O PRZEPROWADZCE

 

Uff. Czuję, że sie przeprowadziłam.

Fajny ten wordpress. W sumie prostszy, niż to poprzednie, tylko się trzeba przestawić.

 

Oraz nadal boli mnie noga.

U Hemingwaya, z tego co pamiętam, też się zaczęło od nogi. Ale on przynajmniej siedział sobie na Kubie i od rana chlał. A JA?…

W klimacie umiarkowanym gnijąca noga już nie jest tak romantyczna.

 

A ten pielęgniarz, co słyszy LUCKIE MYŚLI, wkurwił mnie już w drugim odcinku.

 

I mam taką sentencję na dziś, żeby niekoniecznie pić zimny, pyszny kwas chlebowy o godzinie siódmej rano prosto z lodówki na pusty żołądek. Bo, ten, GARDŁO może rozboleć (między innymi).

 

O PARZAKACH

 

Wczoraj była setna rocznica urodzin Julii Child. Kto jadł masło z tej okazji? Bo ja owszem! Na imieninach mamy Zebry.

Bardzo się udały, np. wprowadzałam Zebrównie nabiał do diety w postaci kuleczki mozarelli. Mała była przeszczęśliwa, trochę mniej szczęśliwa była Fuga, która skakała na półtora metra w górę, bo też chciała koniecznie wprowadzić sobie nabiał do diety. Ale mała była szybka, mówię wam, jeszcze z niej wyrośnie florecistka – nie ma lepszego ćwiczenia refleksu niż wychowywanie dziecka z wiecznie głodnym psem.

Mój mąż zrobił mi awanturę, bo nie mógł porozmawiać ze wszystkimi na temat reklam ubezpieczeń po śmierci, a to dlatego, że ja mu wyłączam telewizor. (No błagam, OCZYWIŚCIE, że wyłączam telewizor, bo on włącza i WYCHODZI DO GARAŻU, cwaniak. I co, i ja zostaję w towarzystwie prostat, hemoroidów, wzdęć, krwawiących dziąseł i zdzir telewizyjnych. Puszczam wiąchę i wyłączam, no bo co).

A i tak najlepsza była babcia, która opowiedziała o zięciu pani Cynarskiej, który był obibokiem i dopiero hrabia de Lazzarini zatrudnił go w swoim majątku. Oraz o tym, że kiedy do pani Cynarskiej miała przyjść w gości pani Porazińska, to babcia musiała zdjąć pościel, która się wietrzyła na trzepaku. W 1939 roku to było.

(Oczywiście, bo w 1939 roku pościel na trzepaku była nieobyczajna, teraz można zawiesić macicę z przyległościami i nikt się nie przejmie).

(Swoją drogą, ja prawie nie pamiętam nazwisk ludzi, z którymi studiowałam, a babcia pamięta, kto przyszedł w gości w 1939 roku. Na pewno taką pamięć ma się od masła!)

No i poza tym co. Ugotowałam gulasz, ale lekko przedawkowałam przecier i wyszła raczej pomidorowa z krową. I chyba znalazłam fajny serial – “The Listener” – o ratowniku medycznym, który słyszy myśli ludzi. W dodatku aktor, który gra głównego bohatera, nazywa się Olejnik.

N. dziś w Białymstoku. Dostał polecenie – przywieźć mi parzaki w prezencie.

No i przywiózł! Parzaki:

NADAL O AKLI. MATY. ZACJI.

1. Jest mi słabo.

2. Ogłaszam konkurs na POZYTYWNE skojarzenie “CO MI PRZYPOMINA TEN KOLOR”. Zabraniam porównań z kostkami domestosa. Może być niebieska mozarella. O własnie! Może to niebieska mozarella?…

3. Boli mnie stopa. Na szczęście nie cały czas – tylko jak chodzę, haha. Była już kiedyś jedna, co tak miała – nazywała się Mała Syrenka, ale ona wcześniej miała ogon. A ja nie miałam ogona! To niesprawiedliwe. Chociaż może u mnie zachodzi proces odwrotny, poboli mnie stopa i urośnie ogon. I co, i będę się bujała na falach Zatoki Puckiej i z racji otłuszczenia nie mogła zanurzyć?… I obsrają mnie kormorany?… A przecież idzie zima! Nieeee chcęęęęę!…

4. Zrobiłam leczo i było takie pyszne, że zaraz zrobię następne (nie jadłam leczo ładnych kilka lat – DLACZEGO? Bo głupia cipa jestem, oto dlaczego, oraz – bo zapomniałam). Moim zdaniem, teraz jest najlepsza pora na pomidory. Są najładniejsze, najdojrzalsze, ślicznie pachną i fantastycznie smakują – ZUPEŁNIE JAK KOBIETY PO CZTERDZIESTCE, żeby to było jasne.

5. A może jednak skoczyć z mostu?…

O…

– O, kurwa – że sobie tak dyplomatycznie westchnę na przywitanie nowego systemu.

Nie wiem, jak dodać linki. Nic kurwa nie wiem. Chcę coś tłustego do zjedzenia i na tydzień do psychiatryka za te moje nerwy.

I specjalistę od szablonów w wordpressie też chcę!…

O NASTROJU I PRZENOSINACH


Nadal nastrój mam taki, że tylko strzelić sobie w łeb, niemniej jednak – nie mam z czego. No, z pistoletu do gwoździ, ale NIE NIE NIE, za dużo widziałam seriali medycznych, w których przychodzi baba do lekarza z gwoździem w czaszce. Albo kilkoma gwoździami. 

No i muszę się wziąć za przenosiny blogusia, bo jak nie przeniosę, to mnie przeniosą i może być różnie. A przecież zostaje to, co najważniejsze – notki i Wasze komentarze. Zawsze byłam za treścią, nie za formą. Zresztą, chyba czas zrzucić te pastele! W MOIM WIEKU PASTELE?… Pfff!

A w ogóle to chciałam zaznaczyć, że pojawił się serial "Trupia farma". I co? Czyje na wierzchu?…

 

O PIECYKU! MOIM KOCHANYM


No i co. No i piec się zepsuł!

Na niego zawsze można liczyć. Pieszczoszka.

Nie, no ja doceniam. Doceniam, naprawdę doceniam – że w
sierpniu, a nie w lutym przy minus trzydziestu i trzaskających rurach. I że nie
musiałam rąbać stołu i krzeseł i palić nimi w kominku. Doceniam. Niemniej
jednak wykonałam rano przy myciu zębów wiązankę piosenek ludowych zawierających
w treści żeński podmiot liryczny, psa, małe pieski i całą wieś.

Znam przyjemniejsze rzeczy, niż dwa dni spędzone w
sinoczarnym dymie o aromacie zajezdni autobusów miejskich. Jakoś o wiele lepiej
mi się funkcjonuje w oparach absurdu, aniżeli ropy naftowej.

N. sobie pojechał na delegację, a ja czekałam, a następnie
przyjmowałam fachowca od pieca. Po zakończonej robocie, fachowiec od pieca
wyglądał tak, jakby grał przez całą noc z diabłami w mariaszka w Czarcim
Młynie.

N. dzwonił i pytał z troską, jak idzie, czy żyje i gdzie
siedzę (przy otwartych drzwiach na taras). Chyba miał cichą nadzieję, że wróci
i zastanie mnie milczącą, niebieską i już wystygniętą, opartą czołem o laptopa.
NIC Z TEGO! Buaaaaahahaha.

W ramach solidarności przewodów, zepsuł się tez ekspres do
kawy. Ale ekspres potrafię naprawić sama metodą stopniowego poprawiania
warunków brzegowych niecki fraktalnej (czytaj: walić pięścią od góry i kilka
razy z boku otwartą dłonią).

I co z tą pogodą, do jasnej nędzy. Takie przeskakiwanie z
japonek w onuce i z powrotem mnie okropnie wkurwia.


O TYM, ŻE NIE WCHODZI MI FANTASY


Mój kochany, acz nieco nerwowy małżonek naruszył wczoraj mir domowy. Pokazałam mu pająka, który siedział sobie cichutko na parapecie nad zlewem – on się nie ruszał z pajęczyny, ja go miałam na oku i wszyscy zadowoleni. Ale nieee, nieee! OCZYWIŚCIE N. musiał mu rozpierdzielić chałupę, stukał, pukał, machał nożem, i dziś od rana pająka w starym miejscu NIE MA. Gdzie jest – nie wiem i się boję. Że ZNIENACKA wejdę w pajęczynę NA WYSOKOŚCI OCZU, a pająk mi wlezie we włosy. Aaaaaa!…

Z tego wszystkiego, ponieważ Nancy Botwinę wrzucają za rzadko, postanowiłam obejrzeć tę Grę o tron, co wszyscy majtki przez głowę. Nie lubię fantasy, ale jak nie ma o co zębem zahaczyć, to trudno. 

Dobra. Początek obiecujący – mała zamarznięta dziewczynka, która NAGLE dostaje TAKICH NIEBIESKICH OCZU i już nie jest taka zamarznięta, jak by się wydawało. Uuuuhuhu, myślę sobie, bardzo fajnie się zaczyna. 

No i dupa zbita! Bo tylko ta zajawka była fajna, a później jest koktajl z Tudorów, Robin Hooda i Czarnych chmur (jadą na koniach! jadą na koniach! jadą na koniach! jadą na ko… – przez cały serial JADĄ JA KONIACH). Narobiła mi nadziei ta blondyna z kompleksem Natalii Siwiec, co to w pierwszej scenie się rozebrała do gołego, bo dostała jaja smoka. A gdzie jaja, tam – jak każdy widz wie – smok się musi pojawić. Tymczasem jestem w czwartym odcinku, SMOK SIĘ NIE POJAWIŁ, zamarznięta dziewczynka się nie pojawiła, mężczyźni są brudni i obrośnięci, nie ma na kim oka zawiesić, i tylko wszyscy chodzą i mędzą, że ZIMA NADCHODZI. Nadchodzi, nadchodzi i nadejść nie może.

Jeden perwersyjny karzeł w skórach to za mało, moi państwo. Rozumiem, że ten serial podoba się facetom, bo jest sporo cycków. Naprawdę sporo, powinni wprowadzić na dole ekranu licznik cycków, to WRESZCIE by się zaczęło dziać coś konkretnego. W dodatku słabo rozróżniam bohaterów, bo wszyscy mają zarost i są w czarnej skórzanej galanterii z ćwiekami. I większość ma imiona jak nazwy chorób, z przewagą wenerycznych.

Nie, ja za nerwowa jestem na fantasy (i na twarde iryski).

Toteż może napiję się herbaty i zastanowię nad sobą. 


O OWOCÓWKACH I EKTOPLAZMIE (O MAŁO CO)


Owocówki. Wszędzie mam owocówki. CHMARY. Wiem, sezon jest, ale no naprawdę!

Co prawda po powrocie znalazłam rzodkiewkę w stanie płynnym (w siateczce zawiązanej schludnie na supełek), ale już ją wyrzuciłam.

Czyżby jeszcze jakieś zwłoki gdzieś?…

Pocieszam się, że jeśli owocówki, a nie np. wypasione plujki i białe czerwie, to nie będzie to np. głowa konia pod kanapą (no i na szczęście kanapa za niska).

A kiedyś, jeszcze jak w liceum byłam, to nam się o mało w kuchni nie zmaterializowała ektoplazma. 

A było tak: wchodzę rano do kuchni i widzę krew na bufecie koło lodówki. Kilka kropelek. No, pewnie kapnęło z jakiegoś mięsa. Wytarłam.

Za jakiś czas moja matka zrzędzi, że bufet uświniony i w ogóle z kim ona musi mieszkać. Tu mnie już tknęło, ale nic.

Tylko że w ciągu dnia się zaczęło robić dość nieciekawie, bo ta krew ledwo wytarta się POJAWIAŁA ZNOWU. Cudownym sposobem ZNIKĄD! W kropelkach, a po dłuższej chwili się robiła kałuża! No, trochę się jednak przeżegnałyśmy i chyba nawet po egzorcystę miałyśmy posyłać, dopóki nie otworzyłyśmy szafki nad bufetem. Całe drzwi od środka zakrwawione. Od słowa do słowa, wlazłam na stołek i znalazłam położoną na szafkach, u góry, PACZKĘ MROŻONEJ WĄTRÓBKI dla piesecków. Ot, ktoś grzebał w zamrażarce (która wtedy była nad lodówką), wyjął wątróbkę, położył na chwilę na szafkach i zapomniał. I ona się zaczęła rozpuszczać.

Dobrze, że szybko znalazłyśmy te stygmaty i nie zdążyły się zaśmiardnąć. Bardzo było śmiesznie. 

A faceci to penisy, wspominałam już może kiedyś o tym?…


PS. A tu Galicia do pooglądania.