Wielki Zderzacz Hadronów prawdopodobnie obali zasadę supersymetrii (mówili dziś w kolejce w warzywniaku). A ja prawdopodobnie, jak za chwile nie obalę półlitry, to mi bezpiecznik walnie.
Czytałam sobie wczoraj piękny artykuł o diecie tasiemcowej; jedna pani nazwała łykanie pigułek z tasiemcem „zapraszaniem tasiemeczki”. Po prostu cud, miód i orzeszki. Mówię Zebrze, że może tez bym zaprosiła tasiemeczkę, a ona na to, żebym sobie wzięła bąblowca – wlezie mi do oka i będą na mnie mówili „Ta bicz z krzywym okiem”.
No i dobrze.
Natomiast Sebastian Fitzek do końca normalny nie jest. Czytam trzecia jego książkę – akcja każdej to jak podróż bez latarki wzdłuż jelita cienkiego (żeby już tak pozostać w klimacie tasiemcowych metafor). Tyle zwrotów akcji przeżyłam ostatnio na drogach górskich w Galicji hiszpańskiej. W efekcie pod koniec przestaję już nadążać kto, co, komu i czym (tym bardziej, że chłopak NAPRAWDĘ nie bierze jeńców – co to dla niego zawinięcie kobiety szczelnie w folię do żywności, żeby zgniła żywcem, hej!). Ja jednak jestem prostolinijna i trochę mnie ta psychodela chwilami przytłacza… No ale Agatę Christie już cała przeczytałam, i to po dziesięć razy.
W dodatku trzeba zacząć odkładać ksiązki na wyjazd. Niemęczące i w miękkich okładkach (ostatnio oszaleli i przysyłają mi same twarde; nie lubię – strasznie długo schną po utopieniu w wannie).