O TYM, ŻE CZASEM WARTO POCZEKAĆ

Wiecie, że nawet papuga mojej koleżanki dostała depresji?

(Świetne zdanie do tłumaczenia na kolokwia – „Papuga mojej koleżanki miała depresję”).

Normalnie wozili ją do weterynarza na badania, pobierali kupę na posiew (ptaki nie sikają) i wyszła depresja. Tylko nie dopytałam, czy dostała jakiś papuzi prozac.

Wydaje mi się, powtarzam – WYDAJE – że jakby mi trochę przechodziło. Ale nie chcę okazywać nadmiernego entuzjazmu, bo ja generalnie nie jestem fanką nadmiernego entuzjazmu, poza tym jak się człowiek cieszy, to zaraz się wszystko zesra.

O, wiem co jeszcze mnie wkurwia: za krótkie rękawy. Wszystko teraz ma za krótkie rękawy – trzy czwarte czy tam pięć ósmych – nawet kurtki czy płaszcze potrafią być z takimi rękawami! I ja się pytam, dlaczego? Rozumiem – jakieś lekkie koszulki, ale gruba zimowa bluza czy dresowa kiecka i rękaw TRZY CZWARTE! Nie znoszę, bo nie mogę sobie schować zziębniętych łap w rękawy. A Zebra mówi, że jestem głupia, bo takie rękawy to jest WYBAWIENIE dla takich kobiet jak my, czyli niskich. Podobno sylwetka na tym zyskuje. W dupie mam sylwetkę, wolałabym żeby mi było ciepło.

Takie mam brudne okna (i z takimi szerokimi szprosami), a ptaszki i tak w nie uderzają. W piątek to już jednemu szykowałam pogrzeb, tak walnął. Pozbierałam go z tarasu i ułożyłam w trumience, wyścielonej papierowymi ręcznikami. Z zakopywaniem postanowiłam poczekać aż N. wróci z podróży – i NA SZCZĘŚCIE, gdyż w tym czasie ptaszek widocznie doszedł do siebie, bo obsrał papierowe ręczniki i opuścił trumienkę o własnych siłach. Cieszę się, że go od razu nie zakopałam, bo by głupio wyszło.

 

O PADLINIE

Dziennik aktywności: 15:49 – uczesałam się (w sensie – przeciągnęłam szczotką przez kołtun) i wyczerpała mi się bateria.

Czuję się jak padlina – gdyby padlina kasłała; zdechłe wieloryby wybuchają – ale jednorazowo, a nie pięć dni bez przerwy!

Chujnia, patatajnia i inne wyroby cukiernicze, że tak pozwolę sobie podsumować sytuację.

 

PS. A proszki od kaszlu są do dupy – chociaż na opakowaniu mają napisane, że od kaszlu. House ma racje – wszyscy kłamią.

 

O TYM, ŻE KASZLĘ I WŁAŚCIWIE TO CAŁA MOJA DZIAŁALNOŚĆ CHWILOWO

No dobra, niech wam będzie – są pierwsze, nieśmiałe objawy wiosny. Na przykład sąsiedzi piją wódkę w szklarni. I widziałam dwie mrówki, jak się kręciły w okolicach miski z psim żarciem. Tylko ja chyba tej wiosny nie dożyję, bo mam kaszel połączony chyba z wypluwaniem płuc. W przerwach pomiędzy wypluwaniem płuc mówię do N. „Ja już chyba umieram” oraz „Ale się teściowa ucieszy” (i szwagierka). A on wcale nie protestuje, kiedy snuję wizję trzydniowego balu w Zgierzu z cygańską orkiestrą w ramach mojej stypy. W końcu jest realistą.

Wracając do sąsiadów – to jeden mówi do Szczypawki per KLUSECZKA – a to oznacza, że zima trwa już ZDECYDOWANIE za długo. Do mnie też mógłby powiedzieć KLUSECZKA (a raczej KLUCHA), ale nie ma okazji, bo ja rzadziej wychodzę do ogródka. Właściwie to wcale.

To może podzielę się świeżo nabytą mądrością życiową, żeby się nie zmarnowała jakbym miała zejść z tego świata, a brzmi ona: Jeśli nasza fryzjerka zaczyna gwiazdorzyć, to zdecydowanie odchodzimy bez żadnych skrupułów!

Idę sobie zrobić kubeł herbaty z sokiem z malin i dzikiej róży. Zaczynam z tego wszystkiego mówić bardzo seksownym basem, jak Hollywoodzkie wampy z epoki kina biało – czarnego. Natomiast przeszłam z fazy wkurwu do fazy depresji i rezygnacji – być może z niedotlenienia, no bo nie mam już połowy płuc. I jak słowo daję, wolałam ten wkurw.

 

 

O TYM, ŻE NIE CZARUJMY SIĘ

 

Chyba lepiej, żebym się nie odzywała, bo aktualnie jestem w nastroju „nic już nie będzie, zgnijemy i zjedzą nas robaki”:

– wkurwia mnie zimno;

– wkurwia mnie polityka;

– wkurwia mnie stary – on okresowo cyklicznie musi dostać jakichś pryszczy na mózgu, faceci tak mają, nawet najcudowniejsi i najmilsi, że od czasu do czasu muszą iść w szkodę i nic się z tym nie zrobi, a na dodatek jeszcze OSTRZY NOŻE. Przywlókł skądś jakąś taką cegłę, którą najpierw moczy w zlewie pół godziny, a później wpada w trans i OSTRZY NOŻE. Nienawidzę tego dźwięku, kręgosłup mi dęba staje i zęby zgrzytają, a ten OSTRZY. Chyba chce mnie wpędzić w chorobę psychiczną (a raczej nie wpędzić, tylko pogorszyć tę co mam);

– w zasadzie wszystko mnie wkurwia, więc na pocieszenie kupiłam książkę o przełęczy Diatłowa, której jeszcze nie miałam w kolekcji.

Cały czas mam zatkane uszy i nie czuję smaku; Grzesiek House prawdopodobnie zrobiłby mu punkcję lędźwiową, biopsję ciała szklistego w oku oraz płukanie oskrzelowo – płucne. Na szczęście – nasza służba zdrowia nie ma pieniędzy nawet na wizytę statystycznego obywatela u lekarza rodzinnego zakończoną receptą na aspirynę.

Wszystko do dupy, a wiosny nie ma i nie będzie.

 

O MOŻLIWYCH ŹRÓDŁACH ZARAZY

Drogi Pamiętniku, a jednak mnie dopadło – od dwóch dni boli mnie łeb, gardło oraz mam zatkane uszy (i dzwoniące). Chociaż może to nie ognisko winne, tylko przedszkole – wiadomo, że każde przedszkole to jedna wielka wylęgarnia, a ja ładnych kilka minut tam spędziłam, czekając aż księżniczka się ubierze. A dzieci przecież zwykle chodzą obwieszone zarazą jak choinka bombkami.

A może nie powinnam była wybiegać z mokrą głową na mróz, żeby dosypać ptaszkom słonecznika, ale musiałam, bo wszystko zeżarły i dalej były głodne! Nic dziwnego, w takie zimno.

Więc chwilowo nie mam zdania na temat bieżących wydarzeń, nawet nie wiem co się dzieje, bo mi cały czas we łbie dzwoni. Aha, zaczęłam czytać „Wzgórze psów” – bardzo, ale to bardzo mi się podoba. To znaczy, na razie jakieś nędzne sto kilkadziesiąt stron dałam radę, bo łeb mnie boli i mam wrażenie że tekst się układa w koncentryczne okręgi, ale czyta się ZNAKOMICIE.

Jak mnie ta pogoda denerwuje, to nie mam słów. Mróz mnie wkurwia i słońce też mnie wkurwia, bo widać jakie mam brudne okna. Mój następny dom będzie bez okien (i bez klamek, hue hue).

 

O TYM, JAK PRZEŻYĆ DZIWNE POMYSŁY PLENEROWE

 

A otóż i PRZEŻYŁAM – ale sposobem. Mianowicie oszukałam system, ponieważ od razu zgłosiłam się na ochotnika do pieczenia podpłomyków na węglowej kuchni! I tak całą imprezę spędziłam w chatce na zapleczu, mając do towarzystwa michę drożdżowego ciasta i gar grzańca, który sobie na płycie się grzańcował (jak stwierdził jeden kolega – pierwszy raz gotuje na krążkach cebulowych). Wałkowałam podpłomyki butelką po winie i odpryski imprezy docierały do mnie przez zmarzniętych emisariuszy, którzy wbiegali po drinka albo się ogrzać. „Chcesz kiełbasy z grafenem?” – albo: „Twoje koleżanki przy ognisku śpiewają piosenkę o miłości”. „Jaką?” – „Z autobusem Arabów zdradziła go”.

No trudno, co zrobić.

Co jakiś czas byłam wywoływana do zbiorowego zdjęcia przy ognisku, ale chyba aparat powinien być przymocowany do kija, a nie z niego zwisać i dyndać. Ale co ja tam wiem. Ważne, że było wesoło i że nikt nie spłonął. A mróz był taki, że N. twierdził, że jak się stało przy ognisku, to przód kurtki się topił, a w tyłek było zimno.

Reasumując – pikniki w lutym na pewno maja swój urok, ale szczerze mówiąc – wolę je WSPOMINAĆ, niż na nich BYĆ.

Horoskop na dziś: „Zwiększy się twoja skłonność do popadania w kryzysy nerwowe”. Słucham, że co? Jak to ZWIĘKSZY? Ja od grudnia mam wrażenie, że jestem poza skalą, a oni – ZWIĘKSZY! Kto to pisze w ogóle?

Natomiast w końcu weszłam w serial „Dark”. Ależ on jest dobry i nastrojowy! Tylko owiec mi żal; i sójek.

PS. Wydaje się, że bycie na zapleczu imprezy to moja karma. Kiedyś na grillu u nas szwagier podawał arcyciekawe informacje o tym, jak przerobić skórę żaby na narkotyki i wszyscy wyszli bogatsi o tę wiedzę, oprócz mnie – bo ja akurat nadziewałam pieczarki. No cóż.

 

O NIEPORYWANIU DZIECI I POMYSŁACH NA IMPREZĘ

No więc N. był wyjechany, więc nie spałam całą noc. Wstałam rano z wdziękiem i aparycją rozdeptanej, pomarszczonej pasztetowej. Co było o tyle niedobre, że musiałam pójść do przedszkola Zebrówny się zaprezentować, gdyż ją odbieram w poniedziałek. Żeby było wiadomym, że ja to ja i nie przyszłam nikogo porwać ani pożreć podwieczorku.

No więc wchodzimy z Zebrą, a panie przedszkolanki znudzone – tak tak, my już od kilku dni wiemy, że ciocia przyjdzie. Zebra mi wyjaśniła, że panie przedszkolanki WIEDZĄ WSZYSTKO – lepiej niż dzielnicowy i lepiej niż ruski wywiad. Jak mówi mamusia na tatusia kiedy jest nietrzeźwy, czyj tatuś śpi na golasa, po prostu wszystko jak na tacy. W każdym razie wychodzimy, a tu przyczepiło się do nas takie jedno w różowej kurtce, o połowę mniejsze niż moja siostrzenica, lekko zasmarkane i też z nami idzie! Dobrze, że Zebra w ostatniej chwili zauważyła i udało się je wepchnąć z powrotem i zamknąć przeszklone drzwi – małe różowe rozpłaszczyło się jak glonojad i jeździło po szybie zasmarkanym nosem, patrząc za nami z rozpaczą. Okazuje się, że nie trzeba się wysilać, żeby wyjść z przedszkola z cudzym dzieckiem. Wprost przeciwnie – trzeba pilnować, żeby nie wyjść.

Natomiast dziś…

Dziś (od rana napierdala śnieg, odczuwalna minus dziesięć) moje koleżanki urządzają swoje urodziny na PLENEROWEJ IMPREZIE. Będzie ognisko, ziemniaczki z grilla i mnóstwo szalonej zabawy! Ahahaha. Słabo mi. Da się założyć dwie puchowe kurtki jedna na drugą? I bezrękawnik pod to?…

Jak mnie dopadnie zapalenie płuc, to wszyscy wiemy, co się teraz dzieje w polskich szpitalach, więc było mi bardzo miło Państwa poznać.

 

O NIEOCZEKIWANYCH SKUTKACH WYJMOWANIA DŻEMU

Wczoraj popełniłam nieduży błąd strategiczny, mianowicie stojąc rano przy patelni naleśnikowej powiedziałam do N. „Wyjmij dżem”. Nawet nie do końca z lenistwa (chociaż oczywiście z lenistwa! Jestem absolutnie ZA lenistwem, pochwalam lenistwo i uważam, że leniwym ludziom żyje się lepiej, a wytrwałością i pracą swetry się mechacą) – głównie dlatego, że trzeba po ten dżem ukucnąć do szafki pod blatem, a ja mam to takie coś że jak się ukucnie, a później wstanie, to ma się zawroty głowy.

N. ukucnął i wyjął słoik. I następny. I następny. I NASTĘPNY. Krótko mówiąc – WYJĄŁ WSZYSTKO z trzech półek i zupełnie spontanicznie zafundował mi niedzielne sprzątanie szafki z przetworami (a ona jest niewysoka, ale bardzo głęboka). Miała być spokojna, nic nie wnosząca w niczyje życie niedziela, a skończyło się szafkowym Armageddonem i odzyskiwaniem surowców wtórnych (tak, opróżnialiśmy słoiki i umyłam je w zmywarce). Rekordzista trafił się z datą przydatności w 2009 roku, a pobieżne szacunki metodą rzutu oka na przeterminowane słoiki wykazały, że mamy zapas botuliny na cały rok dla gwiazd Polsatu, TVN-u i jeszcze zostanie całe mnóstwo dla niezrzeszonych.

Naleśniki wyszły pyszne, no ale to wiadomo – zawsze mi wychodzą (minus jeden raz, kiedy próbowałam zrobić z mąki gryczanej). I zawsze mi wychodzi pierwszy naleśnik, wbrew panującym przesądom.

Z lekkim poślizgiem weszłam w „Altered Carbon” i po czterech odcinkach podoba mi się bardzo (babcia z mrożonki! Poe! Proszę w tej chwili usunąć Siri z mojego telefonu – ja chcę Poego!). Holden się bardzo, mówiąc delikatnie, ROZRÓSŁ od czasów The Killing – taki tam był chudy, mizerny, chrupał sobie świńską skórę za biurkiem, a tu proszę! Zuzanka mówi, że po szóstym odcinku zaczynają kombinować i już nie jest tak fajnie z akcją. No zobaczymy, w każdym razie klimat świetny.

Co do „Blade Runner 2049” – podobał mi się, ale żeby głosić że „lepszy niż pierwszy” – no nie, aż tak to nie. Brak mimiki Goslinga wcale nie przeszkadza, wprost przeciwnie – jako uczuciowy mazgaj byłby niewiarygodny. I zgadzam się z niektórymi recenzjami, że za dużo jest powiedziane wprost (nawet po kilka razy). Co się tyczy mojego męża, to odpadł po godzinie i 22 minutach – stwierdził, że NIC SIĘ NIE DZIEJE, jedyny rozwój wydarzeń to koleś który znalazł konika z drewna, i to bardzo małego, i on woli inne filmy. Na przykład serial „Dom”, w którym jest Henio Lermaszewski i w każdym odcinku ma dobre teksty i jest jakaś akcja.

Jednak idą te mrozy, a zgodnie z najświeższymi doniesieniami w nadchodzącym sezonie niemodne już będą bluzki hiszpanki z odkrytymi ramionami. Ha ha ha – roześmiała się ponuro księżniczka, naciągając na dres, grube skarpety i puchate kapcie jeszcze jedną polarową bluzę.

 

O PRZECZEKIWANIU

NIe odzywam się, ponieważ czwarty dzień z rzędu pada śnieg. A jak pada śnieg, to przychodzą mi do głowy jedynie komunikaty niecenzuralne (albo głównie). W internecie prognozy pogody „Przygotuj się na minus dwadzieścia stopni mrozu” oraz „W pogodzie zapowiadane ocieplenie”. I komu wierzyć? Otóż NIKOMU. Ponieważ wszyscy kłamią!

Tak, z rozpaczy puściłam sobie od początku Grześka House. Jacy oni wszyscy są młodzi w pierwszym sezonie! (A jaka ja wtedy musiałam być młoda – nawet nie zamierzam sprawdzać, żeby się nie rozsypać). I dlaczego tak idiotycznie ubierali Cameron? Co prawda, z taką urodą to się we wszystkim wygląda pięknie, ale Trzynastka miała fajne ciuchy, a Cameron beznadziejne.

Wiedzieliście, że cytryny kwitną i owocują przez cały rok na okrągło, a pomarańcze tylko raz? Ja nie wiedziałam.

Mam ochotę wejść pod stół i przykryć się grubym kocem, tak żeby nawet kątem oka nie dostrzegać rzeczywistości. I przeczekać ten cały syf.