O EUTANAZJI

 

A jeszcze wczoraj toczyłam z N. uroczą dyskusję na wiele tematów jednocześnie, z naciskiem na lokalną sytuację polityczną, z tym że z mojej strony padało głównie stwierdzenie mania w dupie.

– Sporo masz w tej dupie – stwierdził w pewnym momencie N. z podziwem.

Wytłumaczyłam mu, że zgodnie z jedną z teorii Wszechświatów równoległych, nowe Wszechświaty mogą powstawać w każdej chwili, w dodatku bardzo malutkie. Nie jest zatem wykluczone, a nawet bardzo prawdopodobnie, że jeden z nich powstał akurat w mojej dupie. Co oznaczałoby, że mam w dupie cały Wszechświat! HANDLUJ Z TYM – jak mawiają Psie Sucharki.

I uważam, że wcale temu Wszechświatowi to by na złe nie wyszło – przynajmniej ma ciepło i jest zaopiekowany.

Tu na zewnątrz bywa gorzej. Cały 2016 jest jakiś podły i ma krzywy ryj, a grudzień to już jakaś ciężka anomalia. Eutanazujmy go już, niech się tak nie męczy (i nas przy okazji)!

O HISTORYCZNYCH CZASACH

 

Ponieważ znowu tak wyszło (grudzień, eh?), że żyjemy w historycznych czasach, to wrzucę zdjęcie Szczypawki. Wiadomo, że jamnik łagodzi obyczaje, a jamnik w golfie to już w ogóle (babcia zrobiła jej golf w pół godziny, i jaki twarzowy!).

IMG_0477

 

Zaczęłam wczoraj “Dom z liści” i wygląda to na początek pięknej przyjaźni, tylko ostrzegam – wersja papierowa czytana w łóżku może doprowadzić do siniaków na mostku (gruba i wydana na porządnym papierze). Ja już jeden mam.

O ŚMIERCI NEURONÓW

Zdążyłam do fryzjera przed świętami rzutem na taśmę; pogadałyśmy sobie z panią fryzjerką o rozwolnieniach naszych psów (no co zrobić – taki czas), a ja chciałam fryzurę w paski i dostałam w paski, a w bonusie jeszcze  komplement, że mam takie fajne włosy w dotyku (kolega pani fryzjerki: „Ale pani nie ma nic przeciwko, że sobie tak służbowo pomacam?” – nie miałam).

Ale.

Trwało to prawie cztery godziny (bo najpierw farbą takie sopelki, później grubsze strączki, później jeszcze jakieś pędzlowanie), a obok obcinała się pani. Z wyglądu NORMALNA. I prowadziła dialog z obcinającym ją chłopakiem – zaczęło się niewinnie, od przepisów na koktajle warzywne i tabletek z oleju lnianego (WTF? A nie można po prostu tego oleju zjeść w normalnym jedzeniu? No ale dobra, niech będzie). Ale tak siedzę, hoduję moje sopelki, czytam „Spadając” DeLillo (bdb) i nagle zaczyna do mnie przebijać z sąsiedniego fotela:

– szczepionki są niebezpieczne (OHO – myślę sobie);

– przypadki odry to jest histeria wymyślona przez media na polecenie koncernów farmaceutycznych, bo wszyscy wiedzą, że przecież nie ma odry;

– jej dziecko miało OBJAWY RAKA po szczepionce, ledwo je odratowali na ostrym dyżurze kroplówką;

– jeden lekarz odkrył, że szczepionki są niebezpieczne i powodują autyzm, to nagle się utopił w niewyjaśnionych okolicznościach i nikt mu nie pomógł – ona czytała o tym artykuł (w tych samych mediach, które opisują wyimaginowane przypadki odry?);

– teraz lekarze się boją otwarcie mówić, że szczepionki są niebezpieczne, bo każdy kto tak powie umiera w niewyjaśnionych okolicznościach;

– a wszystkie bakterie przecież zabija czosnek, bo był taki eksperyment pod mikroskopem i czosnek zabił sto procent bakterii, a aspiryna tylko połowę!

Siedziałam, słuchałam tego mimo woli, a moje neurony po każdym zdaniu ginęły bohaterską śmiercią całymi batalionami, jak żołnierze pod Monte Cassino. Z jednej strony tęskniłam za rozmową o psiej sraczce, a z drugiej wizualizowałam sobie jak wstaję, rzucam fotelem fryzjerskim przez okno i wyskakuję w ślad za nim (trzecie piętro). W końcu nie wyskoczyłam, bo a) rewelacje się urwały w momencie włączenia głośnej suszarki, b) szkoda mi było moich farbowanych sopelków.

Wyszły ładnie, ale neurony nie odrosną.

Łeb mnie tak boli, że boję się, że mi odpadnie przed Gwiazdką, a mam dla siebie takie ładne prezenty! Może chociaż jeden wręczę sobie wcześniej, na wszelki wypadek?…

O PEŁNI I PROŚBIE DO WSZECHŚWIATA

 

Mam nadzieję… MAM NADZIEJĘ, że to potworne, wszechogarniające wkurwienie, które mnie pożera od jakiegoś czasu, to był (przynajmniej częściowo) wpływ pełni. Nawet nie wiedziałam, że jest pełnia (tylko mój wkurw o tym wiedział) – dziś wstaliśmy o 3.17 i kilka minut po czwartej N. dzwonił z trasy „Słuchaj, ALE PEŁNIA!” – i kliknęło mi w mózgu – to by się zgadzało, bo nawet moje kości miały najeżony grzbiet. Niech to już minie, bo zwariuję. Nie znoszę takiej INTENSYWNOŚCI.

W dodatku łeb mi pęka, a w Żyrardowie mieli tylko rozpuszczalną solpadeinę (nawet jak to piszę, to gardło mi się zaciska ze wstrętu). A na dodatek cholerna Sephora dobrze wiedziała, jak wykorzystać moją chwilową słabość i fpizdu, znowu kupiłam sobie prezent gwiazdkowy.

Oglądam bardzo w porządku serial, „Frequency” (seryjny morderca plus podróże w czasie, chociaż właściwie podróżuje tylko informacja) i tam jest takie coś, że gra ileś aktorek, większość to brunetki i wyglądają IDENTYCZNIE. Wszystkie podobnie obcięte, umalowane, tak samo się ubierają. Chwilami się naprawdę gubię, która to brunetka aktualnie przeżywa załamanie nerwowe – matka? Córka? Koleżanka matki? Koleżanka córki? I jeśli matka, to kiedy – teraz czy 20 lat temu? Ja wiem, że podróże w czasie to nie jest kisiel błyskawiczny, tylko dlaczego jeszcze dodatkowo widzowi utrudniać przez obsadzenie żeńskich ról dwunastoraczkami jednojajowymi?… Jak ja czasem nie rozumiem tego świata, to po prostu jest STRASZNE.

Wchodzę do biblioteki, a tam na półce, na samym wierzchu szczerzy się do mnie książka „Porąb i spal”. Doprawdy, Wszechświecie, nie zachęcaj mnie dziś. Nie zachęcaj.

O TYM, ŻE MAM KOLEJNY POWÓD, ŻEBY LUBIĆ TŁUSZCZ

Cały zeszły tydzień był pod znakiem burej szmaty, bo Szczypawka na piątek miała umówioną biopsję guzka pod pachą. Nie wiem jak inni, ale ja na hasło „guzek pod pachą” rozpadam się na kawałki i zmieniam w kałużę, jak Amelia w pamiętnej scenie w kawiarni.

No ale nic. Jakoś dobrnęłyśmy do piątku i do gabinetu, gdzie przytrzymywałam pieska leżącego na Jezuska i starałam się nie zemdleć przy wkłuwaniu igły („Proszę się nie przestraszyć, może być sporo krwi, bo guzy są zwykle unaczynione, ja tej krwi nie będę ścierała, więc ostrzegam”). Krwi żadnej nie było, ale i tak mi serce stanęło, jak pani doktor wypluwała zawartość igły na szkiełko podstawowe.

– No proszę, tak myślałam. Nawet nie mam czego wysyłać do hist patu. Sam tłuszcz! Niech pani sama zobaczy – i podtyka mi pod nos szkiełko z kropelką czegoś przezroczystego, jak gliceryna.

Nie po raz pierwszy w życiu i pewnie nie ostatni ucieszyłam się jak głupia na widok tłuszczu – z tą różnicą, że tym raziem psiego, na szkiełku mikroskopowym. I żeby tłuszcz był taki bielutki i przezroczysty? W „Nip / Tuck” te odpady po liposukcji były takie ohydne, żółte. Może psi jest szlachetniejszy niż ludzki, nie zdziwiłabym się.

Na pamiątkę tych wydarzeń Szczypawka ma ogoloną do łysego przednią ćwiartkę – jakoś pani doktor maszynka szeroko pojechała – a tu idą mrozy; normalnie muszę skombinować taki szalikogolfik, bo to chwilę potrwa, zanim odrośnie. A jak na złość na drutach nie umiem! Może babcię zaprzęgnę do słusznego dzieła. Babcia zasuwa na drutach jak cała fabryka Mullera z „Ziemi obiecanej”, więc będzie gotowe w trymiga.

No i takie u nas przygotowania do świąt.

Ja naprawdę nienawidzę grudnia nie bez powodu.

„Tajemnice Twin Peaks” zupełnie inne, niż myślałam, ale fajne. Ale za czerwoną czcionkę to bym jednak wypruwała flaki wydawcom.

PS. Aha, jeszcze widziałam dokument o tym, że Królowa Elżbieta była mężczyzną. To już wolę teorię o tym, że dinozaury były włochate.

O ZWYRODNIAŁYM STYROPIANIE

Grudzień trwa. Kalendarzowo (jak łatwo zauważyć) oraz nastrojowo, bo niestety zapowiadają się kolejne atrakcje. No ale jak to mówi mądrość ludowa – co zrobisz, nic nie zrobisz. Trzeba zacisnąć zęby.

Przynajmniej jestem znacząco do przodu, jeśli chodzi o prezenty. Reżim się sprawdza – może nie będzie zbyt wielu niespodzianek, ale każdy powinien się ucieszyć. Chwilę niepokoju miałam wyszukując książki dla babci – wiadomo, musi być z ludzkim dramatem w tle – ale przypomniałam sobie o Jodi Picoult. Jest to królowa podejmowania nader trudnych tematów, a w dodatku nadzwyczaj płodna – nawet nie wiedziałam, że tyle tego natłukła!… A na dodatek ma nawet niezły styl, więc problem został szybko rozwiązany (musiałam tylko wybrać między gwałtami nieletnich, uprowadzeniami dzieci, ukrywaniem morderstwa przez społeczności lokalne i rozważaniami o rodzinnych samobójstwach rozszerzonych – z miłości, naturalnie; babcia powinna być zachwycona).

Jedna osoba zażyczyła taki bardziej tłuczny prezent, który musiał zostać wysłany w dość solidnie zabezpieczonej paczce – papiery, folia bąbelkowa i jeszcze dookoła styropian. No i ten styropian wyprowadził mnie z równowagi – przyznam się szczerze. Kiedyś styropian to było takie białe, lekkie, ale zwarte tworzywo. Można było z niego oddłubać kuleczkę, jak się komuś nudziło, ale raczej był jednolity w przekroju, jak sernik. Dobry sernik, oczywiście. A to co przyszło w paczce przypomina niedbale sklejony granulat – pierdyliard mini kuleczek, które bez żadnej zachęty z mojej strony rozklejają się i rozwalają na wszystkie strony, są piekielnie elektrostatyczne – nie da się ich po bożemu pozamiatać na plastikową szufelkę, bo po niej spacerują! Od rozpakowania paczki znajduję je WSZĘDZIE – na ubraniach, na psie, na blacie przy zlewie, na talerzach (!). Są jak ta niezniszczalna bakteria z opowiadania Lema  „Ciemność i pleśń” (tylko na razie jeszcze nie wygryzają dziur w kocach). Ten Wszechświat rozpadnie się o wiele wcześniej, niż sądzimy, skoro nawet styropian udało się spierdolić.

Co do miłej dyskusji pod poprzednim postem… Ja się poddałam, wiecie. Dyskusja zakłada uczestnictwo na równych zasadach, no i miło by było, gdyby obie strony coś na tej wymianie zyskiwały, a przynajmniej wychodziły na zero. Nie jest to możliwe, bo niemożliwa jest dyskusja z okupantem. To jak karmienie Mr. Shadow z „Piątego elementu”. Szkoda moich zasobów, które można spożytkować na tak wiele przyjemniejszych sposobów (chociaż w tym przypadku nawet zdrapywanie ptasiej kupy z tarasu jest przyjemniejsze).

A czytam teraz „Boga pośród ruin” – nadal uwielbiam Kate Atkinson.

O TYM, ŻE W GRUDNIU NIE JEST FAJNIE (ABY NIE UŻYĆ PRZYMIOTNIKA NA "CH")

 

No i pies z wenflonem w łapinie, obandażowanym na czerwono, a ja w proszku. I to nie takim fajnym proszku, np. do prania, pachnącym, z kolorowymi kuleczkami, tylko brudnym, brzydkim proszku z grudami, jak stary cement. Nagle codziennie chce mi się na zmianę płakać albo kogoś porąbać i spalić i zaczęłam się zastanawiać, co do cholery? Gdy nagle WTEM – olśnienie.

Jak to co. Grudzień. Kurwa, GRUDZIEŃ. Od 2009 roku nienawidzę grudnia niestety z wzajemnością. Ugh.

Wyciągnęłam zatem komplet DVD z „Ostrym dyżurem” i niniejszym postanawiam przeczekać.

W wyniku wiadomych wydarzeń skończyły nam się mokre chusteczki. Dziś kupiłam nową paczkę, lawendowych. Od dziś w tym domu wycieramy psi tyłek LAWENDĄ! Właśnie tak!

(Chciałam aloesowe, ale akurat nie było, więc to taka troszkę niezamierzona rebelia, ale liczy się efekt – lawenda do psiej dupy i niech mi ktoś spróbuje podskoczyć).

Szwagier mi się wyłamuje z gwiazdkowego ordunku „każdy każdemu mówi, co chce dostać na prezent” – normalnie jak się nie zdeklaruje do poniedziałku, to dostanie RÓZGĘ. I kalendarz Pawlikowskiej (albo biografię Jarosława, w tym roku nie mam litości).

O ROZRYWKACH WYNIKAJĄCYCH Z PSA I ŚWIETLE

 

Ludzie, wódki… Nie, wódki nie – od wódki puchnę i na drugi dzień chodzę jak zombie; jakiejś innej używki, dużo! (Tylko nie żabę – kolejny narkotyk z serii „co się dzieje z tym światem” – wciera się żabę, dwanaście godzin rzyga, a niektórzy umierają, i to wszystko w pokątnych siłowniach – naprawdę, brzmi jak niezła zabawa). Nie dość, że spadł inauguracyjny śnieg, to ukochany piesunio przez pół nocy miał inauguracyjną sraczkę w krótkometrażowych odcinkach i teraz od rana nadal jej coś jeździ po kiszkach. Oczywiście podałam odgazowaną kokakolę; N. ma gorzej, bo po nocy z cyklu „schodami w górę – schodami w dół” musiał wdziać lakierki i udać się pomnażać PKB / odbywać spotkania na szczeblach.

Po kilku dniach w Świnoujściu doceniam, że pieskowi się rozluźniło w kiszeczkach dopiero u nas, w domu, kiedy wypuszcza się ją przez drzwi tarasowe jedną ręką, w piżamie, bez uczesanej fryzury, jednocześnie ziewając i drapiąc się gdzie tam kto lubi się podrapać. Bardzo miło jest mieć pieska, ale w blokach jest to jednak bardziej uciążliwe – nawet, kiedy pies uwielbia windę (Szczypawka biegnie do windy jak do wesołego miasteczka). Do każdego siurnięcia trzeba się na przykład ubrać i postarać nie wyglądać jak ten upiór, chociażby przez szacunek dla własnego psa! Respekt dla wszystkich psiarzy z mieszkań w blokach i kamienicach.

Co mi jeszcze w tych blokach trochę deprymuje, to to, że w nocy w mieszkaniu jest tak JASNO. Przez całą noc wszędzie coś się świeci – i od strony dziedzińca, i od ulicy; normalnie można czytać bez lampki (toteż przeczytałam „Na tropie zła” i „Schodów się nie pali”, bardzo, bardzo mi się podoba styl pisania pana Tochmana, który ogólnie chyba jest humanistą w szerokim tego słowa znaczeniu, czyli po prostu szanuje ludzi, co można poznać choćby po doborze słów – czyli jest sto razy lepszym człowiekiem niż ja, bo ja zdecydowanie mam czarne podniebienie i ostatnio fantazjuję na przykład o serwowaniu zrazów zawijanych nadziewanych naparstnicą, i.e. digitalis). No, u nas na wsi też już przeprowadzono elektryfikację i jest lampa na ulicy jedna z drugą, ale noc zdecydowanie ciemniejsza. Mnie wszystko jedno, mogę  usnąć w tartaku pod reflektorem, ale na dłuższą metę to chyba nie jest zbyt zdrowe.

Do kompletu popsułam pralkę (urwałam tę klapkę do otwierania drzwiczek). Idę na pocieszenie poczytać jakieś zjawiskowe wąteczki na moim ulubionym forum (uprzedzałam, że mam czarne podniebienie i zły ze mnie człowiek).

 

O KRÓTKIEJ BYTNOŚCI W BALNEARIUM

 

W międzyczasie tak nam się życie ułożyło, że byliśmy nad morzem, cała trójka. Jechaliśmy w piątek w TAKIEJ mgle, że ze cztery razy pytałam N., czy aby na pewno dobrze skręcił na autostradzie, żebyśmy nie wyjechali pod Giewontem! Na szczęście (uff, uff!) dojechaliśmy do bramek pobierających myto i po znacząco zawyżonych kwotach poznałam, że jedziemy w dobrym kierunku.

W Świnoujściu jak zwykle bardzo fajnie. Całe miasto obsadzone taką… rośliną, bo to chyba nie są kwiaty?

IMG_0439

W porcie stał wycieczkowy „Chateaubriand”; jakoś tak synchronicznie doszliśmy na głos do wniosku, że obok powinien stać jeszcze „De Volaille”, żeby było ładnie i w komplecie.

Nad morzem średnio upalnie, ale spaceruje się bardzo przyjemnie, bo piasek mokry i ubity. Szczypawka była bardzo dumna, bo pogoniła łabędzia do wody. I wyrzuciło śmieci glonowo – patyczkowe, więc sporo jest grzebiących poszukiwaczy bursztynów (N. przez cały czas syczał jak ten łabędź, że TU NIE MA BURSZTYNU, ale ja uważam, że ludziom nie powinno się psuć rozrywki).

IMG_0434

Oprócz plaży Szczypawka była jeszcze w kawiarni „El Papa – Cafe Hemingway”, gdzie zapraszają z psami, a na widok domowych ciast w gablocie można zemdleć. Kiedy jest cieplej i knajpy mają powystawiane ogródki, to nie ma problemu, żeby zakotwiczyć z pieskiem; teraz już trzeba poszukać takiego miejsca. Do Hemingwaya na pewno wrócimy z małym kudłaczem (na tartę bezową z owocami!).

Za to dla prawdziwego konesera, miejsce na kanapki z rybą i kotlety rybne jest tylko jedno – na promenadzie, zaraz naprzeciwko muszli koncertowej:

IMG_0440

Kotleciki rybne – re – we – la – cja. A smaczny, nietłusty, niewypełniony na maksa tartą bułą rybny kotlet wcale nie jest łatwy do dostania w dzisiejszych czasach. Te są znakomite i delikatne – sama rybka i koperek.

I do domu. Coś ostatnio krótkie te nasze kanikuły – bo że po sezonie, to mi wcale nie przeszkadza. W dodatku w Świnoujściu chyba nigdy nie ma tak całkiem PO SEZONIE.

A wczoraj na obiad jedliśmy pizzę, dobrą, ale dużą i jeden kawałek został i wieczorem tak koło niego chodziłam, chodziłam… Niby nie chciało mi się jeść wcale, ale on tak leżał samotny, zimny, sztywny, z zakrzepniętym serem… czyli MÓJ ULUBIONY – więc go zeżarłam i gorzko pożałowałam. Bo miałam koszmarne sny – nie dość, że wyjazd do jakiejś bazy sportowej w górach (HELOŁ?), to jeszcze TOMASZ LIS. Na skórzanej kanapie! Matko Boska, co za masakra. Stanowczo nie powinnam była jeść tego ostatniego kawałka.

 

O SKŁADZIE PIŻAM I MALARSTWIE UŻYTKOWYM

 

Noc niezbyt. Śniło mi się, że na jakimś przyjęciu siedzę obok teściowej; obudziłam się ze zdrętwiałą lewą połową ciała – widocznie przyklapnęłam sobie przez sen jakąś żyłkę czy nerwik. Oto, jak mój mózg przetwarza sygnały: paraliż = teściowa. Coś w tym jest, zaprawdę. Coś w tym jest.

Tymczasem w Oysho jest PIŻAMA W JAMNIKI, na którą już się miałam rzucić, ale okazało się, że jest z mieszanki z modalem! No nie, w modalu to ja spać nie będę. Szkoda, chociaż z drugiej strony-  jest sporo Snoopy’ego w wersji flanelowej, więc jest o co ząb zaczepić. W każdym razie, kreację Sylwestrową mam z głowy.

Ze znajomym N. jakoś ostatnio zeszło się na malarstwo Chełmońskiego i on powiedział, ze akurat Chełmońskiego bardzo dobrze zna. Z takiego mianowicie powodu, iż w domu rodzinnym rzucał rzutkami Polsportu w wiszący na ścianie obraz „Bociany”. Za trafienie w chłopa było mniej punktów, w bociana – więcej.

A horoskop na dziś mam zasadniczo do dupy.

Czyli bez zmian.