O ŚLIWKACH (ZASADNICZO)

 

Echh… Jak zwykle, jak zwykle. Ja we wszystkim jestem dobra W TEORII, a w praktyce słabiej.

Z tą moją emancypacją zaczęłam z wysokiego C i o mało nie zamówiłam sobie na dobry początek sukienki z napisem “I’M FREE BITCH”. Niemniej wycofałam się z transakcji, bo po pierwsze, nie była za piękna, a po drugie… Jeszcze ktoś by zrozumiał ten napis opacznie, albo co gorsza – DOSŁOWNIE, no i co bym wtedy zrobiła?…

Ponadto, co robi kobieta wyemancypowana, kiedy widzi wór śliwek? Niedużych, twardziutkich (prezent od znajomych łuczników)?…

NIC.

PRZEMILCZA JE.

(Może je też kopnąć).

A ja? Odruchowo zupełnie zrobilam je w occie. I to nie PO PROSTU w occie, tylko tak, jak robiła moja babcia. Czytaj – cztery dni zlewania, zagotowywania zalewy octowej i ponownego zalewania śliwek. Bilans jest taki, że:

– mam czarny paznokieć, a właściwie dwa, od wybierania pestek;

– wciągnęłam nosem owocówkę (dziki tłum latał nad garnkiem z octowym syropem)  – o mało się nie porzygałam;

– lepi mi się pół kuchni.

NO JA NIE WIEM.

Czy śliwki w occie psują imydż, drogi pamiętniku?

Ale bikini, owszem, zamówione.

O MOIM MANIFEŚCIE

 

(Głowa mnie boli – wpadli znajomi postrzelać z łuku i zostali na śniadanie. Ale to przecież mogłam nie pić  tyle wina, mogłam, prawda? Oraz nie musiałam na zakończenie wieczoru wypalić pół paczki wołków, odpalając jednego od drugiego, prawda? Kto w ogóle przywlókł te wołki i po co!)

Ale chciałam podzielić się moim manifestem, który wymyśliłam na okoliczność zbliżających się urodzin:

ZAMIERZAM SIĘ STARZEĆ BEZ GODNOŚCI.

Po pierwsze, nie mam najmniejszego zamiaru SPOWAŻNIEĆ. Bo jak na moje lata jestem niepoważna i jest mi to WYTYKANE. No więc mam to w dupie.

Po drugie – nie obchodzi mnie, że w moim wieku NIE WYPADA. To chyba nawet dobrze, że nie wypada, bo jakby wypadło, to trzeba się schylać i podnosić.

Po trzecie – mini, kozaki, szorty, dekolty, kabaretki? Dopiero się zaczną! I w ogóle wszelkie ekstrawagancje.

Tak mi dopomóż Kajetano Alba i mamo Sylwestra Stallone.

Dokładnie jeszcze wszystkich zasad doprecyzowanych nie mam, bo dopiero omówiłyśmy z koleżankami z podstawówki założenia przy pysznej, tłustej pizzy (polecam – pizzeria “Romantika”, Żyrardów, kieliszek wina dają wielkości bomby zrzuconej na Nagasaki). Więc gdyby jeszcze ktoś miał jakieś propozycje, jak by się można było fajnie starzeć bez godności, to zapraszam.

To mówicie, że gdzie są najfajniejsze przecenione bikini?…

O MAŁEJ ZMIANCE IMIDŻYKU

 

Podbudowała mnie ta soja z racami wczoraj, a na dodatek jeszcze taksówkarz mi śpiewał całą drogę do fryzjera. Nie wiem, czy miał zepsute radio, czy po prostu lubi klientom pośpiewać – nucił przedwojenne tanga, prawdziwy dżentelmen. A ja z taksówkarzami mam różne przygody, np. jeden przez piętnaście minut słuchał z namaszczeniem audycji o kolonoskopii. Ze szczegółami niestety, jak ta kolonoskopia wygląda, a nawet wypowiadał się jeden pan lekarz o badaniu per rectum. Ile palców i jaką techniką powinien wkładać lekarz i na co zwrócić baczną uwagę. Wyszłam z tej taksówki na światło dziennie z silnym przekonaniem, że jakby co, to umiem zrobić takie badanie (oraz tracheotomię długopisem BIC – ale to mi zostało po serialu “Ostry dyżur”). Jeszcze jeden z kolei oznajmił mi przy wysiadaniu “Pani to jest taka śmieszna!”. Zważywszy, że był to kurs do Centrum Onkologii, nie byłam, kurna, specjalnie rozrywkowa podczas jazdy, więc nie wiem. Może miałam wielką dziurę w spodniach na dupie.

U fryzjera byłoby bardzo fajnie, gdyby nie to, że poleciały mi łzy kiedy trzymałam na głowie to aluminiowe rusztowanie. No, ale kto zabiera do fryzjera do poczytania “A Night To Remember”, jak idiota. W dodatku akurat dotarłam do rozdziału, w którym kapitan mówi “You’ve done your duty, boys. Now, every man for himself”. A ktoś na łodzi numer 13 wzdycha “She’s gone, that’s the last of her”.

Ale spoko, włosy wyszły w porządku.

A ja się chyba zapiję na śmierć gruzińską herbatą od teściowej. Wina gruzińskie są dość kontrowersyjnie pyszne, ale herbatę mają taką, że normalnie…

TEMAT ZASTĘPCZY

 

Ponieważ nie mogę się skupić przed fryzjerem, to może jakiś kontrowersyjny temat zastępczy.

Dobra, uwaga, rzucam:

Nie znoszę, kiedy facet mówi o swojej żonie per „ŻONKA”.

„ŻONKA” brzmi dla mnie jak coś, co się do dupy przykleiło podczas spaceru, a nie jak partnerka życiowa.

(No chyba, że oni, ci faceci, maja właśnie takie ŻONKI).

A teraz wraz z moim wewnętrznym dzieckiem wypijemy kawę zbożową, gdyż po normalnej nam lata serce jak opętany gerbil, i idziemy zmienić stylówę.

 

PS. Nie, no nie wytrzymię – horoskop na Gazecie: “Dzisiaj będziesz nie do pokonania. Bez względu na to co mówią i robią inni, Ty i tak udowodnisz soją racę” – naprawdę, SOJĄ RACĘ? Nie mam ani soi, ani racy do udowadniania! Soję moge naprędce nabyc w spozywczaku na rogu, z racą gorzej. (Gazeto, zainwestuj w jakąś minimalną korektę może, bo juz naprawdę).

O SNACH NIEKOMFORTOWYCH I NIE TYLKO

 

(Na niczym się nie mogę skupić, bo po patio chodzą sobie trzy czarne kociaki. To znaczy, czasem jeden, czasem dwa, w porywach do trzech. A mi się licznik kotów włączył i nie mogę przestać monitorować. N. najpierw stwierdził, że je zastrzeli, a następnie wybiegł do nich z twarożkiem. To się nazywa wysyłać sprzeczne sygnały).

Jestem okropnie wymacerowana przez sny ostatnio. Zwykle mam sny przygodowe, UFO, mordercy, alieny, takie tam. I w porządku. Natomiast dziś śniło mi się, że musiałam pilnować bardzo małego psa. Takiego beżowego mini pudelka. Nie był mój, ale musiałam go pilnować. Oczywiście, ze mi spierdzielił. Obudziłam się nieco zaryczana.

Ale i tak najgorszy jest sen, który mnie prześladuje od kilku tygodni, mianowicie o pączkach. Śnią mi się pączki. Pączki, po które stoję w kolejce i ZAWSZE przede mną stoi okropna baba, która te pączki wykupuje CO DO JEDNEGO. I ja lecę do następnego sklepu po pączki… I znowu baba przede mną w kolejce! Czy to znaczy, że ktoś zabiera mi sprzed nosa wszystkie pączki mojego życia? I jakie to ma znaczenie, skoro i tak wolę kalmary albo kurczaka z KFC?… Drogi pamiętniczku, weź coś powiedz, bo zwariuję.

I niech mi ktoś powie, o co ta afera z tyłkiem księcia Harry’ego. Z drugiej strony, jak zerknęłam na to zdjęcie, to musze przyznać, że po Rodzinie Królewskiej jednak spodziewałabym się lepszego tyłka. Pochodzenie zobowiązuje. A tu takie smutne, blade pośladki. Smętne nawet, powiedziałabym. Smętne i płaskie. I te pośladki są w kolejce do tronu?… Które z kolei?… Mam nadzieję, że przynajmniej w linii żeńskiej królewskie geny pośladkowe są łaskawsze.

 

PS. Z OSTATNIEJ CHWILI: kotów jest pięć. Cztery małe i mamunia. Jeden zrobił kupę pod tują. Gdzie moje relanium.

O, NOWY TYDZIEN? JUŻ?

 

Strasznie było w weekend przez ten Onet. Chyba będę pisać tylko o szydełkowaniu. Szydełkowania nie wieszają na onecie?… No więc jeśli chodzi o dodawanie okienek na końcu rzędu…

Po kilku nerwowych próbach udało mi się podpiąć gugla analyticsa (rozgryzam tego wordpressa… jak Szczypawka piłeczkę…) i zajrzałam w słowa kluczowe – jak zwykle się nie zawiodłam! Proszz:

– “Spotkania przy winie” (oczywiście!)

– “Bomba na pchły” (hm)

– “Czy mężczyźni lubią kobiety wamp” (a to musiałaby się wypowiedzieć kobieta wamp – Wampi, prosimy!)

– “Czy można utopić kreta” (NIE MOŻNA! Zabraniam!)

– “Jak sprać plamy z przecieru” (ja osobiście pralką)

– “Krew z nosa podczas nurkowania” (właśnie!)

– “Kwiaty doniczkowe rozczochrane” (też nie poradzę – u mnie zazwyczaj kwiaty doniczkowe MARTWE)

– “Papryka wędzona” (jestem za!)

– “Robak na borówce” (jestem przeciw – a i tak włażą)

– “Rozmnażanie kretów” (przez gwałt)

Ale moim absolutnym numerem jeden zostaje fraza:

“Bujała się ciotka na drzwiach od wychodka”

Przepiękny dwuwiersz, chociaż nie wiem, co JA mam z nim wspólnego (nie bujałam się na żadnych drzwiach, choć ciotką owszem od jakiegoś czasu jestem).

Zapisałam się do fryzjera. Może sobie piergolnę borsuka alboco, bo normalnie bym coś SZALONEGO zrobiła, a nie tylko te serwetki i serwetki.

O, JAK DOBRZE, ŻE PIĄTEK

 

Co za tydzień jakiś. Gdzie moja solpadeina (hiszp. „Donde esta mi solpadeina”) – gdyż bez wspomagaczy od trzech dni pełzam po meblach jak ta… kurzofretka (to z Allegro: „Kurzofretka niegroźna, szczepiona”).

Z przykrością odnotowuję, że chyba nie jestem w typie Wallandera (hipotetycznie, oczywiście, nie, że juz pakowałam bieliznę do koperty, żeby wysłać do Ystad). Niestety. Wallander lubi kobiety sponiewierane. Najpierw miał romans z tą, co ją mąż bił. Później poleciał na jedną, ale dopiero, jak mu pokazała oparzenie kwasem i torturowały ją ruskie służby specjalne. No i na koleżankę z pracy spojrzał łaskawszym okiem dopiero, jak dostała młotkiem w głowę i zapadła w śpiączkę. To ja dziękuję. Maksymalnie miałabym Wallanderowi do zaoferowania poparzone opuszki palców od obierania papryki ze skórki, ale to chyba by nie wystarczyło.

Tak, u nas znowu leczo. Zaleczę się. Trudno, perfekcyjnie mi ten smak pasuje do kończącego się lata.

Jack Taylor, mówicie.

O NIEBYCIU TARGETEM SKLEPÓW ODZIEŻOWYCH

 

No i pięknie. Kupiłam wczoraj w H&M, wydawało mi się, że szaliczek. Gdyż kocham ich szaliczki (i ich gacie biodrówki). Po czym w domu okazało się, że domniemany szaliczek jest zszyty. Intencjonalnie zszyty, oczywiście, nie jak zaszyte kieszenie płaszcza. Taka forma. Jakby szerokiej rury. I teraz zupełnie nie wiem, co dalej. Wieszam go na szyi jak korale? Na głowie nosić? Na jedno ramię, jak sari? (To by było praktyczne, na drobniejsze zakupy). Czy jest na sali jakaś TRENDZIARA, która by mi przybliżyła technikę i zamiar producenta? W ostateczności go rozpruję, bo bardzo ładny.

Pomidory w słoikach (w postaci troszkę podgotowanej pulpy do zjedzenia na szybko – bo nie będę pasteryzować! Nie będę!). Spędziłam uroczy wieczór: zrobić dwa rządki serwetki – zamieszać pomidory – zrobić dwa rządki serwetki – zamieszać pomidory – zrobić dwa… o kurwa, pomyliłam się! Cztery rządki do sprucia.

Jakaś podkurwiona chodzę, ale może to dlatego, że znam lepsze początki dnia, niż wyprawianie męża w delegację o 3 rano (plus telefony, czy zdążył na samolot – “Kochanie, z tobą NIE MAM SZANS nie zdążyć” – no i dobrze).

Aha – ostatnio wyłożyłam mu, na czym polegają zalety bycia na lotnisku DUŻO WCZEŚNIEJ i dokumentnego zwiedzenia go. Otóż przynajmniej człowiek wie, gdzie znajdują się SEKRETNE, NIEOBLEGANE, ZAWSZE CZYSTE I PUSTE toalety. Tak właśnie.

O POMIDORACH

 

Wczoraj przyszła burza i zjadła nam we wsi Internet. Ale dobrze, że przyszła. Lubię upał, ale dobrze, że przyszła.

Już wiem, dlaczego tak mi się Wallander BBC-owski podoba – bo jest podobny (w typie) do Tcheky Karyo, w którym się kocham, odkąd obejrzałam „Nikitę” (tę pierwszą, prawdziwą). Mam słabość do blond zakapiorów, okazuje się.

I odkryłam panią Iwonę Węgrowską. Pisałam kiedyś, że boje się Jarosława Kreta? No to chyba jednak wolałabym Jarosława Kreta, niż tę panią. Na oko wygląda, jak bohater filmów science – fiction typu B, który od początku wiemy, że nie jest człowiekiem, tylko nieudolną podróbą, i za chwilę się rozleci i zaczną z niego wyłazić wielkie kosmiczne lichy albo insekty.

Oraz sąsiad sprezentował nam skrzynie pomidorów, niby poczciwa dusza, a DRAŃ. Bo teraz musze je przerobić i upchać w słoikach, no bo co. Mają zgnić? Ja bym je może i zostawiła odłogiem, ale N. bardzo chce domowe przetwory. Męska szowinistyczna mafia. Na pewno są w zmowie z sąsiadem.

(Kiedyś jeden nasz sąsiad zwierzał się malarzowi czy hydraulikowi, co u nas pracował przez kilka dni: „On to wie pan, chyba jakiś sportowiec. A ona? Ona jest DZIWNA. Prawie z domu nie wychodzi” – i niech tak zostanie. Niech wszyscy myślą, że siedzę w ciemnym pokoju i żuję muchy).

O CZECHACH, SZWECJI I PAJĄKACH

 

(Właśnie wyprałam dwie zapalniczki. Obie działają. Mężu mój – przygotuj się, albowiem nie znasz dnia ani godziny, kiedy w końcu zrobię z ciebie puree selerowe za niespodzianki w pralce!)

W piątek podpisałam 600 stron kontraktu PO CZESKU. Zawsze to kolejny krok do przodu w moim życiu zawodowym – podpisywałam już w życiu różne rzeczy (najcieplej wspominam oświadczenie majątkowe), ale po czesku jeszcze nie. I to od razu sześćset stron. Ale co tam. Lubię Czechów, ich kuchnię, ich seriale, więc co im będę żałować! Nawet i dwa razy tyle mogę podpisać (ale wtedy nie jednego dnia, dobra?… I tak prawie musiałam przykładać mrożony groszek na nadgarstek).

A propos seriale. Drugi sezon “30 Rock” jest jeszcze lepszy niż pierwszy, ale w moim sercu od kilku dni rządzi niepodzielnie Kurt Wallander. Nie wiem, czy Grzesiek House się nie będzie musiał nieco posunąć. Serial oczywiście wynalazła Hanka – mówię wam, i jej też mówię, żeby się zajęła dystrybucją, bo ma rękę lepszą niż Gutek. No więc przykazała mi obejrzeć tego Wallandera i wsiąkłam. Oczywiście, tego blondyna to bym mogła posadzić na kanapie, czesać i karmić winogronami, ale ta Szwecja! Jaka piękna jest Szwecja! O mało nie wyrwało mi się na głos “kochanie, pojedźmy tam!” – na co mój mąż tylko czyha, bo przecież WSZYSCY jego znajomi jeżdzą do Szwecji na ryby. Ale nie nie nieeee, o nie, TAM JEST ZIMNO, wyjazdy nasze wspólne muszą się ograniczyć do kierunku W DÓŁ GLOBUSA, a nie w górę.

Z obserwacji pająków dowiedziałam się, że one siedzą w tej sieci i każdą łapą trzymają jedną nitkę, jak lejce. Taki monitoring. Od czasu do czasu sobie poprawiają chwyt, a raz jednego nakryłam, jak się przeciągał. No PRAWIE go pogłaskałam! Ale zaraz zobaczyłam, jak jego kolega obok je obiad i mi przeszło.