek1, Heniek2, Heniek3… do Heniek9 włącznie. Podejrzewam je o płeć męską, bo gdzieś mi się obiło o uszy, że pająki zjadają mamusię w momencie przyjścia na świat (że tez mój mąż nie wpadł na taki pomysł). Siedziała tam też ćma, biała i puszysta (jak zdrowa ropucha*), ale od dwóch dni jej nie ma. Mam nadzieję, że Heńki nie mają z tym nic wspólnego, bo bym musiała z nimi POWAŻNIE POROZMAWIAĆ.

* Bo znacie ten kawał o ropusze, oczywiście?…

– Ropucho, powiedz, dlaczego ty jesteś taka brzydka?…

– A bo jestem chora, jak wyzdrowieję, to będę biała i puszysta!

 

SMUTNAWO


Dajcie spokój, temu małemu utopili żabę w sedesie, załamałam się wczoraj. A tak już dobrze szło!…

W ogóle trafiam ostatnio na miny, nareszcie udało mi się upolować „Kurczaka ze śliwkami” – miałam nadzieję na takie drugie „Wyszywanki”, niestety „Kurczak” jest o wiele smutniejszy. Bardzo dobry, ale smutny.

Szczypawka się obraziła na mnie i na Zebrę, ponieważ dokonałyśmy zamachu na jej paznokcie. Ja trzymałam, a ciocia sadystka cięła. No i koniec, pies nas skreślił.

Z butami tez nie wyszło. No, chyba, że gumowe brokatowe japonki to nie buty?…

Wszystko przez pogodę. I te plamy na Słońcu, podobno rekordowe.

 

O WIEPRZOWINIE I STRAŻAKACH


A dziś rano mijaliśmy ciężarówkę z wielkim napisem „WIEPRZOWINA”. I zrobiło mi się smutno i przykro.

A później pomyślałam, ze może nie powinnam tak brać wszystkiego do siebie. I nieco poweselałam.

Następnie otworzyłam kefir, który napluł mi na czarna spódnicę i nastrój poprzedni powrócił. Tak to jest z tym zdrowym odżywianiem (podobno w kefirze jest alkohol! Z tym, że mało; ciekawe, ile by trzeba wypić, żeby się natrąbić).

Przez te ostatnie burze chodzę jakaś naelektryzowana; najchętniej dałabym komuś w mordę, bo ręka mnie swędzi.

O proszę, właśnie na patio zajechał z fasonem wóz strażacki i wysypali się z niego bardzo przystojni mężczyźni. Niestety, w kaskach i z butlami tlenowymi na plecach (więc to raczej nie striptizerzy przysłani mi na imieniny). Poniewaz chyba nie chodzi o kotka na drzewie, jakbym nie wznowiła transmisji, to mówiła do was tłusta Ripley.

NO TO O JESZCZE JEDNYM SERIALU

 

Jak już nam tak dobrze idzie z serialami, to jeszcze słówko o M.A.S.H. Uwielbiam Klingera. Podziwiam jego odwagę w doborze fasonów i kolorów. Wszystkim strojom Klingera dodają szyku jego wspaniale krzywe nogi (jak u Carrie Bradshaw), na dodatek porośnięte gęstym czarnym futrem, a także analogiczne futro wydobywające się górą z kreacji wieczorowych (zwłaszcza dekolt – łódka w jego wykonaniu skłania człowieka do refleksji i głębokiej zadumy nad sobą).

 

Tylko, że naprawdę twórcy serialu nie zachowali umiaru. Przypominam, ze trwa wojna, a Klinger do każdej sukienki czy kostiumu nosi inne buty i dodatki! Z torebkami włącznie! Czy żołd szeregowca był w stanie uciągnąć takie wydatki? No dobra, umówmy się, że część z tego sprzedaje na miejscu Koreankom (musi! Inaczej nie miałby miejsca w namiocie!). Ale etola z lisa?… W każdym odcinku inne kolczyki?… Lakierki na koturnie w kolorze nude?… (ostatni odcinek trzeciego sezonu). Stroje wieczorowe?… Musiałby dostawać co tydzień paczki wielkości mojego biurka!…

 

A na mieście coraz gęściej wiszą oferty „Sprzątanie w bieliźnie”. To znaczy… NAPRAWDĘ ktoś zamawia taką usługę?… Na poważnie?…

 

Nie wiem, nie rozumiem tego świata, acz bardzo kiedyś miałam wesoły dzień, kiedy koleżanka z pracy zamawiał striptizera na wieczór panieński. Najpierw negocjowała z nim przebranie (bo w ogłoszeniu miał strój z pochodnią, a ona mu tłumaczyła, że to niskie mieszkanie będzie), a później doliczyła mu dodatkowe 15 minut tańca, bo za długo pił drinka.

Żyjemy w naprawdę ciekawych czasach. Trzeba to docenić (powiedziała, udając się do internetowego sklepu z butami) (żartowałam!… nie wezmę butów do gęby przez miesiąc, obiecuję).

O STARZENIU SIĘ


Proszę się nie śmiać, albowiem odkryłam serial Alli McBeal. Tak, wiem, WSZYSCY już go dawno obejrzeli. Ja nie. Widziałam kiedyś ze trzy odcinki, wyrwane z kontekstu, doszłam do wniosku, że chyba nie lubię i odpuściłam.

I teraz oglądam i mam żal, że tyle czasu w życiu straciłam na oglądanie głupiej Carrie, kiedy była Alli! Bardzo ją pokochałam, za to, że jest TAK walnięta, że nawet ja jestem przy niej wcieleniem normalności i opanowania. Tę od stanika na twarz też kocham. I Fisha, który maca kobiety po podbródkach. Ta para ślicznych mnie wkurwia, żeby nie było, że się tak rozpłynęłam z miłości, że zaraz wsiąknę w wykładzinę.

(Wiem, macie to w dupie, bo wszyscy już dawno widzieli Alli).

Natomiast mój mąż JUŻ ZACZYNA – przywlókł w sobotę torbę prawdziwków. Małych i dość robaczywych (a to dziwne, bo podobno grzyby są robaczywe, jak jest sucho, nie?). Zgadnijcie, KOMU popylały po ręce bardzo żywiutkie i skoczne stonogi, co siedziały między ogonkiem a kapeluszem. Muszę wyszukać w kodeksie karnym jakieś paragrafy na molestowanie grzybami przez współmałżonka, bo coś mi się widzi, że PO DOBROCI to nic z tego nie będzie i starość mnie dopadnie upychającą gąski w słojach. Łyżeczką.

A wolałabym oczywiście pomarszczyć się nad błękitnym oceanem, z kieliszkiem wina w łapie.