O JAJKACH

 

(Zaraz napisze notkę, tylko zabiję męża. Momencik).

Z powodu, że dziś Światowy Dzień Jajka, to przypomniał mi się program o Casa Lucio. Albowiem w Hiszpanii oglądam telewizję. Jak w Polsce nie mogę – zaraz po włączeniu rzucam słowami powszechnie uznawanymi oraz przedmiotami – to tam mi się podoba. Być może dlatego, że niewiele rozumiem i wydaje mi się ciekawsza, niż w rzeczywistości jest, jak te średniowieczne przydymione obrazy, które po odnowieniu okazały się jarmarcznymi landszaftami. Na pewno też, chociaż lubię tamtejszą bezpretensjonalność.

Był na przykład program o gwiazdorze rocka, niejakim Raphaelu. Trochę się zdziwiłam, dlaczego gwiazdor Raphael przyjmuje ekipę telewizyjną w hurtowni dywanów, ale okazało się, że to jego salon (po co jednemu człowiekowi tyle dywanów i to w jednym pokoju? Dude Lebowski miał jeden dywan, który nadawał wnętrzu charakter i wystarczyło; ja nie mam żadnego i żyję). Prezenter cały czas mówił do Raphaela per „legenda” i porównywał z Mickiem Jaggerem, a Raphael skromnie spuszczał oczka spod świeżo transplantowanej czupryny i wyprowadził ekipę z hurtowni dywanów nad basen. Prezenter zadawał pytania w stylu „Co pan czuje, kiedy na koncert przychodzą razem babcia, mama i wnuczka?”, a Raphael może i czuł, ale nie mógł tego po sobie pokazać, bo twarz miał jakby z ceraty. Ale do brzegu -miało być o jajkach!

NO WIĘC.

Pokazali reportaż o sympatycznym starszym panu o imieniu Lucio. Ten Lucio od ponad czterdziestu lat prowadzi w Madrycie knajpę „Casa Lucio” (przechodziliśmy obok niej, bo jest na Cava Baja). U Lucia aktualnie jada cały hiszpański bonmond z królem na czele; trudno tam się dostać, bo rezerwacja na stoliki schodzi jak ciepłe flaki po madrycku. Lucio wyciągał z wielkiej teczki zdjęcia z Cloneyem, Shwarzennegerem, jakąś bardzo słynna hiszpańską tancerką o imieniu Lola (nie znam, ale miała fantastyczną kieckę) i mówił, że wszyscy sobie z nim robią zdjęcia. Że codziennie ludzie robią sobie z nim sto zdjęć! Codziennie!

I ten pan Lucio twierdzi, że to on wynalazł jajka na frytkach. To jest sztandarowe danie „Casa Lucio” – cztery jajka na domowych frytkach kosztują 12 euro i zamawia je prawie każdy. Teraz wszyscy robią te jajka – mówi pan Lucio – i stały się bardzo popularne, ale to ja je wymyśliłem i tylko u mnie smakują tak, jak powinny. Pokazano wywiad z kucharzem, który od czterdziestu lat jedną ręką rozbija u Lucia po cztery jajka na patelnię z oliwą – potwierdził, że prawdziwe jajka na frytkach tylko u nich.

No cóż. Spróbować jajek u Lucio pewnie nie będzie łatwo (chyba, że nasi madryccy znajomi pomogą z rezerwacją), ale powiem od siebie, że odkąd spróbowałam sadzonego jajka na oliwie, to już ich nie robię inaczej. W ogóle, jajko jest fantastycznym daniem, które nigdy się nie nudzi i zawsze smakuje. Niech żyją jajka i niech żyje Lucio i je smaży przez następne czterdzieści lat!

A Kartaginę należy zburzyć, a N. uduszę własnoręcznie.

O KACU, KTÓRY NIE JEST DLA STARYCH LUDZI

 

No i tak. Główka wirusa Ebola wygląda pod mikroskopem jak Myszka Miki. A w Madrycie jest pierwszy przypadek zarażenia – pielęgniarka, która opiekowała się chorym, przywiezionym do szpitala. Jak mi ktoś logicznie wytłumaczy, po co celowo przywozi się chorych na Ebolę do jednego z najgęściej zaludnionych miast w samym środku Europy… bo mi się to nie mieści w głowie. Tym bardziej, że szpital w Madrycie był zupełnie nieprzygotowany do opieki nad pacjentem, który wymaga ścisłej izolacji – nie mieli nawet odpowiednich kombinezonów. A jeśli chodzi o ogólny stan służby zdrowia w Hiszpanii, to przytoczę taką – ha, ha -ANEGDOTKĘ – żona jednego z “naszych” Hiszpanów wylądowała u nas na ostrym dyżurze i musiała mieć operację. Byliśmy na bieżąco pod telefonem, gdyby było coś trzeba. No więc, on był POD WRAŻENIEM, jaki znakomity szpital, jak świetnie jest wszystko zorganizowane i jak bardzo chciałby, żeby hiszpańskie szpitale były na takim poziomie. Nie, nie mieli dodatkowego ubezpieczenia, a wręcz nieaktualną kartę EKUZ.

Żeby było ciutkę optymistyczniej – bardzo podobała mi się “Kobieta, która przez rok nie wstawała z łóżka”. Jak to u Sue Townsend, zaczyna się zupełnie zwyczajnie i realistycznie – Eva – zwykła żona z przedmieść, która posłała dzieci na studia, jej mąż ma romans, a ona poczuła, że powinna coś zmienić w swoim życiu. I kładzie się do łóżka, żeby sobie przemyśleć. Od tego momentu akcja zatacza coraz szersze kręgi absurdu i abstrakcji (chociaż właściwie to nie, bo ludzie tacy są). Wielka szkoda, że to ostatnia powieść Sue i więcej nie będzie, bo bardzo lubię jej sposób opisywania rzeczywistości.

Mam też zupełnie nowiutki (chociaż stary) serial na pocieszenie – Hanka mi kiedyś kazała oglądać, a ja wtedy zapomniałam albo miałam nadmiar, ale teraz jak znalazł – “Saving Grace”. Malutka i śliczniutka (Hanka mówi, że żylasta – no dobra, jest trochę żylasta) i całkowicie szalona Holly Hunter gra panią detektyw Grace Hanadarko. Oprócz tego, że jest panią detektyw, to jeszcze okrutnie chleje oraz bzyka się z nieprawdopodobną ilością facetów. Niemniej jednak, Bóg ma wobec niej swoje plany i zsyła jej anioła, który ma za zadanie ją nawrócić. Anioł ma na imię Earl i nie ma łatwej roboty, bo oprócz Grace opiekuje się jeszcze np. zbrodniarzem czekającym na wykonanie kary śmierci. Akcja dzieje się w Oklahomie, więc chleją i bzykają się raczej wszyscy, poza tym noszą kapelusze nawet wewnątrz budynków, robią sobie bardzo wkurzające kawały oraz jeżdżą konno na golasa. Oraz nadal żyją w cieniu zamachu z 1995 roku. Grace jest, jaka jest, bo MA PRZESZŁOŚĆ. Najbardziej lubię Rhettę, panią technik kryminalny, bo jest bardzo piękna i chyba jako jedyna w miarę normalna (chociaż w jednym odcinku przebrana za kaczkę tańczyła na barze – cóż, Oklahoma). Holly Hunter cały czas nosi przepiękne buty i ma ogromnego psa, z którym W OGÓLE NIE WYCHODZI, jak to jest możliwe, ja się pytam!

Niemniej, bardzo przyjemnie się ogląda, z jednym malutkim wyjątkiem – kiedy Grace ma kaca, to mnie wszystko boli. A kaca miewa często. Podziwiam ją, bo nie jest już taka znowu MŁODZIUTKA – ja bym nie dała rady. Co innego, jak człowiek jet młody, wtedy tak. Wtedy się przeżyje wszystko (nawet śliwowicę po winie i delegację do Katowic o piątej rano następnego dnia), ale teraz?… Za nic na świecie już bym tak nie mogła.

 

PS. Zapomniałam o muzyce. Muzyka jest dobra w “Saving Grace”.

O TYM, ZE WRACAM DO NORMALNEGO RYTMU ZATOKOWEGO

 

Wszyscy kaszlą. Ja nie, ale w ramach solidaryzowania się wbiłam sobie pod paznokieć szypułkę od pomidora. Wylew pod paznokciem zawsze wygląda nobliwie.

Miałam napisać, że tak wypoczęłam, najadłam się różnych zdrowotności i tak mi się normalnie CHCE, ale spoko. Już mi prawie przeszło. Już jestem normalna.

„Znaleziono zwłoki mężczyzny w lesie pod Warszawą” – a to nie ja. Tym razem nie ja (w miejscowości Moszna?… Zdecydowanie NIE).

O TYM, ŻE TRACĘ MOC ALBO CO

 

Trochę się zaczynam martwić, że tracę moc. Przyjechałam i jaka jest pogoda? No właśnie! Piękna! Trochę zimno w nocy, ale słońce jak drut! A normalnie powinno lać jak z cebra, śmierdzieć dorszem i pizgać żabami. Tam na Teneryfie też niby kilka razy kropnęło, ale w telewizji na okrągło pokazywali powodzie na południu Hiszpanii i na Majorce – wezbrane rzeki, zatopione drogi, samochody do okien w błocie… Siedziałam przed tym telewizorem i CZUŁAM SIĘ JAK MACOCHA Królewny Śnieżki. Lustereczko mi podpowiada, że GDZIEŚ się pojawiła lepsza ode mnie w sprowadzaniu deszczu. Niby nic, ale jednak trochę przykro, kiedy się traci palmę pierwszeństwa.

To może pokażę trujący ogród. Ostrzeżenia wszędzie stały szumne:

ten8

 

Ale pierwsze co zobaczyłam po wejściu, to te liście:

ten7

 

No przecież one kiedyś u nas były obowiązkowo u każdego w doniczce na parapecie! Na pewno obie moje babcie je miały i prababcia też (razem z aloesem, zanim jeszcze stał się modny).

Aby jednak zbudować napięcie, żeby nikt nie wyszedł rozczarowany, to byla na przykład taka dekoracja:

ten6

 

Hiszpanie potrafią być bardzo dosłowni.

ten2

 

A to jest model Kon Tiki – naprawdę z opisów wyobrażałam ją sobie solidniej, a to zwykła słomiana wycieraczka!… Bałabym się na niej nocować w ogródku, A CO DOPIERO:

ten5

 

Jak już wspominałam, wulkany są porośnięte różnym towarem, w odróżnieniu od marsjańskiego krajobrazu Lanzarote:

ten1

 

A oto jajo Kolumba na Gomerze:

ten3

 

A to jest miejscowa przekąska – gueldes.

ten4

 

Musiałam spróbować, ale nie byłam zachwycona – mają drobną, bardzo sztywną łuseczkę, która jest trochę nieprzyjemna i drapiąca w gardle. W dodatku urywałam im łby, bo przy łbie są dla mnie za gorzkie (normalnie się je wcina w całości). Moim zdaniem, nasze szprotki zrobione podobnie są dużo lepsze, a okonki to już w ogóle.

Oraz znalazłam w statystykach następujące zagadnienie:

“Ile wsypać kasztanów do tapczanu?”

W tym temacie się absolutnie poddaję. Nie mam najbledszego pojęcia. Ba, nawet nie mam tapczanu! Można wsypać do ikeowskiej kanapy?…

 

O TYM, CZEGO NIE LUBIMY

 

Kwiatkowski zaszalał jednego dnia, jak leżałam sobie w popołudniowym upale i przesuwałam rybę (i wino) ze żwacza do ksiąg, a z salonu dobiegały jakieś okrzyki. Nie zdążyłam się nacieszyć sjestą, kiedy do sypialni wpadł N., że MAMY MISTRZOSTWO ŚWIATA na rowerze i mam natychmiast wstać i iść oglądać dekorację. Wzięłam brzuch z rybą w obie ręce i poszłam, bo mnie ogłuszył entuzjazmem. Hiszpanie dostali brąz, więc pokazywali dużo tego swojego zawodnika z pomarańczowym nosem, ale Kwiatkowskiego też. Biedak nie mógł uwierzyć w swój sukces, stał na podium i płakał przez całą dekorację i hymn i ocierał gile koszulką lidera. Następnego dnia obejrzeliśmy powtórkę wyścigu. CAŁĄ. Nie ma lekko. “Słuchaj, jak Hiszpanie cały czas dobrze mówią o polskim zespole. Siódmy kilometr, patrz teraz, bo on ucieknie. O, a teraz Pedro Delgado powie, że Kwiatkowskiego nikt już nie dogoni do samej mety”.

Te apartamenty co w nich mieszkaliśmy były fajne, bo dużo miejsca i nawet mini ogródeczek. I nie w Playa de las Americas – jak tam pojechaliśmy, to o mało nie dostałam zawału: hoteliszcza molochy na tysiąc pokoi i więcej, kasyna, centra handlowe i restauracje “Pizza- Pasta – Burger” na pięćset stolików… Piekło, piekło i tucz brojlera! Gdybyśmy tam mieli hotel, to cały tydzień bym przesiedziała w wannie, owinięta w zasłonkę prysznicową, kiwając się i jedząc galaretkę. Za nic bym nie wyszła z pokoju.

Los Cristianos jest niby po sąsiedzku, ale już normalniejsze, bo mieszkają tam ludzie, a nie sami turyści. No owszem, promenada wzdłuż plaży jest dość straszna, ale w drugiej i trzeciej linii toczy się normalne życie, zaczynając od placyku z kościołem można spacerować po uliczkach z knajpami dla miejscowych i trafić naprawdę nieźle. Tylko plaże są straszliwe – po prostu publiczne smażalnie, leżak przy leżaku, coś okropnego.

Upał pierwszego dnia trochę mnie rozdeptał. Ale spokojnie, już drugiego dnia kropił deszczyk, kiedy byliśmy w Garachico – jakie to piękne miasteczko!… Najpiękniejsze, jakie widziałam na Wyspach Kanaryjskich. No ale zaczęło kropić, a N. powiedział, że jak nie przestanę, to mnie udusi. On NAPRAWDĘ myśli, że ja umiem celowo sprowadzać deszcz – zresztą, wielki mi deszcz, parę kropli, nawet się specjalnie nie ochłodziło ani ludzie nie weszli do środka knajp, tylko siedzieli na zewnątrz. Kilka razy w ciągu tego tygodnia pokropiło jak kropidłem i bardzo dobrze, bo na Teneryfie nie ma bryzy od morza, jak na mniejszych wyspach i w tym wysokim, ostrym słońcu robi się po prostu spiekota. Na szczęście Teide zsyła chmury.

Teide oczywiście musieliśmy zwiedzić, no bo jak. Ja co prawda abnegatka, ale wiedziałam, że trzeba zabrać długie portki, bluzę i porządniejsze buty. W końcu wjeżdza się kolejką na wysokość 3,5 kilometra! Większość ludzi na parkingu przed kolejką się przebierała, ale jeśli ktoś sądzi, że nie było rusałek z gołymi nogami w złotych sandałkach i panów w szortach i klapkach, to znaczy, że ciągle ma zbyt duże zaufanie do wydajności ludzkiego rozumu. Na kasie wisi jak wół informacja – temperatura na górze 9 stopni – gdzie tam. Koronkowy topik i miniszorty przecież świetnie wyjdą na selfie. Kolejka jedzie bardzo pod górę, więc niezbyt wysoko nad ziemią, pakują do jednego wagonika 44 osoby i jest jak w puszce ze śledziami, wychodzi się ze stacji i TRZASK! Dostaje się w pysk wiatrem i tymi dziewięcioma stopniami. Ja się otulałam bluzą z kapturem, a i tak mnie gryzło w uszy i w nos, a rusałki kłapały zębami dość głośno (i zaraz uciekały z powrotem). Ze stacji można pójść bez pozwolenia jakieś pół kilometra w dwie strony, dalej już trzeba mieć pozwolenie. Poszliśmy kawałek, ale zaczęło mi dudnić serce w uszach i w gardle. Mieliśmy piękną pogodę i świetną widoczność, trampki wystarczyły, ale jak jest pochmurno albo pada, to trzeba mieć lepsze buty, bo jednak idzie się po skalnym gruzowisku.

Wulkany na Teneryfie są bardziej oswojone, niż te na Lanzarote – takie łagodniejsze, porośnięte kaktusami i śliczną sosną kanaryjską, która ma cienkie, długie igły i wygląda włochato i szkoda, że u nas by zdechła z zimna. Rozumiem ją jak mało kto.

Pojechaliśmy na Gomerę – będę jeszcze długo wspominać ten dzień, bo wyjazd był bardzo rano, nie zjadłam śniadania i N. kupił mi na promie pączka, który przez cały dzień odbijał mi się cytrynowym płynem do zmywania. W oparach pączka zwiedziliśmy lasy laurowe, jajo Kolumba, mnóstwo miradorów, plantacje bananów, a po obiedzie był pokaz gomeryjskiej mowy gwizdanej. Jeden kelner patrzył, jak kilka osób zamieniło się okularami, pierścionkami, ja dostałam pięć euro żeby gdzieś je schować (schowałam pod talerz z papas arrugadas), po czym wszedł drugi kelner i gwizdali do siebie instrukcje, co ten drugi ma komu zabrać, komu oddać i skąd wyciągnąć. I faktycznie wszystko znalazł (pamiętałam z “Mentalisty”, żeby nie patrzeć na ten talerz z ziemniakami, ale i tak znalazł).

Podobały mi się też piramidy w Guimar, zwłaszcza, że towarzyszy im wystawa poświęcona Thorowi Heyerdahlowi i na własne oczy kaprawe zobaczyłam model Kon Tiki. No żesz w mordę, facet przepłynął ocean na słomianej wycieraczce. Ra i Tygrys już nieco solidniej się prezentują, była nawet kopia Ra II naturalnej wielkości – no cóż, kajak ze słomy. Ja bym na to nie wsiadła na stawie w Radziejowicach, a co dopiero na oceanie. Tylko Norweg mógł się porwać na coś takiego – podsumował N.

Koło piramid jest jeszcze wystawa z Wyspy Wielkanocnej z jednym moai oraz sekretny ogród trujących roślin z całego świata. Ładny, ale przereklamowany – zaraz przy wejściu sterczą takie liście, co moja prababcia miała ich cały parapet w doniczkach. A jako najgroźniejsza bestia zamknięta w klatce tkwi rycynowiec, którego sadzonki można kupić u nas na bazarze co roku na wiosnę. No naprawdę, nie histeryzujmy! Myślałam, że będą jakieś wijące się pnącza z zębami albo kapiące zielonym śluzem… Ale przynajmniej w ogródku stała bardzo malownicza trumienka, oparta o mur.

Zeżarliśmy z pół tony ryb, przegryzając krewetkami i chopitos (malutkie kalmarki, wielkości połowy małego palca, usmażone na chrupiąco), a pożegnalna kolacja o mało mnie nie zabiła, ale to już zupełnie inna historia z wątrobą w tle, a właściwie dwiema: moją i gęsią.

Reasumując: było fajnie, ale jednak wolę Fuerteventurę. I Lanzarote. Zdecydowanie puebla mi bardziej odpowiadają, niż kurorty, a na wspomnienie hoteli – potworów z Playa de Las Americas jeszcze mi słabo. A na powitanie ojczyzny mam kaszel od klimatyzacji. Uch… Nie lubimy powrotów z urlopów. Nie lubimy.

O PODUSZCE I PRZYMROZKU

 

Zakochałam się w strusiej poduszce (prawie jak strusia noga biskupa).Tak, wiem, to kolejny dowód na to, że nie wszystko w porządku pod kopułą. N., jak mu to cudo pokazałam, to się BARDZO śmiał, wył wręcz, dopóki nie został poinstruowany, że nie ma się śmiać, tylko mi to KUPIĆ (35 zł na Allegro). Dręczę go teraz pytaniami, czy bardzo będzie się wstydził siedzieć obok mnie w samolocie (panika w oczach).

A dziś rano był przymrozeczek! Taki chrupiący, z lodem na samochodziku! Gdyby nie to, że przede mną tydzień bujania klapkiem na palcu w CYWILIZOWANEJ temperaturze pod wulkanem (27 stopni), to…

O SARENCE

 

Pól niedzieli się przeczołgałam po meblach, bo szło na deszcz. A jak idzie na deszcz, to ja pełzam (pogodynka pełzająca). W związku z powyższym tylko na moment odwiedziliśmy kolegę, który się przeprowadził z metropolii w naszą okolicę – opowiedział nam o sarence, która przychodziła o poranku do niego na ogródek skubać listki… Był zachwycony i robił jej zdjęcia, dopóki mu nie zeżarła wszystkich drzewek, świeżo przywleczonych ze szkółki. Powyżej pewnego progu inwestycyjnego podobno przestaje się kochać sarenki na podwórku.

Dla podtrzymania krążenia obejrzałam sobie „Mystic Pizza” (z wyprzedaży garażowej od Zuzanki). Niech mi ktoś powie, ze filmy z osiemdziesiątych lat nie mają czegoś w sobie – zwłaszcza te z podziałami klasowymi w tle (dziewczęta z warstwy uprzywilejowanej charakteryzują się tym, że wyglądają jakieś 15 lat starzej od swoich ubogich koleżanek). Julia Roberts w zasadzie nic się nie zmieniła, ale jest jedna scena, jak ona leży i pokazują jej nos od dołu Założę się, że w żadnym innym filmie już nie pozwoliła pokazać swojego nosa od dołu (żeby nie było, że się czepiam – jest śliczna, ale nochal od spodu ma niezły).

Deszczyk, rachuneczki, oby do czwartku (oczywiście śniło mi się, że spóźniliśmy się na samolot).

PS. Bym zapomniała! Bo sobie wymyśliłam taki prosty obiad bez mięsa, bo jakos nie mamy na mięso melodii – kopytka z grzybowym sosem, wszak jest sezon! W roli grzybków wystąpiły opieńki, MEGA WIELKA TORBA, którą N. kupił za 8 złotych (ja bym się targowała! Znaczy, dałabym 10 zł ale za połowę tego!) – no więc, jakby ktoś nie wiedział, to opieńki trzeba wstępnie obgotowywać, i to tak z pół godziny. Następnie kopytka. Może i proste są, ale upierdliwe dość. W dodatku stwierdziłam, ze przerobię wszystkie ziemniaki, bo po co mają się zamienić w zupę pod naszą nieobecność. Po użeraniu się z grzybami dwie godziny i kopytkami następne trzy, odechciało mi się jednego i drugiego, zjadłam suchy chleb z herbatą i nie wiem, od czego kucharze tyją.

O ROBAKACH I SANDAŁKACH

 

I to jest właśnie jeden z wielu powodów, dlaczego kocham Wyspy Kanaryjskie – tam nie ma robactwa! No, w śladowych ilościach, wiadomo, czasem jakaś muszka owocówka. No i jak jeden raz byliśmy na Gran Canarii, to tam były dwie panienki z Polski, które a) całe dnie leżały nad basenem bez staników, b) za każdym razem zaczepiały N., że u nich w pokoju jest kaaaaraaaaluuuuch! Ponieważ jednak niedaleko N. przebywałam JA, to skończyło się na wyrazach ubolewania. Choć pewnie scenariusz był taki, żeby N. poszedł do nich do pokoju ratować dwie pary cycków przed straszliwym potworem! Niedoczekanie (flądry jedne).

O czym to ja. A, że nie ma robactwa, nic na człowieka nie wyskakuje w łazience i można chodzić na bosaka i nie wraca się do domu z przemiłym czterometrowym wijcem pod skórą albo amputowaną ręką w łokciu (w warunkach polowych).

Jeśli natomiast chodzi o Helix… proszę szanownych twórców, jak mi się obiecuje SYFY, to ja chcę SYFY. Chodzi o porozumienie twórcy z odbiorcą – świetnie sobie z tym radzi np. pornografia: widz zwykle dostaje to, o co mu chodzi. Nie rozumiem, po co Helix funduje widzowi „Modę na sukces”: nagle WTEM okazuje się, że wszyscy w arktycznej bazie są swoimi nawzajem ojcem, bratem, córką, szwagrem, kuzynem, zaginionym bliźniakiem oraz w piwnicy jest tajemnicza chatka z dzieciństwa. NO ŻESZ JASNA CHOLERA. Wirusy, mutanci, spisek i wojsko – proszę bardzo, ale pamiątki rodzinne i albumy ze zdjęciami sobie wypraszam. Wypraszam! Słychać mnie, że wyprosiłam?…

A jutro zabieram się za casting sandałków, bo przecież WSZYSTKICH nie spakuję.

 

O WSTĘPIE DO ZAWAŁU SERCA

 

Dziś mam wolne z powodu rehabilitacji po wczorajszym ataku serca, na wszelki wypadek nawet horoskopu nie czytam, żeby mi się nie pogorszyło. Wczoraj albowiem o dwudziestej drugiej – N. oczywiście jeszcze w terenie coś uzgadniał – jakoś tak doszłam do wniosku, że może bym zjadła krewetkowego chrupka. Albo dwa. Zatem zmierzam do kuchni GDY WTEM!!! O mało się nie potknęłam o COŚ SZAREGO… Z ośmioma nogami. Wielkości połowy Szczypawki.

Piękny okaz jesiennego pająka kątnika siedział sobie na środku podłogi, grzał dupę o kafelki i na mnie łypał. Kurwa mać, i lub tu człowieku jesień!

Mogą mi do domu wejść żaby, nietoperze, zaskrońce – wszystkie je lubię i bym nakarmiła, pogłaskała… Nie, muszą pająki! Na widok których mam zlewne poty i migotanie komór!

JAKIM CUDEM zamiast paść trupem na miejscu udało mi się przykryć drania słoikiem, to nie wiem. Byłam w szoku i nie pamiętam (ludzie w szoku potrafią sobie nawet odgryźć kończynę) (chyba że mi się coś pomyliło). Dobrze, że nie spierdzielał, tylko sobie STAŁ. I się gapił. W tym słoiku później też stał i się gapił. A ja siedziałam na krześle naprzeciwko i pilnowałam, żeby nie przegryzł szkła albo co. I tak sobie siedzieliśmy do jedenastej w nocy, aż wrócił N. i zarządził koniec przyjęcia.

I jak ja mam funkcjonować bez wiadra psychotropów. NO JAK.

A pan Zły Japończyk z “Helix” to jest ten sam Zły Japończyk, co gra w “Extant”. Nawet swetry ma mniej więcej takie same – może gania z planu na plan i specjalnie go podobnie stylizują, bo by się nie zdążył przebierać. Ciekawe, czy ma wielu fanow w swoim ojczystym kraju (“Dziś odwiedził nas słynny aktor, który znowu zagrał wyjątkową świnię w amerykańskim serialu”). Mama Bridget powtarzała, że Japończycy to wyjątkowo okrutna rasa (pierwsza żona Marka Darcy – ciekawe, czy też robiła eksperymenty na ludziach).

Aha, tych chrupek krewetkowych w końcu nie zjadlam i chyba nie zjem, bo co na nie spojrzę, to mi się przypomina ta włochata ośmionoga menda.