Kudłate sandałki na madryckim bruku – sprawdziły się w stu procentach; przeszłam w nich naprawdę mnóstwo kilometrów.
A żeby nie było, że tylko knajpy – świątynia Debod. Bardzo przyjemne miejsce na spacer. Gdyby nie owsiki N., chętnie posiedziałabym w parku na ławeczce i popatrzyła, jak jeden facet ćwiczy tai-chi, ale on mnie oczywiście stamtąd wyciągał.
Idziemy sobie niczego nie podejrzewając, wchodzimy do jednego mercado, a tam… Ciastka flores! Po 0,50 eurasia sztuka. Ale nie były tak dobre jak te w Santiago, bo jakiś kulinarny oprawca doprawił cukier anyżkiem.
W Palacio de Cristal była tym razem wystawa o kulturach nomadów, więc postawili przepiękny namiot z batików.
W środku można sobie posiedzieć bardzo wygodnie i porozważać o kulturze i sztuce nomadów (gdyby nie to, że namiot stał w środku szklarni przy 36 stopniach).
A oto najbardziej kultowe flaki w Madrycie, jedzone w 40-stopniowym upale (“Ciepła wódka? Z plastikowej mydelniczki? O piątej rano?… POPROSZĘ!”)
A tu jest fresk z jednej takiej winiarni, który mnie tak zahipnotyzował, że prawie zjadłam kieliszek.
PS. Czy widać, jak ciężko pracuję nad sprowadzeniem deszczu? Już prawie, prawie…
PSPS. Te drzewa na torach to nie ja. Ja tylko wodę.











