Jak mówi stare japońskie przysłowie – urodziny i po urodzinach. Jedyna mądrość, jaka spłynęła na mnie wraz z ukończeniem, to – nigdy, ale to nigdy, żeby nie wiem co, nie pij białego wina z Nowej Zelandii, które smakuje czarną porzeczką (białe wino? Czarną porzeczką?). To jest, ja i tak nie piłam, bo nie lubię białego i wolałam różowe portugalskie, pod kolor flamingów na trawniku. Natomiast tym, co pili, wino spustoszyło organizm jak najazd Tatarów na Sicz Zaporoską, a naprawdę w winie nie o to chodzi. Z flagowych produktów Nowej Zelandii jednak bezpieczniej pozostać przy strzyżeniu owiec, bez urazy.
Z tego wszystkiego odkryłam nowy serial. Prześwietny: zabójczy wirus na stacji arktycznej! Mało? No to ekipa z agencji ochrony zdrowia publicznego, która przyjeżdża go ujarzmić (tego wirusa, ju noł), składa się z pana wirusologa, jego byłej żony, która zdradziła go z jego własnym bratem i to TEN BRAT jest aktualnie zżerany przez wirus w szybkim tempie oraz młodej niuni, która jeszcze z panem wirusologiem nie spała, a przynajmniej tak zeznaje byłej żonie –ale raczej by chciała. Kto się zarazi wirusem, robi się nerwowy i cieknie mu z ust na czarno. Całość nie byłaby kompletna bez enigmatycznego szefa bazy – Japończyka, który COŚ UKRYWA. Aha, na zewnątrz jest minus siedemdziesiąt stopni mrozu i przez większość doby nie ma żadnej łączności. PRAWDA, JAKI PIĘKNY? Nazywa się „Helix”. Palce lizać.
Coraz mniej czasu do wyjazdu na wakacje, ale za to N. ma coraz większy obłęd w oku (tak, mamy ubezpieczenie od kosztów rezygnacji, wolałabym JENAKOWOŻ, żeby się nie przydało, kurka wodna kostropata).
Aha – i jeśli chodzi o oscypek na elektrycznej grillowej patelni, to całkiem się rozpłynął (a tam, gdzie są te dziury do odprowadzania tłuszczu, to nimi przeciekł na dół). Złośliwa menda, a nie ser.