O… NO – BĘDZIE TROCHĘ TURPISTYCZNIE

 

Wczoraj w nocy piesek pisnął, przeciągnął się i zażyczył sobie na spacer. Patrzę na telefon – za kwadrans trzecia – o nie, piesku, za żadne skarby świata o tej godzinie nie ruszamy się z sypialni – boję się, duchy chodzą, seryjni mordercy gwałciciele z piłą mechaniczną na pewno też, przytulamy się i śpimy. ŚPI – MY!

Dziesięć minut później biegałam po całej chałupie z papierowymi ręcznikami i wycierałam problemy żołądkowe Szczypawki, która przecież GRZECZNIE POWIEDZIAŁA ŻE MUSI WYJŚĆ. Duchy jakoś mi w tym w ogóle nie przeszkodziły. Może nie chciały się mieszać, bo bym im kazała pomóc sprzątać.

Gdzie był w tym czasie N.?

No jakże. W DELEGACJI! Dzwoni do mnie z pięciogwiazdkowego hotelu: “Haha, nie uwierzysz, znowu mi dali pokój z jakimś kolesiem. Wchodzę, a tam na łóżku pijany Angol!… Bardzo przeprosili i mam apartament na piątym piętrze. Teraz jeszcze jestem w barze i piję lampkę wina” (w tle delikatny jazz na fortepianie).

A u mnie psie przemiany materii.

ZNAJDŹ JAKIEŚ TYSIĄC CZTERYSTA SZCZEGÓŁÓW, którymi różnią się te dwa obrazki.

Najgorsze, że to była całkowicie moja wina i bardzo później Szczypawkę przepraszałam (a ona miała doła przez cały dzień, bo jest wrażliwa).

Chlebki naan z Lidla są prze-o-hyd-ne. Za każdym razem jak się skuszę na jakąś gotowiznę, to później gorzko tego żałuję. Nie wiem, czy to mnie tak podniebienie wysubtelniało, czy te gotowce do zjedzenia są coraz paskudniejsze i paskudniejsze. A mogłam sobie zrobić grzankę z pomidorem i nie miałabym w pysku posmaku proszku do prania przez całe popołudnie.

O NIEDUŻEJ ZADYMIE DOKUMENTALNEJ

 

Udało nam się ostatnio zafundować sobie kilka słabo przespanych nocy – zgubiliśmy ważny dokument. Naprawdę WAŻNY – z metalowymi dziurkami; jak coś ma metalowe dziurki i sznurek, to jest BARDZO WAŻNE, fpizdu ważne i trzeba tego PILNOWAĆ. Aha, i ma znaczenie, że to ORYGINAŁ, skan czy kopia nie dają rady. No i taki jeden z metalowymi dziurkami się nam ZAPODZIAŁ. To znaczy, najpierw się zapodziała cała teczka, ale drogą dedukcji doszłam, że ona jest u naszych mecenasów w kancelarii i faktycznie tam się odnalazła – no, prawie odnalazła, bo bez tego jednego. WAŻNEGO.

A zatem przeryłam w domu szafkę z dokumentami, nie znalazłam, i N. kazał szukać mecenasom w kancelarii. Załamali się i szukali – przedwczoraj siedzieli do trzeciej w nocy, przewalili wszystkie dokumenty wzdłuż i w poprzek, nie ma. No nie ma, czarna dziura wessała. Po czym wczoraj rano N. wstał, otrzepał się, podszedł do szafki i bez patrzenia wyciągnął kartonową teczuszkę – taką lichutką, co dają umowę na telefon komórkowy albo wciskają folder w hotelu z ulotkami MANICURE PEDICURE SPA DEPILACJA DRUGIEJ NOGI GRATIS. W środku – TADAM!…

No kurwa, to jest NIEMOŻLIWE z dwóch powodów:

– nigdy, przenigdy w życiu byśmy nie trzymali TAKIEGO dokumentu w takiej badziewnej teczuszce, oraz

– przewaliłam wszystkie segregatory, teczki i koperty w tej szafce, wszystkie – po trzy razy. Zaglądałam oczywiście również do wszystkich tekturowych teczuszek (i były tam umowy na telefon albo regulaminy banku).

No przecież normalnie diabeł podrzucił, a wcześniej ogonem nakrył.

N. powiedział mecenasom, że dokument się znalazł, ALE NIESMAK POZOSTAŁ. Nie śmiali się, wcale. Jeden nawet kazał przekazać, że jest BARDZO, BARDZO ZŁY (o matko, przynajmniej sobie porządek zrobili w dokumentach – fakt, że niekoniecznie musieli o trzeciej w nocy, no ale jak wiadomo z przysłowia, które jest mądrością narodów – nie znasz dnia ani godziny) (mam nadzieję, że nie planują teraz cichego, wyrafinowanego morderstwa, z którego jako fachowcy w temacie wyjdą zupełnie bezkarnie i nawet bez żadnych podejrzeń).

Ile człowiek życia traci na papiery, to coś okropnego.

A na śniadanie dziś u nas był łosoś ze szpinakiem – dwie miski poszły. Uwielbiam producentow psich puszek – psie puszki to wspaniały wynalazek na miarę seriali w internecie.

Upał, nieee?…

O POMIDORACH C.D. I ŻYRAFCE

 

Pieczone pomidory z oliwą do śniadania. Sałatka z pomidorów na kolację. Z sosami do makaronów to nie bardzo, bo nie przepadamy. W każdym razie jest pomidorowo.

W dodatku pomidory w jeszcze jednej sytuacji towarzyskiej mogą się przydać! Koleżanka opowiadała, jak facet na plaży we Włoszech okładał się plastrami pomidora, bo meduza go poparzyła. Na co ja, że przecież JAK TO – każdy, kto oglądał „Przyjaciół” wie, że na poparzenie meduzy trzeba nasikać! Najlepiej samemu, chyba że nie da rady sięgnąć, to wtedy się prosi najlepszego przyjaciela. Na meduzę najlepsze jest sikanie, no chyba w amerykańskim serialu by nie kłamali (wszyscy wiedzą, że amerykańskie seriale są najlepszym źródłem wiedzy o życiu jako takimi). Na co moja koleżanka mówi:

– No tak. Ale wiesz, tego faceta meduza poparzyła NA TWARZY.

No dobrze. Są sytuacje, w których trzeba uznać wyższość pomidora.

(W temacie sikania – twórców radiowej reklamy, w której pani się przestała spontanicznie śmiać, bo popuszcza, wrzuciłabym do basenu pełnego meduz. Bez dostępu do pomidorów w promieniu 100 kilometrów).

W sobotę byliśmy w Manufakturze po spodnie dla N. i wylądowaliśmy na małym obiadku w restauracji Galicja. Małym!… Zamówiłam kartacze. Pyszne były. Po obiedzie mogłam nurkować głębinowo bez obciążenia; mafia mogłaby stosować zjedzenie kartaczy zamiast cementowych butów dla skazanego. A mogłam wziąć chłodnik!… Ale nie, nie, ziemniaczane kluchy ponad wszystko – to później cierp, głupia babo.

Wpadli do nas znajomi, okazać świeżo narodzoną córeczkę (nigdy nie umiem powiedzieć DO KOGO DZIECKO JEST PODOBNE; boje się odzywać, żeby nie walnąć jakiejś gafy. Nie widzę tego po prostu!… I tak rodzina tatusia powie, że CAŁY TATUŚ, a mamusi – że CAŁA MAMUSIA. Ewentualnie czasem CAŁA BABCIA, jeśli zachodzi podejrzenie, że babcia ma to i owo uskładane w szufladzie i nie zaszkodzi spróbować przez serce do portfela). Razem z maleństwem w nosidełku przyjechała żyrafka Sophie – której od wejścia gorąco zapragnęła Szczypawka. N. już prawie, prawie na mnie nakrzyczał, że dlaczego Szczypawka takiej nie ma – tłumaczyłam, że to edukacyjna dla niemowląt, że eko guma z drzewa hevea, ale dopiero osiem dych wydało się do niego przemówić. Mężczyźni.

 

O POMIDORACH

 

Oto, dlaczego szukam przepisów na pomidory:

pomidorki

 

Sąsiad ma wysyp i N. dziś dostał od niego taką porcyjkę. My mu przywozimy nasiona z wojaży, a później dostajemy gotowe wyhodowane – złoto, nie człowiek. Bardzo mi odpowiada taka współpraca, ale parę pomysłów na ich zagospodarowanie by się przydało.

Od jutra podobno upały wracają – no, mam nadzieję, bo połowa wakacji za nami, a ja jeszcze lata nie poczułam.

O PRZEPISACH ORAZ ZJAWISKU NIEWYJASNIONYM

 

Dostaliśmy od Państwa Zebrów książkę kucharską Haliny Szymanderskiej z podziałem na dania regionalne. Bardzo jest gruba i przyjemna, warto mieć dla samych przepisów na regionalne dania z ziemniaków, a z większych ciekawostek znajduje się tam przepis na rosół królewski. O ile się nie mylę, w części poświęconej kuchni małopolskiej – trochę mi to koliduje z legendarnym skąpstwem Krakusów, bo gatunków mięsa jest tam z siedem, z mieloną wołowiną na końcu. Jeśli chodzi o samo przygotowanie królewskiego rosołu, to tyle jest wkładania i wyjmowania, że niech się schowają pornopowiastki o Greyu (acz nie wiem, czy u Greya występuje również przecedzanie, czyli rosół nawet ciekawszy). Tak czy siak – trzeba sobie zarezerwować pół lodówki na składniki oraz całą sobotę na rosołową gimnastykę. N. oczywiście bardzo jest za tym, żeby go ugotować, ale kazałam mu czekać na listopad, ewentualnie na wizytę gościa z galopującymi suchotami.

A ja bym chciała gdzieś znaleźć przepis na duszone pomidory nadziewane suchym chlebem. Przygotował kiedyś taką potrawę jeden Włoch, znajomy mojej mamy, kiedy siedział w Polsce – wyśmienite to było, chleb z jakimś serem, ale niedużo, coś zielonego i chyba zaciągnięte jajkiem. Ja byłam wtedy młoda, szczupła i głupia i nie interesowałam się zbieraniem przepisów, tylko młodzieżą męską – idiotka po prostu. Dziś bym mu patrzyła na ręce i nie uroniła ani okruszka.

Oraz mam kolejną metafizyczną zagwozdkę – mamy w sypialni lampki nocne zapalane przez dotknięcie do metalowej obudowy, bez włącznika. Od jakiegoś czasu moja lampka sama się zapala – wchodzimy na górę spać, a ona się świeci. Zawsze moja, nigdy N. I nie zapala się w nocy, czyli raczej nie przebicie w kontakcie. Bardzo bym chciała znaleźć jakieś racjonalne wytłumaczenie i wierzę, że takie istnieje (nie wiem, może mucha usiadła? Ale dlaczego zawsze na MOJEJ?). Zdecydowanie wolałabym przebicie w kontakcie niż wkurwioną ektoplazmę, która pewnej nocy wypije ze mnie całą krew albo opęta do tego stopnia, że zacznę prać w orzechach i oglądać „Idealną panią domu” (albo w ogóle polską telewizję, brrr!).

O ODSTAJĄCEJ NODZE

 

Drogi Pamiętniczku, na imieniny zaplanowałam grilla w niedzielę. W międzyczasie (a właściwie w nocy z soboty na niedzielę) temperatura spadła o jakieś czterdzieści stopni, z tropików przenieśliśmy się na Bornholm, ale JA MIAŁAM ZAPLANOWANEGO GRILLA, więc twardo trzymałam gości na tarasie. No dobra, rozdałam polarowe kocyki, jak w kawiarniach w Świnoujściu. Wpuszczałam do domu tylko pojedynczo, na siusiu (i niektórych na Świnkę Peppę). Wszystkim wszystko BARDZO SMAKOWAŁO, w ogóle nie chcieli lemoniady (ciekawe, dlaczego?) i bardzo szybko sobie poszli.

Może jeszcze będę Geniuszem Zła (takim miłym geniuszem zła, jak Barney z „Jak poznałem waszą matkę”.

Dzień zakończyłam bardzo spektakularnym rąbnięciem się w kolano – w samą rzepkę o narożnik łózka. Bardzo solidnego, wysokiego, drewnianego łózka. Usłyszałam ŁUP! I nad głowa zaczęły krążyć mi aureolki ze srebrnych gwiazdeczek i ptaszków Tweety. Kolano boli, trochę nie chce się zginać, a w dodatku to ta sama noga, co dopiero miała skręcona kostkę. Co ona jakoś tak odstaje od rzeczywistości?… Może ja mam syndrom NIE SWOJEJ NOGI, jak ci ludzie, co przychodzą do szpitala i proszą, żeby im amputować, bo to NIE ICH (to musi być straszne uczucie – już obudzenie się ze zdrętwiałą ręka jest dość metafizyczne). No nie wiem. W każdym razie – kuśtykam.

Od teściowej dostałam olejek arganowy podpisany ELIKSIR MŁODOŚCI. Hmm. HMMMMMMMMM.

 

O GADŻETACH PSICH I KOŃSKICH

 

Królik z brązowym ryżem i fasolką szparagową. Kurczak z mango i batatami. Sarnina z cukinią i bakłażanem. Gęś z ziemnaczkami i jabłkiem. Bażant z dynią i makaronem. Cielęcina z makaronem i pomidorami.

Nie, to nie są moje wspomnienia z ostatniego tournee po knajpach lub innej orgii kulinarnej. To są puszki mojego psa! Już kilka razy wpakowałam do nich palec przy otwieraniu i oblizałam, tak to ślicznie wygląda i pachnie, i są ładne, kolorowe kawałki jarzyn i cholera, takiego kurczaka z mango to sama bym zjadła. Ale nie, dla ludzi nie robią takich dobrych, bo człowiek nie świnia i wszystko zje, a pies by się zaraz rozchorował od takiego wstrętnego, napompowanego chemią żarcia. Tak więc Szczypawka przychodzi upominać się o posiłek sześć – osiem razy dziennie; jak jest N. w domu, to częściej, bo on jest słabe ogniwo i miękka fryta, a ona doskonale wie, gdzie uderzyć. Robi akcję wypisz wymaluj z “Psich Sucharków” – “Ja, biedny głodny piesek trzeciego świata” (nie szkodzi, że brzuch już prawie dotyka ziemi) i za chwilę ma zgrabną porcyjkę w miseczce. Chyba muszę wysłać N. na nauki do parafii, gdzie mu wytłumaczą, że pies to nie niemowlę i się go nie karmi na żądanie, bo pęknie.

A w ogóle to od kilku dni nagabuje mnie Zebra zapytując, czy chciałabym wyglądać ŚWIETLIŚCIE i dziesięć lat młodziej? Już jej miałam kurtuazyjnie odpowiedzieć, że za chwilę jej przypierdolę albo podam do Sztrasburga, bo Konwencja Genewska zabrania znęcać się nad kobietami w średnim wieku, tymczasem ona po prostu chce mi kupić jakiś puder – cud na imieniny. W dodatku podobno przetestowany na własnym organizmie i działa. Doprawdy, jak ta nauka idzie naprzód, jakiś czas temu jedynym sposobem, żeby wyglądać świetliście i młodo, była końska maść na hemoroidy. Jakoś się wówczas nie wstrzeliłam w trend (nie, żeby mnie odstraszał specyfik do dupy – przecież jest sterylny i w tubce), ale jakoś tak no nie wiem. Nie czułam potrzeby konkurowania z końskimi hemoroidami. Ale puder?… Puder mogę spróbować. (Nie żebym się łudziła, że odejmie mi dziesięć lat, ale lubię się mazać rozświetlaczami).

Coś bym. Ale nie mam pomysłu, co.

 

PS. Zapytałam N. co by zrobił, gdybym obudziła się któregoś dnia z całkowitą amnezją i mówiąc po fińsku, a on NIC. Tylko wzniósł oczy do góry i poszedł piłować. Wchodzę na fejsbuka, a tu reklama “Język fiński w jeden dzień”.

O BURZY I NAPALMIE

 

No więc, zaczęłam oglądać drugi sezon “Detektywa”, zamiast jak dorosły i odpowiedzialny człowiek poczekać, aż będą wszystkie odcinki. Po mękach oczekiwania na kolejny odcinek “The Fall” i “Broadchurch” stwierdziłam, że nigdy więcej – obyczajowy to jeszcze, ale serial kryminalny – TYLKO cały sezon naraz. Oczywiście, nie od parady mówi się o uroczej kobiecej konsekwencji. A póki co, drugi “Detektyw” podoba mi się bardziej niż pierwszy i teraz mnie SKRĘCA.

Na szczęście, mam na pocieszenie dziewczyny z “Orange Is a New Black”. Są niezawodne. Tylko jakoś dziwnie czas tam leci, bo Daya na oko nadal w czwartym – piątym miesiącu ciąży. A w jednym odcinku (zalęgły im się pluskwy) paradują w samych majtkach i biustonoszach, więc można się przyjrzeć – piąty miesiąc albo podwójna Super Supreme w Pizza Hut.

Była burza, u nas w lesie dość malownicza – owszem, wiało, a z deszczu zrobiła się biała ściana, ale nawet nie zamknęliśmy drzwi na taras, żeby pięknie pachniało i co chwilę wychodziliśmy oglądać błyskawice. Tyle, ze prąd nam wyłączyli na dwie godziny. Tymczasem kilka kilometrów dalej, w Żyrardowie, rozpętał się Armageddon, powyrywane z korzeniami drzewa przewracały się na parkingi i fruwały blaszane garaże – aż nie do uwierzenia.

Następnego dnia rozmawiam z N. przez telefon:

– Słuchaj, podobno mówili w telewizorze, że najgorsze zniszczenia w Płocku, Poznaniu i Żyrardowie, wyobrażasz sobie?

– No wiadomo, że o Żyrardowie powiedzą w telewizji tylko przy okazji jakiejś katastrofy.

– A widzisz, a o Zgierzu powiedzą dopiero kiedy spadnie na niego bomba atomowa. Czyli nieprędko, bo kto by chciał zmarnować dobrą bombę atomową na Zgierz.

(Dla niedomyślnych – N. jest ze Zgierza i od czasu do czasu robimy sobie taki turniej miast).

Przędziorek na różach nadal obecny. N. wypróbowuje kolejne preparaty, ale opcja “napalm” coraz bardziej realna.

O POBUDKACH SOBOTNICH I LECZO

 

Koleżanka na fejsie pyta się, czy spać nie mogę w sobotę. MOGĘ! Mogę i spałabym! Co z tego, kiedy psina robi apele o piątej rano – “Cześć! Kocham cię, tu mnie pogłaszcz. Co na śniadanie?”. Że nie wspomnę, że budzę się poskładana jak damska parasolka do torebki, bo jamnik na kołdrze nagle potrafi mieć trzy metry długości i podzielić łózko w zygzaki jak planszę do tryk traka.

Masło wtedy ocalało, ponieważ nażarłam się na pocieszenie bułeczek. Z białej mąki z glutenem jak stąd do Montrealu. Z lokalnej piekarni, chrupiących i prosto z pieca, takich co dzieciom się mówi “nie jedzcie ciepłego chleba / bułeczek / ciasta drożdżowego, bo będzie was brzuch bolał”. To znaczy, do mnie nikt nigdy tak nie powiedział, bo do mnie się mówiło “zjedz cholera jasna cokolwiek” (ale to było bardzo dawno temu i już nadrobiłam). I co? Zjadłam gorące, nic mnie nie rozbolało, było mi fantastycznie i czułam się jak spełniony egzystencjalnie pyton.

A teraz idę się wykazywać przy garach – cebula omdlała jak przedwojenna pensja żeńska na widok Eugeniusza Bodo, czyli można jechać dalej. Leczo będzie. Uwielbiam leczo, nawet robić.

Upał taki, że motyle chowają się do cienia – jeden skołowany nawet na mnie usiadł, biedaczek.

O POTRZEBIE JEDZENIA MASŁA I KOTWICY

 

Wczoraj to miałam taki dzień, że niewiele brakowało, żebym zeżarła kostkę masła albo pół kilo boczku (odkroiwszy chudą część, samo tłuste), bo naprawdę.

Już pominę Urząd Skarbowy, bo się przyzwyczaiłam. Niedługo będę dla nich stawiać talerz na stole przy posiłkach i kupować prezenty na Mikołajki i na Zajączka, bo obecność tej instytucji w naszym życiu jest nieustająca. Po prostu są, jak woda w kranie, jak prąd w gniazdku – to Urząd Skarbowy w naszej skrzynce pocztowej. Tak jest i już – nie ma się co szarpać, trzeba przywyknąć.

Ale.

Za dwa tygodnie minie rok odkąd rozpoczęłam walkę o zmianę adresu do przesyłania korespondencji od administracji ze Świnoujścia. W zeszłym roku w sierpniu wysłaliśmy formularz (formularz! Nie można tego zrobić mailem, przez telefon, trzeba złożyć papierowy formularz), żeby otrzymywać a) tylko jeden pakiet korespondencji – bo uparcie przysyłali dwa, do mnie i do N. osobno, wszystko poleconym – śmiechom i zabawom nie było końca, kiedy próbowaliśmy to odbierać w terminie, b) na nowy adres. Wypełniliśmy, wysłaliśmy. Oczywiście, po zebraniu podsumowującym rok obrachunkowy, przyszły uchwały na stare adresy.

Co się okazało. Wypełniliśmy formularz w dwóch częściach –jedna dotyczyła korespondencji papierowej, druga mailowej. Skoro wypełniłam mailową, to oznaczało, że chcę otrzymywać korespondencję mailem! I wtedy ta górna część o korespondencji papierowej się nie liczy! – tłumaczyła pani, do której zadzwonił lekko spieniony N. Ktoś coś z tego rozumie? Bo ja nie bardzo – owszem, dostawałam maile z informacją sygnalną (będzie zebranie, będzie zmiana stawek), ale uchwały, zawiadomienia i tym podobne papiery wymagające podpisu nadal wysyłali poleconym. Na stare adresy.

Wypełniliśmy zatem jeszcze raz górną część formularza, starannie omijając dolną, żeby nie wkradło się nieporozumienie.

Po dwóch tygodniach czyli wczoraj dostaję maila, w załączniku znajomy formularz. Jak już wytarłam krew naglą, co mnie zalała, doczytałam treść wiadomości. Co się okazało! Tamten formularz dotyczył mieszkania, ale nie doprecyzowaliśmy, gdzie chcemy odbierać korespondencję dotyczącą miejsca garażowego! Jak nie wypełnimy drugiego (w sumie trzeciego) formularza, to mieszkanie będzie szło na nowy adres, a garaż w dwóch egzemplarzach na dwa poprzednie. HEJ!

Gdzie moje masło.

Zakładamy się co będzie dalej, jak już wyślemy ten o garażu? Przyślą następny dotyczący balkonu? Korytarza? Windy?…

Następnie udałam się na spotkanie z koleżankami, na którym dowiedziałam się, że wybierają się one z moim mężem na wycieczkę kamperem dookoła Bałtyku. Wszystko już w zasadzie mają omówione i nie mogą się doczekać. Mnie oczywiście nikt o zdanie nie zapytał. Na dodatek właściciel lokalu znowu poczęstował nas na koniec limoncello, które jest pyszne, ale po winie pomiata człowiekiem dość złośliwie i znowu miałam wielopiętrowe sny (ale nic nie przebije mojego snu z Lizbony, w którym byłam narzeczoną faceta, który robił mydło z kobiet).

I dowiedziałam się, że w Żyrardowie trzech mężczyzn dokonało zuchwałej kradzieży kotwicy statku. Bardzo mnie to podniosło na duchu (nie, że ukradli, tylko że jesteśmy tacy światowi w Żyrardowie i mamy kotwice).