O PRZEMIJANIU I O TYM, KTO WYŻERA MŁODE ZIEMNIAKI

 

Już wiecie co. Ja wiem, że wszyscy umrzemy, ale żeby Maria Czubaszek i to tak młodo?… (Z drugiej strony, ile już osób odeszło, o których myślałam, że świat bez nich się skończy – Irena Kwiatkowska, Sławomir Mrożek, Stefania Grodzieńska, Stanisław Lem, David Bowie, Babcia, Mama…)

Jak już jesteśmy przy tematach ponurych, to rozmawiałam niedawno z mamą Zebry, będącą jednocześnie moją matko krzestno o Alzheimerze. Tu trzeba poczynić małe wprowadzenie – jest to osoba, która uwielbia słodycze, czekoladę zwłaszcza. Jestem pełna podziwu, ile cukierków czekoladowych i napoleonek jest w stanie wciągnąć, cały czas mając niezłą figurę, a absolutnie żadnego sportu czy spacerów nie uprawia –  odziedziczyłam po niej temperament i energię życiową (czy raczej ich brak). Nie po matce, która była jak żywe srebro i nie mogła usiedzieć na miejscu, tylko właśnie po chrzestnej – uważajcie, kogo bierzecie na chrzestnych dla dziecka, bo to okazuje się może nie być bez konsekwencji! Ale zamiłowania do czekolady nie odziedziczyłam – słabo mi, jak dzwoni i się zwierza, że właśnie zjadła całe pudełko czekoladowych patyczków z pomarańczowym nadzieniem w środku i jakoś ją lekko mdli. No ciekawe dlaczego!… Bardzo ciekawe.

No i o tym Alzheimerze. Jaka to straszna choroba; jak rodzina nie może sobie dać rady, bo potrzeba osoby czuwającej przy chorym dwadzieścia cztery godziny na dobę, bez najmniejszej przerwy, znajoma poszła do łazienki, a w tym czasie babcia zdążyła zwiać z domu tak daleko, że szukali jej pół dnia. A że moja ciotka jest również z zamiłowania fatalistką (też mam to po niej), to zaczyna lament, co to będzie, jak ona zapadnie na Alzheimera i zwieje z domu i pewnie umrze z głodu albo zamarznie, bo gdzie ją znajdziemy?

Na co mój mąż:

– JAK TO GDZIE – w kolejce po kremówki w cukierni Jagoda! A jak nie tam, to w Biedronce przy pudełkach z cukierkami na wagę.

Tośmy ciotunię uspokoili. Że w razie czego, szast prast i się znajdzie w piętnaście minut.

A dziś, o 7.30 już nie było na targu młodych ziemniaków, chociaż już są, ale ich nie ma, bo przyszli i wykupili – nasz pan od ziemniaków tłumaczył N., że nic mu nie zostało, bo brali po dziesięć kilo NA KOMUNIĘ!

– Co za miasto – piekli się N., który już się na te ziemniaczki oblizywał od środy. – Ziemniaki kupują na komunię! Zamiast wódki, jak w normalnym, porządnym domu!

Skoro jesteśmy przy młodych ziemniaczkach, to podaję przepis na najlepszą sałatkę do grillowanego mięsiwa, autorstwa mojej Mamy:

– młode ziemniaczki, ugotowane w mundurkach, przekrojone na połówki, a większe na ćwiartki;

– młode marcheweczki, ugotowane na półtwardo, pokrojone na kawałki;

– różyczki kalafiora na półtwardo;

– różyczki brokuła na półtwardo;

– fasolka szparagowa zielona, ugotowana;

– a do tego bardzo dużo posiekanego koperku i sos winegret (przyznam, że moja mama brała takie sosy Knorra z torebki, paprykowo – ziołowy albo koperkowo – ziołowy).

Pyszna i ulotna jak wszystko w życiu, bo najlepsza wtedy, jak ziemniaczki są wielkości włoskiego orzecha, a marchewki malutkie i młode. Ech…

O, proszę: “Spłonęło największe cmentarzysko opon w Europie. Kłęby toksycznego dymu. Zostańcie w domach” – ależ naturalnie! Najlepiej na kanapie, prawda?…

O TYM, ŻE CZARNE SAMOCHODY SĄ BEZ SENSU

 

Mój niezmiennie czarujący mąż nosi obandażowany palec dumnie i wysoko i każdemu chętnie opowiada, co mu się stało. Otóż, JA GO NAPADŁAM – z nożem. I on odruchowo podniósł ręce, żeby zasłonić twarz (w tym momencie pokazuje, jak zasłaniał). I wtedy ten nóż (z którym w ręku się na niego rzuciłam) pojechał mu po palcu do kości. No i tak.

Oczywiście, wszystko to na śmiertelnie poważnie i z kamienną twarzą. Popłoch w oczach rozmówcy – bezcenny (cóż, od wielu lat ciężko pracuję na swój image; widocznie moje okrzyki “Ja go w końcu zabiję!” na widok kolejnej paczki z dłutami ciesielskimi albo trocinami do wędzenia trafiły na podatny grunt).

Wczoraj pod zoologicznym próbowałam się włamać do cudzego samochodu. Z torbą psiego żarcia, jak zwykle myślałam o czymś innym i tak ciągnę za klamkę raz, drugi, trzeci, z przodu się nie otwiera, to może spróbuję z tyłu… Dobrze, że właściciela nie było nigdzie w pobliżu, jak się mu się tak beztrosko bujałam na klamkach, bo mógłby się trafić jakiś nerwowy, faceci zwykle nie mają poczucia humoru na punkcie swoich samochodów. N. zwracał mi uwagę, ale oczywiście nie słyszałam, bo byłam ZAMYŚLONA, tak? Niektórym ludziom się zdarza!

Oj bo wszyscy te samochody kupują takie CZARNE. I później człowieku weź i poznaj swój! Potejto, potato – trzeba kupować groszkowozielone. Albo zamocować na dachu pantofel, jak w “Priscilli, królowej pustyni”! Wtedy na pewno bym się nie pomyliła.

Goga mi kazała oglądać “Making a Murderer”. Pomyślałam sobie – etam, dokumentalny, ja nie lubię dokumentalnych, no ale zerknę. O LUDZIE!… Już mam wyszarpane skórki przy paznokciach, a jestem po drugim odcinku dopiero. Jak sobie powyrywam włosy, to mi będziesz Goga perukę refundować. Tyle powiem.

O PIŁOWANIU TOROWISKA I CZEPIANIU SIĘ KRÓWEK

Hm.

Wygląda na to, że naprawiłam “kino domowe”. Oczywiście całkowicie przypadkiem – niechcący usiadłam na pilocie i pokazało mi się na ekranie, czy chcę wyłączyć playback. Nie wiedziałam, czy chcę, a że z natury jestem przekorna, to nacisnęłam “NO”. I wszystko wróciło do normy, to znaczy – słychać w telewizorze i nie muszę włączać wszystkich kolumn przez wzmacniacz i nie drżą szyby w oknach. Ale co trzeba nacisnąć, gdyby sytuacja się powtórzyła – nie mam pojęcia. Będę znowu siadać na pilocie, do skutku.

W domu od kilku dni pachnie żelaznym pyłem zmieszanym z przepracowanym olejem silnikowym. N. dostał gdzieś na budowie stare, drewniane podkłady kolejowe, przywlókł je sobie na podwórko i teraz piłuje na kawałki. W asyście Szczypawki. Później wracają do domu i wnoszą niepowtarzalny aromat starego, nagrzanego torowiska w upalny dzień. Szczerze powiedziawszy – nie jest całkiem nieprzyjemny i wolę już to, niż roznoszone po całej chałupie trociny. Taki osobliwy PERFUM.

(“Perfum” to jedno z moich ulubionych słówek z forum dyskusyjnego. Zaraz obok zaproszenia na “torta” oraz pań, które są takie “sflustrowane”).

Oraz.

W kwestii krówek.

Znowu kupiłam krówki. W Biedronce – z pudełka na wagę, takie duże, ni to krówka, ni to batonik. Przyznam się, że je macałam paluchem, jak klasyczna baba supermarketowa, czy aby się ciągną. Ponieważ wymacana krówka ugięła się elastycznie, to wzięłam.

O panie Jezu na toście (z szynką i ananasem)! Dobrze, że nie zeżarłam od razu całej, tylko odgryzłam tak może z jedną trzecią – skleiło mi gębę na ładnych kilka minut, ani nie mogłam tego połknąć, ani wypluć, ani pogryźć. Chyba z dodatkiem superglue albo nadprodukcji z cementowni Góraźdźe. Chyba świat próbuje mi po raz kolejny powiedzieć “odczep się wreszcie kobito od tych krówek”. Normalnie chyba tym razem posłucham.

O NADCHODZĄCEJ UROCZYSTOŚCI I MAŁYM ACZ KRWAWYM WYPADECZKU

 

No i najmniejsza kuzyneczka z naszej rodziny idzie za mąż, tym samym SKOŃCZYŁA SIĘ PEWNA EPOKA. Najmniejsza nie znaczy, że nieletnia i np. przedsiębiorcza rodzina sprzedaje ją jakiemuś śliniącemu się drabowi za przysłowiowe pińcet, tylko po prostu najmłodsza, a w wieku już jak najbardziej zamążpójściowym. Co tym bardziej uświadamia mi, jaka już jestem stara.

Na fali melancholii wobec powyższego kupiłam sobie trampki Mustanga (no co?… Przecenione były, a w zeszłym roku nie było mojego numeru w tym kolorze!).

Następnie N. odciął sobie dłutem znaczną część tkanek mięsnych na palcu. Zalał krwią warstat, psie plecy oraz cały zlew w kuchni. No naprawdę, dawno nie zmieniałam nikomu opatrunków – bardzo się za tym stęskniłam! Ja jestem z powołania seryjnym mordercą, a nie siostrą miłosierdzia, a ciągle coś komuś muszę bandażować!… Jak jeszcze coś sobie urżnie, to skonfiskuję mu te wszystkie narzędzia, bo to już jest WKURZAJĄCE. Nie dość, że cały czas czymś hałasuje, to jeszcze mi kuchnię posoką zalewa.

Już oficjalnie mówią, że to ostatni sezon “Dobrej żony”. Nie wiem, co to będzie – bardzo się czuję z nią zżyta. Będę tęsknić.

 

O ZAGADCE LOKALOWEJ

 

Nie, to jest niemożliwe, żeby na moim blogu pojawiła się informacja o tym, że BIEGAM. Nie na serio (i na pewno nie na trzeźwo). Jeśli MIMO WSZYSTKO kiedyś się pojawi, to może oznaczać jedno z dwojga:

– albo mnie porwali i przetrzymują i udało mi się na chwile dorwać do internetu i to jest sekretne WOŁANIE O POMOC – wtedy trzeba zawiadomić odpowiednie służby i / lub mojego męża (jakby jeszcze nie zauważył, albo zauważył ale za bardzo się ucieszył, żeby interweniować);

– albo już nie żyję i to pisze zupełnie ktoś inny.

No, jeszcze mogli mnie poddać elektrowstrząsom i usunąć mi pamięć i osobowość, czyli prawie to samo, co „nie żyję”.

No i skończyłam drugi sezon „Line of Duty” – na jednym odcinku próbowałam sobie robić manicure, ale tak wjechałam cążkami w mięso z wrażenia, że od dwóch dni chodzę z opuchniętym paluchem. Najgorsze, że teraz musze czekać do końca trzeciego sezonu – bo tego się nie da oglądać na bieżąco i CZEKAĆ na nowy odcinek. Nerwy by mnie zeżarły.

Po drodze do roboty mijamy taki jeden blok, na którym wisi (już jakiś czas) plakat „LOKAL DO WYNAJĘCIA 18 METRÓW KWADRATOWYCH”. Za każdym razem się zastanawiam, co można świadczyć na osiemnastu metrach kwadratowych?…

O WRACANIU DO BAGIENKA

 

Ulegliśmy presji społecznej i pojechaliśmy na majówkę. Już wróciliśmy, bo ja jak Shrek – jak mi to często wypomina małżonek. Nawet nie chodzi o niebanalną urodę, tylko o to, że najbardziej lubię siedzieć na moim bagnie. To znaczy – w lesie, ale mówimy na nasze pied-a-terre per “nasze bagienko”.

Dzięki autostradzie i dobrej ekspresówce jedzie się od nas do Świnoujścia szybko i wygodnie – z tym, że NIEKTÓRZY przez całe 650 kilometrów z jamnikiem na kolanach. Ona nie jest ciężka, w dodatku bardzo grzeczna w samochodzie, ale co z tego – pięć godzin deptania pańci jak kapusty w beczce. Mam małe siniaczki na udach w kształcie psich piętek.

Na miejscu – N. naprawiał krany i inne popsute elementy wystroju wnętrza oraz spacerowaliśmy plażą. Pogoda była jak z katalogu! W piątek trochę wiało (no dobra, trochę bardziej niż trochę), ale później to już luksus, słońce jak reflektor i w ogóle prawie San Remo. Na promenadzie – wszystkie ławeczki pozajmowane i ogólnie ludzi tyle, że ja sobie nawet NIE CHCĘ WIZUALIZOWAĆ, co tam się musi dziać w sezonie. Lokale wiadomo, że jeszcze nie jadą na pełnej wysokości przelotowej, tylko tak na pół gwizdka, a stoliki w ogródkach prawie wszystkie pozajmowane!… Ale gofry w “Czuć miętą” zaliczyliśmy. Oraz kurczaka z kurczakowej budki na Konstytucji 3 Maja (lepsze od tych z Renesansu, oświadczam!). No i ryby w Chiefie: “Co jest świeżego?” – “Wszystko jest świeże, proszę pana, ja nic nieświeżego bym nie sprzedawała!” – oburzyła się pani Chiefowa i upchnęła N. opakowanie śledzików korzennych. Jej ulubionych. Hm.

Wieczorami się, nie ukrywam, alkoholizowałam – w Lidlu w ramach hiszpańskiego tygodnia rzucili różowe wino z Navarry. Pyszne. Prze – pyszne. Grzechem by było je zostawić na sklepowej półce. Na pewno bardzo źle by się tam czuło! W moim żołądku mu o wiele wygodniej.

Do morza aktualnie WSZEDŁ ŚLEDŹ i wszyscy go łowią. Najtwardsi zawodowcy łapią na żyłkę z przywiązanymi haczykami z robakiem i wyciągają po trzy, cztery ryby naraz!… Ja myślałam, że śledzie są mądre. Oprócz tego, że pyszne. Niestety, jak widać chyba niezbyt. A może są po prostu bardzo głodne, po zimie. A może weszła taka wielka, naprawdę wielka ławica i łapią się tylko te najgłupsze – spod samego końca ogona krzywej Gaussa. Jeden pan dał świeżutko złapanego śledzia swojemu husky, który go radośnie wpierdzielił całego na miejscu, z łbem i flakami, bardzo zadowolony z siebie. No ja wiem – świat to jedna wielka restauracja. Szczypawka próbowała degustować zdechłe flądry, których podczas spaceru znaleźliśmy trzy, w różnym stadium rozkładu. Jedna była bardzo, ale to bardzo zdechła i najtrudniej było od niej pieseczka odciągnąć.

Bardzo było miło, ale cieszę się, że już jestem w domu. W swoim bagienku. To co tam nowego w serialach?… Drugi sezon “Line of Duty” re-we-lacja.

O WĘDKARZACH I PRZYGODACH NA LOTNISKACH

 

Ponieważ wczoraj zafundowałam sobie na obiadokolację “Przysmak Wisławy”, czyli skrzydełka ze stripsami, to dziś jestem liryczna jak przedwojenny kredens. Boli mnie cały przewód pokarmowo – doktorski, co nie zmienia faktu, że kurze pyszności mi jeszcze zostały na dziś i zamierzam je spożyć. A co!… Lubię szalone życie na krawędzi.

Psychopatę, który jest autorem reklamy radiowej, w której złota rybka mówi do wędkarza że spełni jego trzy życzenia, a on “Masz być smaczna, chrupiąca i bez ości” i CHLAST! ją tasakiem – aaaaa!… No więc, tego psychopatę się powinno wytarzać w smole i pierzu i na furze gnoju wywieźć na dziedziniec Sejmu i tam zostawić. Nie wiem, CZEGO to jest reklama, bo po każdym CHLAST zaczynam krzyczeć, płakać i przeklinać (N. już parę razy o mało nie wjechał w barierkę na autostradzie). Strasznie mnie dołuje. Strasznie. Chociaż w sumie – cała prawda o tych bandytach, wędkarzach!…

Z powoli podnoszącymi się na głowie włosami przeczytałam ostatnio informację o pani, która została PONIŻONA na lotnisku Heathrow, bo nie chcieli jej wpuścić do samolotu z mlekiem dla niemowlęcia!… Skandal, prawda? Tylko, że żadnego niemowlęcia z nią nie było, to raz. A tego mleka miała PIĘTNAŚCIE LITRÓW – część zamrożonego, część nie. I wlokła to w bagażu podręcznym. Bo była na służbowym wyjeździe przez dwa tygodnie i wiozła dzieciątku to, co w tym czasie udoiła. Ja już pomijam przepisy dotyczące przewozu płynów, ograniczenia wagowe bagażu podręcznego (chociaż w sumie dlaczego pomijam? One przecież obowiązują wszystkich), ale większość tego mleka nie miała szans nie być zepsuta. Nie wierzę, że nadawałoby się do zjedzenia. W sumie celnicy wyświadczyli jej dziecku wielką przysługę, jeśli mamusia naprawdę zamierzała je tym nakarmić! Choć podejrzewam, że pani z gatunku awanturnic, które MUSZĄ UDOWODNIĆ SWOJĄ RACJĘ. Nawet, jeśli jej nie mają; a im bardziej jej nie mają, tym głośniej drą paszczę.

Skąd. SKĄD się biorą tacy ludzie? I po co?

A jeśli chodzi o przygody na lotniskach, to raz lecieliśmy z grupą wysokogórskich wspinaczy – przesiadali się w Madrycie do samolotu lecącego do Ameryki Południowej. Mieli na sobie wspinaczkowe ciuchy, a zwłaszcza buty – nie dziwne, że je włożyli – taki jeden but zająłby im całą walizkę nadawaną na bagaż. Wyglądały jak buty narciarskie do potęgi jedenastej. Zastanawialiśmy się z N., JAK oni się w tym zmieszczą pomiędzy siedzenia i jak wysiedzą w nich całą podróż. Chociaż to bez sensu, bo te buty przecież muszą być superwygodne, pomimo swojego wyglądu – oni na wspinaczce w ogóle ich nie zdejmują przez kilka dni i nocy chyba?… W każdym razie, nadzialiśmy się na nich już na bramkach bezpieczeństwa – prawdopodobnie wszyscy się na nich gapili, bo stanowili bardzo wesołe party, jak obierali się z tego swojego sprzętu po kawałku, żeby się prześwietlić. Ale najlepsze było, jak się okazało, że mają w swoich specjalistycznych stalowych termosach KAWUNIĘ. Pyszną, domową, posłodzoną. Oczywiście, nie mogli jej przenieść przez bramkę bezpieczeństwa – prawie się popłakali z tego powodu; żłopali każdy po dwa – trzy kubki, a czego nie dali rady wypić, wylewali. Częstowali też strażników. Ale żadnemu nie przyszło do głowy, żeby robić drakę. Chociaż jeszcze w kolejce do zajęcia miejsc w samolocie wzdychali żałośnie, wspominając swoją kawunię.

No i tak o. Podobno majówka ma być ładna. Hm.

O TYM, CO CHCE NAM ZROBIĆ NOWY PIEC

 

Dziś pobudka o czwartej siedemnaście. Ha. Przebije mnie ktoś?

Zawsze, jak tak rano wstaję, uderza mnie ilu ludzi już o tej godzinie normalnie funkcjonuje. Ja się dowartościowuję, jaka jestem dzielna, bo wstałam o trzeciej żeby np. zdążyć na samolot na wakacje, albo o czwartej bo cośtam, a później okazuje się, że nie ja jedna – mnóstwo ludzi już o tej godzinie na przystankach, w autobusach, w samochodach, obsługuje nas w kawiarni albo otwiera sklepy. I że nie jestem wcale takim dzielnym żuczkiem, jak mi się wydaje, bo prawdziwe dzielne żuczki to ci wszyscy, którzy normalnie, codziennie o tej godzinie wstają i stawiają się do roboty. I nie dostają za to medali i nawet nie oczekują.

Nowe wiadomości o piecu? PROSZĘ BARDZO.

Piec przez całą zimę działał jak złoto, złego słowa nie mogę powiedzieć. Woda gorąca, w domu cieplutko. Ani razu nie napaliliśmy w kominku! (I komin przestał śmierdzieć i wpadł nam do niego szpak) (i mam teraz brudny sufit). Nastała wiosna. Ociepliło się.

A piec nadal napierdziela. W domu mamy żar tropików łamane na termy rzymskie; ja, która UWIELBIAM upał i zimą chodzę w skarpetkach i kapciach emu nawet po ugrzanej podłodze – SŁANIAM SIĘ i omdlewam, bo nie ma czym oddychać. N. skręcił temperaturę do minimum, ale piec się nie poddaje i wyciąga w salonie do 25 stopni. Taki nam się trafił SMERF PRACUŚ, po tamtym poprzednim – draniu, intrygancie, histeryku i terroryście. Wyłączylibyśmy już ogrzewanie całkiem, ale ciągle w nocy spada temperatura prawie do zera, a poranna toaleta w lodowatej łazience tak średnio mnie pociąga. Na razie po dobroci namawiam N. do wnikliwego przestudiowania instrukcji obsługi pieca, a za chwilę przestanę go namawiać po dobroci, tylko zwiążę gumowym pająkiem – ściągaczem do bagażnika i odplączę dopiero, jak już się wszystkiego dowie.

Chyba że to nie żaden pracuś, tylko następny psychopata, który najpierw uśpił naszą czujność, a teraz chce nas udusić. Z piecami WSZYSTKO jest możliwe.

A Sistermoon dała cynk o następnym dobrym serialu – “Line of Duty”; produkcji BBC, o policji. Jestem po dwóch odcinkach – ŚWIETNY.

I jeszcze jeden BBC – “Dig”, z Jasonem Isaacsem, więc wiadomo, że będę oglądać i zapowiada się nader nieźle – też detektywistyczno – śledczy, dzieje się w Jerozolimie. Tylko trochę mi tam zgrzyta wątek religijnego kultu, co kurna hoduje małych chłopców w laboratorium (?????). No zobaczymy.

A propos pająków – uratowałam dziś jednego z wanny i proszę, od razu słońce wyszło!

O TYM, ŻE OOPS! HE DID IT AGAN

 

Drogi Pamiętniku, ZNOWU mi to zrobił. Zostawił samą na noc i dał w długą (podobno delegacja).

Akurat trafiła mi się ta noc, kiedy była PEŁNIA. Po prostu cos fantastycznego – w całej okolicy psy szczekały i wyły jak opętane, więc i Szczypawkę nosiło po całej sypialni. W pewnym momencie usiadła i spojrzała się na mnie takim przepraszającym spojrzeniem, jakby chciała powiedzieć „Sorry, pańcia, ale ten wilkołak co tu krąży jest już dość głodny i właśnie na serio się zabrał za nasze drzwi garażowe”.

Było bosko. Zwłaszcza z pobudką o piątej rano. Miałam ochotę o tej piątej w sobotę ZADZWONIĆ do jaśnie pańcia, chrapiącego po trudach uroczystej kolacji gdzieś w urokliwym hoteliku, ale nie jestem AŻ TAKĄ ŚWINIĄ.

Mój dzisiejszy horoskop:

„Nowy tydzień przywitasz w ponurym nastroju. Praca będzie Cię męczyć, a koledzy irytować. Wzajemne relacje z otoczeniem staną się nieprzyjemne i napięte.”

Dokładnie właśnie tego mi było trzeba do pełni szczęścia.

Idę jeść robaki.

O ODKRYTYCH TALENTACH I SERIALU

 

Kto rano wstaje, ten przycina sobie palec szufladą.

Dawno już odkryłam, że mam przeróżne talenty, teraz okazało się, że jestem znakomitym DŹWIĘKOWCEM. Celem wprowadzenia: oglądam filmy na DVD na playstation, bo ona jest najszybsza – o wiele szybciej odczytuje i uruchamia, niż te niby profesjonalne blureje, i w ogóle się już PRZYZWYCZAIŁAM, tak? I normalnie uruchamiałam playstation i telewizor i wszystko szło przez telewizor. Ale kurde zachciało mi się włączyć wzmacniacz i CÓŚ nacisnęłam. Najpierw w ogóle nie chciała mi playstation wrócić na telewizor, tylko musiałam odpalać wzmacniacz, żeby w ogóle był obraz. No to znowu coś nacisnęłam i teraz tak: bez wzmacniacza mam obraz i mam muzykę z tła w BARDZO dobrej jakości. Ale nie słychać ścieżki dialogowej! HA! Żeby słyszeć dialogi, muszę włączyć wzmacniacz. I kurwa skończyły mi się pomysły, CO NACISNĄĆ, żeby wróciło do stanu wyjściowego!…

I jeszcze mam taką uwagę – producent mógłby umieszczać jakiś emotikonek na przekąskach dla psa z wołowej tchawicy. Bo różne śmierdziuchy już mój piesek degustował – i świńskie uszy, i bycze pyty, i skórzane kostki… Ale czegoś tak potwornie śmierdzącego jak tchawica, to jeszcze NIGDY. Dobrze, że postanowiła to spożyć w przedpokoju, a nie na kanapie. Jednak ma litość nad pańcią.

Natomiast – ruda z “The Killing” się znalazła! Gra w (takim sobie, ale można oko zaczepić) serialu “The Catch” i to z kim! Z Nate Fisherem z “Sześciu stóp pod ziemią”, który się NIC nie zmienił i gra bad guya i straszną świnię, ale niestety nie jest w tym wiarygodny, bo ma takie miłe, psie oczy i za bardzo go uwielbiam. Natomiast RUDA jest ostatnią niewybotoksowaną aktorką serialową, co moim zdaniem jej się chwali – ma zmarszczki na czole i koło oczu i wygląda z tym świetnie. Ma lepsze ciuchy niż w “Killingu”, więc przynajmniej widać jaka jest zgrabna, natomiast niestety przesadzili z makijażem. Oraz dla równowagi – w ogóle nie przesadzili z dialogami – efekt jest taki, że mocny makijaż daje minus pięćset do inteligencji (a to akurat często można zaobserwować). A już zupełnie od czapy ma przyklejone sztuczne, wieczorowe rzęsy, co przy jej delikatnej oprawie oczu daje efekt trochę komiczny, a trochę makabryczny (jak większość sztucznych rzęs). Ja już bym wolała sobie ogon przyczepić; wyglądałoby tak samo “naturalnie”, jak te rzęsy, a jednak mam wrażenie, że ogon fajniejszy (taki długi, puszysty, w biało – czarne poprzeczne paski! No nie czad by był?…).

Intelektualnie to ten serial bynajmniej nie wymiata, ale na Rudą i Nataniela można sobie popatrzeć, jak kto się stęsknił.

Przepraszam, czy ja już mogę zrobić przemeblowanie w butach i schować zimowe kozaki? Czy jeszcze będzie śnieżek padał? (Ha, ha).