Kupiłam wczoraj Szczypawce szczura w IKEA. Naprawdę nie wiem, dlaczego dopiero teraz – szczury z IKEA to najlepiej wymyślona i wyprodukowana psia zabawka na całym świecie: miękkie, z ogonem, dają się zarówno dusić, jak przytulać (wiadomo – kobieta zmienną jest, dotyczy to również suczki jamnika). Świetnie się tarmoszą i rzucają przez cały pokój, a później można go całego wylizać, wciągnąć do budy i położyć na nim głowę (mówię w imieniu Szczypawki – ja nie rzucałam wczoraj szczurem przez cały salon). Z tego co pamiętam, Tomek Sawyer również poważał szczury jako rozrywkowy gadżet – chyba służyły mu do wywijania nad głową, naturalnie zdechłe i obwiązane sznurkiem. Gdyby Tomek miał pod nosem IKEA, mógłby się bawić szczurem znacznie higieniczniej. I na dłużej by mu starczył. Chyba. Dobra, dosyć tej szczurzyzny.
Od kilku dni znowu pogoda szaleje, więc boli mnie głowa ale na jakiejś dziwnej częstotliwości – słyszę jak gniazdka z prądem brzęczą. Może niedługo zacznę odbierać przekaz z Kosmosu albo chociaż polecenia od psa sąsiada. Jest jeszcze taka możliwość, że został nam założony podsłuch – czasy takie, że wcale bym się nie zdziwiła (tylko przez kogo i w jakim celu – żeby podsłuchać, co na obiad w sobotę i dlaczego nie chce mi się robić mielonych?…).
A poza tym proza życia. Szwagier miał grać wilka w przedszkolu, więc odbyło się szukanie szalika i czapki z lisów po naszej babci (wilk w lisach? to chyba jakiś KRANZWESTYTA). A ja mam siniaka na łydce i delikatną ochotę zarąbać kogoś szpadlem. Czyli wszystko po staremu.
PS. “Louis, tak sobie myślę, że to początek pięknej przyjaźni”.




