„Wyniosłem z garażu największego pająka, jakiego w życiu widziałem” – powitał mnie w niedzielę rano N. W wiaderku wyniósł; na słoik był za duży. Poprzedniego dnia osobiście piznęłam przez całą chałupę psią miską, w której siedział kątnik. Na lanczyk zajrzał!… Oraz cos mnie użarło w szyję. Nie komar, po komarze są inne bąble.
W przeciwieństwie do niektórych, nie przepadam za jesienią.
I np. dynia nie jest dla mnie argumentem. Dynia wygląda ładnie, ale smakuje NICZYM. Większość potraw z dyni byłaby tak samo smaczna, albo i lepsza, gdyby ze składników usunąć dynię. Jedynym smacznym elementem dyni są pestki.
Oraz udało mi się obejrzeć całe 30 minut polskiego filmu „Ziarno prawdy”; nie piznęłam płytą przez chałupę jak psią miską z pająkiem tylko dlatego, że to płyta Hanki. Niestety, nie jestem odbiorcą polskiego kina; tam jest tylko dwóch aktorów, którzy GRAJĄ – pan Więckiewicz i pan Trela. Reszta jest na poziomie teatrzyku licealnego i to wystruganego z drewna (od dawna podejrzewam, że współczesne polskie szkoły aktorskie maja bliskie powiązania z Lasami Państwowymi). Nie dość, że mówią przez zęby i bez dykcji, to tradycyjnie jest wspaniały dźwięk, jak z beczki z kiszonymi ogórkami.
Wytrzymałam pół godziny i poczłapałam po „Ojca chrzestnego” na uspokojenie.
Miałam poruszyć temat pani dziennikarki, która boryka się z systemem nie goląc pach, ale chyba szkoda moich deficytowych zasobów energii na takie zagadnienia.
W środę w nocy trzy stopnie. Wyć mi się chcę. I wyłabym, ale Szczypawka się przestraszy. Kocyk z rękawami muszę sobie kupić PILNIE.


