Wiedziałam, że ten dzień nadejdzie. WIEDZIAŁAM.
Jedziemy rano do pracy, wyglądam przez okno, PATRZĘ ŚNIEG. Pada. Sobie. Pojedyncze płateczki, ale niezaprzeczalne. Kurwa.
Nie wiem, jakoś miałam nadzieję, że nie wiem. Przejdzie bokiem ta zima?… Klaśniemy wszyscy w dłonie i będzie pachnąca wiosna?…
W ogóle cotokurwamaznaczyc, że sejwuję sobie pliki na komputerze i musze zrobić folder „12_grudzien”, jak przed chwilą robiłam „01_styczeń”? Gdzie ten rok się podział? (Z drugiej strony, DOSKONALE wiem, gdzie on się podział: w mojej dupie! Gdybym zmierzyła obwód dupy dziś i obwód dupy 12 miesięcy temu i wykonała proste działanie matematyczne pod tytułem „odejmowanie” to on by TAM BYŁ).
W ogóle proszę mnie dziś obchodzić po okręgu, bo wyjątkowo mi dzis iczingi z fengszujami nie grają i może być nieprzyjemnie.
Oko mi lata od niedzieli. Lewe.
Sny mam takie, że filmy Bunuela i „Obcy decydujące starcie” to przy moich snach Pszczółka Maja.
I jeszcze Mikołajki dziś?… W dupie mam Mikołajki, nie obchodzę.
(Powiedziała i poszła złożyć (jaja) zamówienie w księgarni ABE-IPS, w której maja wszystkie ksiązki świata, WSZYSTKIE, a księgarnię odkryłam dziś rano, ponieważ na pasie obok stał samochód z ich adresem. I nie wierz tu, człowieku, w przeznaczenie).

