O TYM, ŻE ZNOWU MNIE NIE ZAMKNĘLI

 

My tu bradu, pitu a ja na policji byłam!

Nie jako oskarżona, nie – nikogo nie zabiłam (jeszcze!). Chociaż jak mnie zawezwali na świadka, to N. powiedział:

– Mogą cię zatrzymać na dwadzieścia cztery godziny bez podania powodu! – i wyraźnie poweselał.

Z jednej strony, trochę się mimo wszystko zawiodłam – nie musiałam przedzierać się przez tłum pijaczków ani kobiet lekkiego prowadzenia się, jak również w ogóle przez nikogo nie musiałam się przedzierać. Komisariat był pusty, czysty, dobrze ogrzany, a wszyscy byli bardzo grzeczni i mili. Z jednej strony to oczywiście bardzo dobrze, ale chociaż jedną pijaną nierządnicę powinni trzymać na dołku, żeby wrzeszczała, tłukła w kraty, śpiewała kuplety, wymyślała policjantom, żebrała o papierosy i ogólnie tworzyła koloryt lokalny, bo tak to jest ZBYT STERYLNIE i zdecydowanie nudy.

Nie mieli zamykanego pokoju bez okien, za to z weneckim lustrem, nikt mnie nie przykuł do stołu łańcuchami ani nie polewał lodowatą wodą z węża – jednak seriale potrafią rozbudzić w człowieku pewne oczekiwania, które nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością.

Pan policjant przesłuchujący na szczęście posiadł sztukę prawie bezwzrokowego pisania i umiał obsługiwać sprzęt biurowy, bo inaczej bym tam siedziała do dziś, tyle miał zapisanych pytań. Oczywiście, czytałam do góry nogami protokoły leżące na biurku – to jest okazuje się SILNIEJSZE ODE MNIE (moja koleżanka może zaświadczyć, że człowiek się nie może powstrzymać!), a także dostałam na pamiątkę kartkę z pouczeniem (wiecie, że za fałszywe zeznania grozi teraz do OŚMIU LAT?).

Takie pouczenie to jest fantastyczna lektura. Wiecie, że “Jeżeli istnieje wątpliwość co do stanu psychicznego lub umysłowego świadka, przesłuchanie może odbyć się z udziałem biegłego lekarza lub psychologa”?

– I co, nie sprowadzili ci lekarza? – zdziwił się mój mąż.

No nie. Widocznie nieźle się maskuję. Albo wcale nie jestem takim ciężkim przypadkiem (pewnie zawołają, jak się któregoś dnia stawię z czyimś łbem w ekologicznej siatce na zakupy).

Albo na przykład:

“Za zgodą świadka można go poddać badaniom lub oględzinom, a bez jego zgody pobrać odciski palców, wymaz ze śluzówki policzków, włosy, ślinę, próby pisma, zapach, wykonać fotografię lub nagrać głos”.

Ale jak się człowiek BARDZO nie zgadza na pobranie odcisków palców to one wtedy wyjdą rozmazane, nie? A reszta… pfff, nie takie rzeczy Grzesiek House pobierał bez zgody.

I jeszcze, kontynuując tradycję psychicznych ptaszków z mojego ogródka, w tym roku mamy SIKORKĘ (lub sikorka, bo to chyba jest facet), która walczy ze swoim odbiciem w lusterku wstecznym samochodu. Lusterko (oczywiście to PO MOJEJ STRONIE) jest całe obsrane, ponieważ ptaszek walczy, walczy, walczy… jak się zmęczy, to przysiada na lusterku, odetchnie, otrzepie się, wypróżni i dalej rusza do boju. Odstawia te seanse po kilka razy dziennie – widocznie mało się w jego życiu dzieje i szuka sobie rozrywki. Jak na podjeździe stoją dwa samochody, to zmienia lusterka.

A pyralgina rozpuszczalna jest po prostu MEGA OHYDNA. Niby pomarańczowa, ale i tak WSTRĘTNA. Znowu trzeba będzie rozpuszczać w mirindzie.

O PRYWATNYCH HORRORACH

 

Po wczorajszych konsultacjach z moimi koleżankami – ekspertkami od migren i bólów głowy, na prowadzenie w naszej liście przebojów pysznych proszeczków wysuwa się pyralgina sprint rozpuszczalna o smaku pomarańczowym. Podobno po jednej jest już nieźle, a po dwóch to człowiek ma na twarzy banana ottont dotont. Nie wiem, jak Państwo, ale ja jutro lecę do apteki (w dodatku jest całkiem niezła w smaku, w odróżnieniu od solpadeiny!).

Natomiast.

W tym tygodniu przeżyłyśmy ze Szczypawką czterodniową delegację N. Choć nie było łatwo – o czym za chwilę. Najlepsze, że następnego ranka po powrocie co widzę? Zdechłego ptaszka na balkonie przy sypialni widzę. O mało nie spadłam ze schodów, jak leciałam N. o tym powiedzieć, na co on:

– TAK, TO TAM LEŻY JUŻ JAKIŚ CZAS.

O Święty Janie w bitej śmietanie! Czyli pojechał na delegację ZOSTAWIAJĄC NAS SAME I BEZBRONNE z ptasim ścierwem pół metra od łóżka! (No dobra, może więcej). Cynicznie i z premedytacją!…

Ale to jeszcze nic.

Jednej nocy obudziła mnie DZIECIĘCA POZYTYWKA. Taka wiecie, prosta mechaniczna melodyjka, grająca GDZIEŚ BLISKO.

Chyba wszyscy wiemy, co to znaczy, jak w środku nocy zaczyna grać dziecięca pozytywka.

Oczywiście, byłyśmy ze Szczypawką w sypialni zamknięte na klucz, z kołdrą podciągniętą pod same oczy. Oczywiście, nie sprawdziłam, która była godzina, bo NA PEWNO okazałoby się, że TRZECIA W NOCY i nie pozostałoby mi nic innego, jak się zesrać i umrzeć na zawał (kolejność dowolna).

Oczywiście, mogłam wstać, otworzyć sypialnię i sprawdzić, co to było. NA PEWNO NIC TAKIEGO (i na pewno szukaliby później mojego ciała i ktoś bardzo zdziwiony natknąłby się na zwłoki w jakimś rowie, z dziwnymi obrażeniami jakby zębów i szponów).

Następnym razem jak będzie jechał w delegację, to ma mi wynająć kawalerkę najlepiej nad jakąś knajpą albo monopolowym, czynnym całą dobę, i żeby po lewej mieszkała wielodzietna rodzina (najlepiej w stylu włoskim, taka żeby się wszyscy do wszystkich darli), po prawej – imprezujący studenci, a na górze tancerka flamenco. Wtedy pozytywka nie ma szans.

Być może, BYĆ MOŻE powinnam rozważyć rezygnację (choćby czasową) z jednego z moich hobby, czyli oglądania na jutubie creepy, haunted and disturbing videos from deep web. To taki luźny pomysł.

Aha, i chciałam powiedzieć, że tegoroczne szparagi zielone w szynce z parmezanem bdb. Zwłaszcza, jak się doda masła. No, ale jak się doda masła, to większość rzeczy jest dobra, więc czemu nie chwasty.

O CIEMNEJ STRONIE OSOBOWOŚCI

 

Doszłam do wniosku, że skoro jesteśmy na tym blogasku O KROK od handlu prochami, a jak wiadomo – narkomani są bezwstydni i nie mają zahamowań oraz tajemnic, to dziś pora na WYZNANIA.

Wyznanie nr 1.

Nie mogę patrzeć na sandały Birkenstock.

Od patrzenia na nie ogarnia mnie stężenie pośmiertne i gałki oczne wywracają mi się do środka głowy.

Założyłabym sandały Birkenstock tylko w przypadku szantażu i tylko wtedy, gdyby życie kogoś najbliższego od tego zależało.

 

No dobra, to był light, bo wielu osobom się nie podobają Birkeny. To może cięższy kaliber.

 

Wyznanie nr 2.

Nie dałam rady obejrzeć “Breaking Bad”.

Dobrnęłam do trzeciego odcinka, na siłę i zmuszając się, żeby nie wyłączyć.

Jest to widowisko na zmianę potwornie smutne i potwornie żenujące, kompletnie nie udało mi się żadnego bohatera ani polubić, ani znienawidzić na tyle, żeby interesowało mnie, co im się dalej przytrafiło.

 

To było niezłe, nie? No to tera PA TO:

 

Wyznanie nr 3.

Nie trafiłam jeszcze na chleb pieczony w domu, który by mi smakował.

Albo trafiałam na takie z maszyny, które przypominają przesuszone ciasto drożdżowe, bez smaku i bez wdzięku, albo na ciężkie, gliniaste i zakalcowate twory. Uwielbiam grubą chlebową skórkę, chrupiącą albo przypaloną, tymczasem te domowe nie mają skórki, tylko jakieś biedne, niemające z prawdziwą skórką wiele wspólnego, smutne namiastki. W dodatku nie znoszę chleba z dosypywanym całym ziarnem, a te “domowe” przepisy się w tym lubują, wręcz widziałam taki jeden ZUPEŁNIE BEZ MĄKI, tylko z samych nasion. (Ludzie TO NIE SĄ KANARKI ANI PAPUGI!…)

Jadłam bułeczki hamburgerowe czy pitowe albo podpłomyki – nawet OK, to można upiec w domu i jest smaczne. Ale CHLEB? Tylko z dobrej piekarni (nie mówię o tych pustych skorupach z supermarketów, po których mam zgagę i którymi po ostygnięciu można wbijać gwoździe – nawet na bułkę tartą się nie nadają!).

I po prostu nie rozumiem tej całej kotłowaniny i tracenia czasu, kiedy można w wiejskim sklepiku kupić za niewielki pieniądz znakomity, pachnący pszenno – żytni bochenek (do wiejskich i podmiejskich sklepików dostarczają zwykle pyszny chleb z lokalnych piekarni).

 

To możecie teraz sobie na mnie używać.

A ja sobie poeksperymentuję na własnym organizmie – znalazłam tabletkę pyralginy! JUHUUU! Będzie się działo! Zdam relację.

O TYM, ŻE TA WIOSNA NIE MA Z CZEGO BYĆ DUMNA PÓKI CO

 

Kładę się spać z bolącą głową, wstaję z bolącą głową. Nawet nie mam siły się cieszyć, że malutki powykręcany modrzew nie zmarzł i ma zielone kropeczki na gałęziach. Grzesiek House by mi się przydał – zaraz by zdiagnozował tasiemca bąblowca w mózgu albo lupus (z tym, że to prawie nigdy nie jest lupus). W dodatku pies mi śpi na głowie, A TO COŚ ZNACZY – zwierzęta zawsze się przytulają tam, gdzie choroba. Na solpadeinę to już się chyba uodporniłam, bo tylko mi po niej niedobrze, a łeb boli jak bolał.

Jakaś ta wiosna bez sensu i rozmemłana.

A Szczypawka była u fryzjera i teraz jest aksamitna i zalotna. Pogadałyśmy sobie z panią strzygącą (strzygą?) o życiu i o psach; podobno teraz w modzie są maltańczyki (jorki już passe). Poruszałyśmy tematy “Jak delikatnie powiedzieć właścicielowi, że ukochany pieseczek nie bardzo się kwalifikuje do wystawiania” (bo z psami to wie pani, jak z dziećmi – każde najpiękniejsze i najzdolniejsze – dla rodzica). Albo – jak się nie roześmiać, kiedy przychodzi pan z jorkiem o imieniu TYSON. Albo KILLER. Całe trzydzieści pięć centymetrów grozy! Lub pani ze sznaucerem i prosi, żeby zrobić psu kitkę. SZNAUCEROWI!… Ludzie czasem są bez pojęcia.

W międzyczasie jeszcze byliśmy u Zebry na obiadku; jak już wspominałam, szwagier ma ostry przypadek syndromu Bogumiła Niechcica – aktualnie warzy piwo. Polega to na tym, że ciągle nosi w tę i nazad wielkie gary i wiaderka, w których coś gotuje (nie pachnie to pięknie, o nie!) albo przelewa z jednego w drugie. Najbardziej mi się podobało, jak ustawił jedno na szafce, drugie na podłodze i z tego wyżej leciało wężem do tego niżej, a to co zleciało szwagier nabierał dzbankiem i wlewał z powrotem do tego wiadra na szafce. Bardzo dobry pomysł na terapię zajęciową w zakładzie psychiatrycznym. Trochę się ożywiłam, jak wyciągnął z lodówki plastikowe torebeczki z zielonymi bobkami – nie ukrywam, że wyglądało to całkiem w stylu wczesnej Nancy Botwin – no NARESZCIE coś fajnego na rodzinnej imprezie! Okazało się azaliż, że to drogocenne GRANULATY CHMIELU i nie będziemy tego ani palić, ani wcierać w dziąsła, ani w żaden inny sposób czy innym otworem wprowadzać do organizmu – wolno tylko delikatnie POWĄCHAĆ (“Czy czujesz ten cytrusowy aromat złamany oleistą nutą?”). Jedyne co czułam, to ZAWÓD, że tacy jesteśmy beznadziejnie nudni i konserwatywni i znowu fpizdu cała nadzieja i żadnej rozrywki.

Dobrze, że przez przypadek odkryłam serial o psychopatycznych baletnicach na pocieszenie. Chociaż tyle.

O TYM, CO MNIE BUDZI I NIE TYLKO

 

W środku nocy obudziło mnie objawienie, że muszę zapłacić za śmieci. Ja to mam nocne olśnienia; zamiast „już wiem, czym naprawdę jest światło” albo „odkryłam lekarstwo na raka”, albo chociaż „mam pomysł, jak to zrobić, żeby już nigdy nic się nie zaśmiardło w lodówce” – to mnie budzą śmieci.

Ale wracając do naszych baranów: nawet nie to jest najgorsze, że muszę zapłacić za te śmieci, tylko, to, że trzeba zapłacić, bo MINĄŁ KWARTAŁ! Jak to się stało? Jedna czwarta roku gdzieś wsiąkła! KIEDY?… Dopiero jadłam winogrona i oglądałam Arnolda w Sylwestra! Nie, ja nie nadążam za tym wszystkim.

Odkryłam nowy serial pod tytułem „Mr. Robot”. Jest o hakerach, z Christianem Slaterem, którego lubię i dla którego postanowiłam to dzieło obmacać. Założenia serialu są niesamowicie oryginalne: otóż główny bohater, młody wyobcowany informatyk, odkrywa że światem rządzi… nie, nigdy nie zgadniecie. A jednak. TAK! Rządzi ZŁA KORPORACJA! Dla niepoznaki w serialu nazywa się ona EVIL CORP (to taka gra słówek). Na szczęście wystarczy im się włamać na serwery, żeby ludziom na świecie znacząco się polepszyło. No i tym się mają zajmować przez cały serial. Na razie włamali im się TROCHĘ i zostawili jeden plik, a główny bohater w międzyczasie zdemaskował jednego fiuta, który podrywa panie w internecie A JEDNOCZEŚNIE MA ŻONĘ!… Co za drań, to w głowie się nie mieści – po prostu nie do uwierzenia. (Dobra, z przymrużeniem oka może być, jak się wszystkie inne pokończą).

Natomiast bardzo mi się podoba interpretacja, że mój organizm domaga się leżenia. Jak tylko dziś wrócę do domu, od razu się kładę.

O TYM, ŻE NIBY WIOSNA, ALE…

 

Łeb mnie boli. Przeokrutnie. Ale WIOSENNIE, hahaha.

Psa była zapisana do fryzjera na czwartek, ale jest TAKIE OBŁOŻENIE oraz posiedzenia wyjazdowe z grupą jorków, że impreza została przełożona na sobotę.

A ja wczoraj po południu planowałam sobie zrobić zapiekaneczkę – kręciłam się po kuchni celem skomponowania składu, przy czym okna w kuchni wychodzą na trawnik. Na trawniku żerują szpaczki, najwięcej ich jest rano na śniadaniu i właśnie po południu – aż miło popatrzeć, taki e ładne, pracowite, uwijają się, no sielanka. No i wczoraj właśnie już, już miałam przekroić bułeczkę, nagle WTEM – jeden szpaczek wyciągnął MEGA GLIZDĘ. Ale jaką!… Była taka wielka, tłusta i ohydna, ale to taka OGROMNA, że nijak nie mógł sobie z nią dać rady. Z jednej strony ją szarpał, podfruwał, tarmosił z drugiej, przydeptywał, a to ohydztwo się wiło, rzucało… w dodatku wcale nie była koloru dżdżownicowatego, tylko w takim OBRZYDLIWYM odcieniu żółtawego cellulitu. O mało nie zemdlałam, obserwując tę akcję. Opcja zapiekanki była jakby no longer valid.

I w ogóle niby wiosna, a jakoś tak ponurawo i syficznie.

 

O PSICH ZDOLNOŚCIACH I STACZAJĄCEJ SIĘ LUDZKOŚCI

 

Wczoraj N. wrócił z zakupów na targu z siatką ziemniaków amerykanów (jakie cudne ziemniaki! Fioletowa skórka i śnieżnobiały gładziutki kartofel pod spodem!) oraz informacją, że psy mają w tyłku magnetodetekcję, ponieważ najchętniej robią kupuchnę na linii północ – południe. Jaka pożyteczna informacja! Załóżmy, że na przykład się gdzieś zgubimy – w lesie albo na pustyni – i jesteśmy z psem. Wtedy wystarczy dać psu na przeczyszczenie i wuala! Pies jakże wygodnie zastąpi nam kompas, ustawiając się na linii północ – południe. (Co prawda, nawet gdybym miała prawdziwy kompas i ten kompas by mi pokazał północ, to niespecjalnie wiem, co z tą wiedzą zrobić. To znaczy, owszem, mogę iść na północ dopóki mnie nie zeżrą polarne niedźwiedzie, ale niewiele ponad to. Geografia fizyczna nigdy nie była moją mocną stroną) (za to z geografii gospodarczej miałam piątkę! Z okręgów Thunena).

Przystąpiłam natomiast do oglądania “The Night Manager”; ciekawiło mnie, co to za nowy amant kina, ten Tom Hiddleston, o którym słyszałam, że znacząca część populacji damskiej jest mu gotowa wysyłać swoją bieliznę przesyłką ekspresową do rąk własnych. Włączam ci ja pierwszy odcinek, a tam… LOKI! Ten cały Hiddleston to ta wredna ciamajda Loki z “Avengersów”!… Co go pokazują, to mam przed oczami scenę jak Hulk go dorwał w Stark Tower i trochę sponiewierał (aaahahahahah). Na szczęście absolutnie JEST na kim oko zawiesić, bo Hugh Laurie w roli Bardzo, Bardzo Złego Kowboja jest po prostu fantastyczny (tylko nie bardzo mogę go nienawidzić, bo ma taką poczciwą tę swoją gębę sznaucera olbrzyma). I Olivia Colman, za którą przepadam. To jedna z dwóch moich ulubionych Olivii, obok Olivii Williams. Znakomite aktorki.

Natomiast nie wiem, z czego robione są okazjonalne słodycze pt. “czekoladowe króliczki wielkanocne”, ale NIE z czekolady. Wrzuciłam wczoraj jednego do gara z masą do wafli (teraz, jak odkurzyłam przepis, to je robię co tydzień) i on się WCALE NIE CHCIAŁ ROZPUŚCIĆ!… Mieszałam i gotowałam, a i tak na koniec wyławiałam łyżką szczątki. Rozumiem, żeby dolary fałszować, ale czekoladowe króliki?… Naprawdę, ludzkość się stacza.

O TYM, CO POSTANOWIŁA PRZYRODA

 

Dlaczego mnie musi to spotykać, czego ta fauna ode mnie chce i czy nie mogłaby się odpimpać?…

No więc wczoraj (wiem, że dziś pierwszy kwietnia, ale nie obchodzę) się tak szwendam okołodomowo, tu cos upiorę, tam wytrzepię psie kocyki z piachu, wiadomo, WTEM! Jakiś rumor w okolicach kominka. No niestety, po kilku minutach stało się oczywiste, iż ptak nam wpadł do komina. Wpadł i nadawał audycję rodem z horroru.

N. oczywiście w delegacji. OCZYWIŚCIE. A ja tu z szamoczącym się ptaszyskiem, łomoczącym o blachę dziobem i pazurami. Na zmianę robiło mi się gorąco i zimno, jak próbowałam wymyślić, jakie powinnam wezwać służby – kominiarza? Straż pożarną? ABW? CBŚ? FBI?…

No więc zadzwoniłam po tatusia.

Tatuś wparował w pomarańczowym kombinezonie i mówi – rozłóż gazetkę, bo może tak być, że wyleci trochę sadzy – i jął wnikać w przewód kominowy. Od dołu. Owszem, wysypała się sadza (nie troszkę, o nie) oraz gałązki – jakiś idiota zaczął sobie wić gniazdko na kominie i radośnie razem z tym gniazdkiem WPADŁ. Przy pomocy lusterka zbadaliśmy cały przewód kominowy (normalnie prawie jak u ginekologa, tylko trochę na odwrót), ale nic tam nie było. Okrągła rura i na końcu niebo.

No to jeszcze jest taka możliwość, że ptaszek wylazł trochę z boku rury i spadł na kominek. Otwieramy kominek – jest, jest dziobek! WIDAĆ GŁÓWKĘ! Rozłożyłam więcej gazetek z Kauflandu (nareszcie się do czegoś przydały!) i tatuś zabrał się za odkręcanie górnej płyty paleniska. Odkręca i mówi – wiesz co, ale otwórz od razu okna bo on może wyle… – w tym momencie płyta zgrzytnęła, osunęła się, a z kominka wyleciał NAJBRUDNIEJSZY SZPAK NA ŚWIECIE, cały w sadzach i zaczął mi się obijać po chałupie! A za nim Szczypawka, kłapiąca paszczą! Po którymś okrążeniu udało się go wyeksmitować przez drzwi balkonowe – zostały po nim czarne, tłuste plamy na szybach i jedno haiku na suficie.

Kiedy już sadze opadły, usiadłam trzymając się za serce, a mój tatuś pił herbatkę, pogodnie rozważając – bo wiesz, jak on by się tam zaklinował i na przykład zdechł, to byśmy musieli napalić w kominku porządny ogień, żeby go wysuszyć. Inaczej by wam śmierdział!

Naprawdę mnie pocieszył. Naprawdę.

Uważam, że teraz codziennie powinno mnie witać na tarasie serduszko ułożone ze szpaczych kupek. W podzięce za moje poświęcenie (i szorowanie sadzy, jeszcze tylko ta plama na suficie została).

A najlepsze, że jak N. wrócił wieczorem, ja mu to wszystko opowiadam, oprowadzam, pokazuję ślady, na co on – BO TY TO ZAWSZE MUSISZ COŚ WYMYŚLIĆ.

Nie no, jasne, ten szpak to była moja bujna wyobraźnia, która się zmaterializowała w kominie. Następnym razem wymyślę sobie aligatora wychodzącego z odpływu zmywarki, bo w sumie czemu nie.

Przyroda postanowiła mnie wykończyć i całkiem nieźle jej idzie.

O PSIEJ DEMOLCE OTAZ O TYM, ŻE NIKT NIE WIE, JAK WOMBATY TO ROBIĄ

 

No dobrze. Umówmy się, że COŚ WISIAŁO W POWIETRZU – człowiek sobie potrzebuje racjonalizować takie rzeczy (na przykład, jak obudzi się rano z zabłoconymi stopami, okrwawionym nożem w ręku i stoma tysiącami dolarów pod poduszką). Może to był wpływ Księżyca, spotęgowany równonocą. A może UFO testowało jakieś poddźwięki. Dobra.

Mój mąż chwilowo prowadzi ożywioną korespondencję w sprawie pękniętej siekiery – na razie kazali mu wysyłać zdjęcia. Dla równowagi połamał dziś dwukilogramowy młotek. Obiecałam mu, że jeszcze jedno narzędzie i wyjeżdża z domu na plan kolejnej części THORA, bo nie nastarczymy z tą metaloplastyką.

A mój pieseczek zrobił dziś hejzel w zoologicznym (określenie “hejzel” napotkałam po raz pierwszy w życiu na blogu Pierwszej i zakochałam się w nim całkowicie). Kupowaliśmy pieskowi paszę, a piesek tymczasem langsam, langsam przemieścił się w okolicę regału z przekąskami i WYWALIŁ NA PÓŁ SKLEPU koszyk z kurzymi udkami na patykach i kawałkami czegoś suszonego (najprawdopodobniej bycza pyta, pyszna i zdrowa). I nie, że złapała jedno i z tym uciekła, nie. Zgarnęła PIĘĆ udek i kawałek tego suszonego (domniemanej pyty). Pewnie powinnam była zrobić awanturę, jak mamuśki w marketach, że DLACZEGO TOWAR JEST NA POZIOMIE OCZU I ŁATWO DOSTĘPNY, ale jestem mało asertywna i zapłaciłam. Jedenaście złotych. JEDENAŚCIE ZŁOTYCH!… Szczypawka ma zapowiedziane, że posadzę ją w Międzyborowie na peronie z kapelutem na datki położonym na ziemi i niech ZBIERA na swoje fanaberie, jak nie umie się zachować. (Wiecie, psu trudno jest potrącić z kieszonkowego) (a za jedenaście złotych to jest prawie jedna trzecia piżamy ze Snoopym w Lidlu!).

Z informacji niezbędnych człowiekowi współczesnemu w egzystencji pozyskałam ostatnio taką, iż kupa wombata ma kształt sześcianików i nikt nie wie, jak one to robią. A to spryciule!…

O GOSPODARSKIM BAKCYLU I DZIWNEJ STRATEGII BONDA

 

Najsamprzód mrówki zeżarły mi babeczkę do koszyczka. A wysypałam im trochę cukru – to nie, tym wysypanym wzgardziły, musiała być babeczka. Może wśród mrówek też jest popularna teoria, że kradzione nie tuczy (a mrówka nie może przytyć, bo ma egzoszkielet). Na szczęście, mój Zaradny, Przewidujący i Perspektywicznie Myślący Mąż kupił mazurek, więc koniec końców było w koszyczku ciasto.

Później jedliśmy gęś, którą upiekł Szwagier. Szwagra, podobnie jak N. i wielu innych w naszej osadzie, dopadł bakcyl im. Bogumiła Niechcica. Opętani taką chorobą dostają świra na punkcie prowadzenia gospodarstwa domowego – budują wędzarnie, pieką chleby, robią piwo, dojrzewają sery, hodują warzywa nieskalane chemią i Monsanto (nie przyjdzie im tylko do głowy, żeby posprzątać np. w szufladzie z gaciami; albo w sumie – w jakiejkolwiek szufladzie). Ja mam wrodzoną odporność na tego bakcyla, więc obserwuję to szaleństwo przez okno, pogryzając coś z dużą ilością E, kupione gotowe w Biedronce. Nie no, schabik wyszedł N. nawet niezły, cztery dni go wędził w zimnym dymie i wyszło coś jak polędwica łososiowa, tylko o wyraźniejszym smaku. A jak się zabrał za rąbanie drzewa, to pękła mu siekiera. Jeszcze nie słyszałam, żeby komuś PĘKŁA SIEKIERA – trzonek połamany to tak, ale SIEKIERA pęknięta?…

Następnie oglądaliśmy najnowszego Bonda. N. rozczarowany, bo podobno Bond za mało biegał, za mało się ścigał i było za mało wybuchów. No nie wiem, mnie się podobał o wiele bardziej, niż odcinek z Kurylenko – tylko piosenka słaba, oraz… Umówmy się – można przyjąć założenie, że Bond ma nieograniczony budżet. I w ramach tego budżetu jak oni trafiają z dziewczynami dla Bonda?… No powiedziałabym, PONIŻEJ PRZECIĘTNEJ. No dobra, czasem się trafi diament w stylu Bo Derek, Grace Jones, Halle Berry czy Eve Green. Ale w tym najnowszym?… No, Monika Belucci. Ale Monika Belucci to już jest bardziej SYMBOL, niż cokolwiek innego. Tak, tak, każda kobieta w jej wieku chciałaby… itd. Ale ta druga też jakaś taka miałka (i nie mówię tu o super piękności, bo np. Eve Green też nie jest klasyczną pięknością, a na ekranie nie można od niej oderwać oczu). W dodatku każą jej nosić BEZNADZIEJNE ubrania. Wręcz oszpecające kiecki (ta biało niebieska na pustyni? Co to ma być w ogóle? Cycki w niej wyglądają, jakby miały rozbieżnego zeza).

Moi Avengersi lepsi (co nawet N. przyznał) (ale co, utopili Hulka? HALO? Ja się tak nie bawię!).

A później już nie było miło, bo pojechaliśmy do teściów. Na dzień dobry zostałam powitana tekstem, że skoro nie byłam u spowiedzi, to jestem islamistką (rozumiem, że to z założenia miała być obelga, tylko nie wiem – dla mnie? Dla islamistów?…). Później już było tylko lepiej, nasi znajomi to złodzieje, ja jestem chora i tym podobne perełki z ust wyspowiadanych katolików przy wielkanocnym stole. Więc wstałam i wyszłam. Jak u Kate Atkinson – wzięłam psa i poszłam.

Może i tym razem powinnam, jak zwykle, skupić wzrok na jakimś elemencie meblościanki, nabrać wody w usta, myśleć o czymś innym i przetrzymać całą wizytę metodą trzech małpek. Ale za dużo jest na świecie zła i podłości z powodu obojętności. Niereagowania. No to wyszłam. Tyle mogłam zrobić.

Na osłodę mam jeszcze piaskową babkę – zebrę. No i czas zajrzeć, co u Boscha, bo pewnie się chłopak stęsknił.