PRACA DOMOWA: „JAK SPĘDZIŁAM DZIEŃ KOBIET”

Rano wstałam, umyłam się, umalowałam, wypiłam herbatę i mąż mnie odwiózł do pracy.

Następnie w godzinach biurowych dostałam tulipana od męskiej załogi mojego departamentu (szt. 1).

Następnie zadzwonił mój mąż:
– Kochanie, niestety musisz wrócic do domu sama, gdyż moja rada nadzorcza zbiera się dziś o 17.00 więc sama rozumiesz.

(Proponuje wprowadzic zapis niepowoływania do rad nadzorczych ludzi nie posiadających zycia prywatnego, żon oraz ogólnych wartości międzyludzkich, gdyż tacy ludzie są głęboko nieszczęśliwi i nie wiem, czy są w stanie zrobić cos dobrego dla państwa, skoro nie potrafili zrobic nic dobrego dla siebie samego. Skoro planuje się w Dzień Kobiet o 17 posiedzenie, zamiast kolacji z żoną zakończonej wspolną, gorącą kąpielą, to znaczy, ze jest się człowiekiem trochę upośledzonym i żałosnym).

Zaklęłam szpetnie i wróciłam sama. W pociągu czytałam „Chłopaków Anansiego”.

W domu spożyłam uroczysta kolację, składającą się z:
– gorącej bagietki z masłem czosnkowym (BŁOGOSŁAWIONY TEN PRODUKT w postaci głęboko mrożonej odkryłam w naszym lokalnym supermarkecie i wykupiłam prawie cały nakład, ledwo mi się pomieściły do zamrażarki);
– pomidorów suszonych w oliwie;
– połowy butelki wina czerwonego Tcherga.

Podczas uroczystej kolacji obejrzałam cztery odcinki „Seksu w wielkim mieście”, seria druga.

Następnie poszłam spać.

N. próbował mnie obudzić bukietem róż, jak już wrócił z tej zasranej rady, ale mój sen nie należy do płytkich lub łatwych do obudzenia zeń.

W związku z czym śmierdze dziś czosnkiem.
I mam to w dupie.

POZOSTAJEMY PRZY TEMATYCE DROGOWEJ

N. jakiś czas temu kupił sobie CB radio. Od tamtej pory to jego UKOCHANA zabawka.
„Jak ja mogłem żyć bez CB radia!” – powtarza często, zasłuchany w eter na kanale 19.

Przyznać trzeba, ze mu to radio na dobre wyszło. Zamiast psioczyć i wymyślać na tych idiotów – kierowców ciężarówek, poczuł się członkiem społeczności. Zatrzymuje się na skrzyżowaniach, żeby wypuścic ogon TIR-ów z podporządkowanej, robi blokady pasa wespół z kolega na pasie obok, żeby rozładowac korek, udziela informacji, gdzie stoja miski z suszarką (alternatywnie: gdzie Smerfy mierzą temperaturę) – prawdziwy dżentelmen szosy, proszę ja was, mi się z niego zrobił za pomocą antenki i nadajniczka.

Przez pierwsze parę dni rozgryzaliśmy nomenklaturę.
Po pierwsze, w CB radio wszyscy mówią do siebie per „KOLEGO” (u mnie na studiach w very, very początkowym okresie roku pierwszego było jakieś takie „koleżankowanie”, ale się nie przyjęło na szczęście).
Po drugie, należy grypsować.
Nie można zapytać „Koledzy, czy na Katowickiej w strone Warszawy stoi policja i gdzie?” – bron Boże.
Należy sformułowac pytanie: „MOBILKI, jak tam ŚCIEŻKA NA WARSZAWĘ?” (ewentualnie DRÓŻKA).
Usłyszymy wtedy na przykład „Na trzysta dziewięćdziesiątym szóstym masz miśków, później czysto, a jak na Piotrków?”.
Po uzyskaniu informacji należy podziękować – czyli powiedzieć „PODZIĘKOWAŁ” oraz udzielić informacji zwrotnej – „Ty też od Siestrzenia masz czysto”. Oraz życzyc dobrej drogi – „SZEROKOŚCI”.
W odpowiedzi też usłyszymy życzenia „I wzajemnie szerokości!”.

W ogóle generalnie w CB w normalny dzień jest pełen wersal. Dzień dobry, proszę, dziekuje, pozdrawiam, pozdrawiam również. „Kolego w tym niebieskim mercedesie, światełko z tyłu ci się nie świeci!” – „A wiem, musze się zatrzymać, podziękował” – „No to pozdrawiam, szerokości!” – „Również szerokości” – porzygac się można, gdyby nie korki.

Uuuuuuuu! W korkach jest WESELEJ 🙂

Zaczyna się niewinnie:
– Kolego w tym białym iveco, masz sibiradyjko?…
– Mam, a co?…
– A BO *&^%$rwa, &^%ju jeden, jak &^#%rwa pas zmieniasz, &%#tasie jeden! Lusterko mi &^%rwa porysowałeś!!! Patrz jak skręcasz, &^%#$ju!…
Chwila ciszy.
-Eee… Ale to do mnie było?…
– A ty ten kontener MAERSK wieziesz?…
– Eeee… NIE!
– A TO PRZEPRASZAM SERDECZNIE, szerokości życzę!

Albo w piątkowym korku:
– O jaki koreczek… Zielona warszawka do domu wraca!
– Żeby to jeszcze jeździć umiało!
– Ciekawe kto im prawa jazdy dał…
– Pewnie kupili w Mławie na bazarze!…
– MASZ COŚ DO MŁAWY? BO JA JESTEM Z MŁAWY!…
Ogólne przepraszanie się i wymiana serdeczności, po czym za chwilę:
– O, jak ten &^%#uj w czerwonym oplu już trzeci raz się wciska na chama!
– A to zepchniemy go do rowu…
I spychają 🙂

No nie, aż takich kryminałow nie ma, ale jak się wkurzą, to umieją porządek na drodze zrobić.

Mówie wam. Codziennie mam na żywo taki KONWÓJ, że aż miło.

PAMIĘTAJCIE DROGIE DZIECI – ZA NIEPOSŁUSZEŃSTWO OKO WAM WYLECI

Jedziemy wczoraj do domu. Jedziemy, jedziemy… Lewym pasem, wyjechaliśmy już z Warszawy, wiec na katowickiej ciemno, jak za przeproszeniem w kurniku (ciemno chyba jest w kurniku?…), nagle (WTEM!) – widzimy przed nami na drodze bardzo dziwne zjawisko.

W pierwszej chwili zobaczyliśmy to, ale nie mogliśmy zrozumiec, o co chodzi.

NA LEWYM PASIE jechał sobie samochód DO TYŁU. Swieciły mu się te białe swiatła z tyłu, co oczywiście było WIDAC, ale zanim człowiek sobie przetłumaczył, CO TO ZNACZY, to chwila minęła.

No więc, jechał sobie na lewym pasie TYŁEM, gdyz po prostu COFAŁ! A cofał, gdyz przeoczył skręt w lewo! I normalnie COFAŁ, żeby wrócic do tego zjazdu, co go przeoczył! Czyz to nie genialne w swej prostocie?…

I ja tak od rana kombinuje – co ten kolo za tym kółkiem sobie myślał. CO ON MIAŁ WE ŁBIE, kiedy tak beztrosko sobie jechał tyłem po lewym pasie drogi dwupasmowej. Bo przeoczył zjazd. I czy W OGÓLE dotarło do niego, co wyprawia.

Ja nie wiem. Staram się być troche w opozycji do N., jak on tak wymyśla wszystkim na drodze, grozi pięscia i klnie, bo faktycznie, czasem jezdzi za szybko, czasem te pasy zmienia jak szalony calkiem niepotrzebnie. No to go trochę hamuję. Ale po takich cyrkach, jak ten wczorajszy, to naprawde, NAPRAWDE jestem zdania, ze chyba w tych testach na prawo jazdy czegos brakuje. Czegos NAPRAWDE waznego. Tylko czego?…

Na pewno brakuje pierwszego podstawowego testu, jeszcze zanim delikwent zacznie uczęszczać na kurs, a mianowicie – „CZY POTRAFISZ ZAWIĄZAĆ SZNUROWADŁA W BUTACH NA KOKARDKĘ”. Wiadomym bowiem jest ogólnie, iż sznurowadła potrafia wiązać jedynie osobnicy o IQ przekraczającym 40, pozostali muszą posiłkowac się butami na rzepy. Byłabym zwolenniczką tezy, ze jeśli osobnik nie jest w stanie zawiązać butów, to obce mu będą zasady współżycia społecznego na drodze. Troche mi skóra cierpnie, jak pomyślę, że od fantazji takich obywateli w butach na rzepy zależy codziennie moje życie.

Ech.
W dodatku mówią (weki), żeby ptaszków nie karmić. PTASZKÓW NIE KARMIĆ?… Dzis w nocy było minus piętnaście! Jak N. wysypał im żarcie, to nie minęły 3 sekundy, a karmnik był pełen szarych kulek – były tak głodne, że rąbały zgodnie, ramię w ramię, gołab przy wróblu, zamiast jak zwykle przepychać się i kotłować.

Zebra się strasznie wścieka.
– Weź, WEŹ NAWET MI NIC NIE MÓW! Ja już nie mam siły do tych debili dziennikarzy, kretynów śliskich! Zawsze była ptasia grypa! Jedyna różnica to taka, ze DZIENNIKARZE się teraz o niej dowiedzieli!

(Z góry przepraszam wszystkich dziennikarzy, którzy nie nosza butów na rzepy, ale moja siostra bywa porywcza, choc nie sposób odmówic jej racji w pewnych kwestiach).

A ptaszki zamierzam karmić dalej.
Choć już nie chlebkiem – O NIE. Niby mi zarasta ten palec, ale to już nie to samo, co kiedyś.

SZEJK! SZEJK! SZEJK, SENIORA!

Bardzo lubię być bohema intelektualną.

Takiego sobie narzuciłyśmy staja na przyjazd Haniuty.

W piątek, po uciążliwym intelektualizowaniu się w lokalach, gdzie szpilki nie można wsadzić, żeby nie ukłuc w tyłek jakiejś celebrity (np. Janusz Gajos pakował się Tszeciej do łazienki! No już naprawdę!), wracamy z hukiem do Sosko, gdzie rozbiłyśmy obóz. Wita nas w progu Ewuni mąż:
– Kochanie, zupka jest gotowa, zapiekaneczka w piecyku, tylko podgrzać, UPIEKŁEM WAM CHLEB, to co?… Możemy już jechać?…

I pojechali.
A my spędziłyśy naprawde owocny, intelektualny weekend.

Najpierw zeżarłyśmy trzylitrowe wiadro lodów czekoladowych Grycana, bo mózg musi mieć pożywkę.

Następnie zrobiłyśmy sobie festiwal filmowy w Cannes, żeby analizowac konstrukcje postaci i wynikanie wydarzeń z innych wydarzeń oraz techniki filmowe.
W związku z czym obejrzałyśmy:
– DIRTY DANCING
– GREASE
– oraz FLASHDANCE

Wg nas, najspójniejszą postacią był John Travolta, zwłaszcza, kiedy nosił ten obcisły czarny podkoszulek. Chociaż np. Kenickie, na którego do tej pory nie zwracałyśmy uwagi, tez jest całkiem niezły.

Później przerzuciłyśmy się na publicystyke.

Edyta Górniak opowiadała, jaka jest szczęśliwa z mężem i jak teraz już rozumie świat, bo on wszystko potrafi jej tak logistycznie wytłumaczyć.

Stado pań Angielek w różnym wieku najpierw opowiadało o orgazmach, a później oceniały wibratory (przyznawały im punkty, jak w jeździe figurowej na łyżwach). Jedna włączyła swój ulubiony wibrator i puściła na podłogę, i on tak rozkosznie sobie pełzał i machał ogonkiem. Jedna tłusta z kims nam się kojarzyła, ale nie mogłyśmy sobie przypomnieć, skąd ja znamy. Dopiero wczoraj mnie olśniło – TOZ TO BYŁA EMILY, żona Rossa! STRASZNIE SIĘ SPASŁA, ma figure jak namiot.

Następnie jeden pan Murzyn prowadził na smyczkach dwie hoze Murzynki w obróżkach ( a może mi się to sniło?… Bo w pewnej chwili troche nam się pomieszało, co się nam śni, a co nie, np. czy Robert Więckiewicz NAPRAWDE spacerował z nami za rękę, czy to był sen?).

Zjadłyśmy strasznie duzo chleba i lodów.
Omówiłyśmy kilka istotnych kwestii.
Strasznie krótki był ten weekend.
Próbowałyśmy spóźnić Hankę na pociąg wszystkimi możliwymi sposobami, ale ona się uparła wracać. Kocha tego swojego piłkarzyka, czy jak?…

I teraz nie dość, ze poniedziałek, sam w sobie OHYDNY, to jeszcze PADA BIAŁE GÓWNO, a ja mam syndrom dziecka po kolonii.
Mozna się zdenerwować.

JUŻ CHYBA WIEM SKĄD MI SIĘ TO WSZYSTKO BIERZE

Ze ja na to wczesniej nie wpadłam!
Mój postępujący rozkład umysłowy bierze się z chińskich zupek.

Jak zyje, nie jadlam zup ani sosów z torebki. Ani tzw. „gotowych dań”. Strasznie mi one wszystkie pachniały i smakowały konserwantem, nawet tzw. gorących kubków nie jem.

No – barszczyk czerwony z proszku czasem.

AZ TU NAGLE… wszystko przez tego Makłowicza! Który napisał, ze woli czasem zjeść chinska zupke z torebki, aniżeli zaryzykować konsumpcję w nibyorientalnej garkuchni, w której śmierdzi smażeniną wielokrotnego użytku.

Makłowicz zjadł, a ja nie zjem?… JA NIE ZJEM?… – nabyłam w styczniu AD 2006 kilka zup VIFON.

Wysypałam na miskę. Polałam wodą. Odczekałam trzy minuty.
Zjadłam.

I KONIEC.
Od tamtej poty chodzi za mna zupa tajska.
Co się obejrze – to drepta, zupełnie jak to pół litra za tatą.
Jak ze dwa razy na tydzień nie zjem miski zupy tajskiej, to cos mi się lęgnie w środku i gotowa jestem zabijać niewinnych przechodniów.

NA PEWNO CZEGOŚ DOSYPUJĄ, tak samo jak do kurczaków z KFC (ostatnio kurczaki zostały wyparte przez zupke tajską). Czegos UZALEŻNIAJĄCEGO.

Próbowałam sobie tłumaczyc rozumowo – że taka zupa składa się z samych E oraz wygryza dziurę w żołądku.
Nic nie pomaga.
Co pomysle o zupce tajskiej, mam ślinotok (w dodatku, ja nie przepadam za zupami, wole przystawki).

Tylko patrzeć, jak wyrośnie mi ogon (jak tej pani po kremie do depilacji).

PS. A tak mysle, ze po tych konserwantach w żarciu to my będziemy gites zabalsamowani, nie? Będziemy leżeć i leżeć i leżeć w naszych trumnach nienapoczęci, z zupełnie rumianymi policzkami jak Królewna Śnieżka.

CZY LUDZIOM WYCHODZI NA DOBRE

Ja to musze zacząć cos łykać. Jakies proszki z ananasa albo z chromu, żeby wszystkiego nie analizować.

Bo tak – stoje sobie dziś na rogu Żelaznej i Chłodnej. Widok mam akurat na taki budynek z piaskowca, co tam stoi na rogu, taki z jednym rogiem okrągłym.

I mysle sobie – jenyyyy… ale tu musza być ładne mieszkania, te co maja balkony jak raz na tym okrągłym rogu.

I w ogóle – jaki ładny ten budynek.

To znaczy… Jaki ładny ten budynek BYŁ.
Albo BYŁBY.
Gdyby nie mieszkańcy.

Np. balkony tam wszystkie mają taka sama balustradke. Ładną (wiem co mowie! Na ogrodzeniach się znam, jako wnuczka kowala).

Oczywiście każdy właściciel mieszkania miał inny pomysł na to, JAK BY JA POMALOWAĆ. Częśc z nich także na to, co by w nia wetknąć (jakies tektury, szmaty czy inne ozdobniki).

Budynek jest obłożony kwadratowymi płytami piaskowca. Piaskowiec ma piękny naturalny kolor.

Ale nie. Część obywateli JAKO ŻE IM WOLNO musiała pomalowac balkony NA BIAŁO. Niektórzy całe, niektórzy fragmentarycznie.

Okna – oczywiście również WOLNOĆ TOMKU W SWOIM DOMKU, sąsiad ma na biało TO JA WŁASNIE ZE NA BRĄZOWO, bo co! WOLNO MI!

No wolno, wolno.
Co prawda, piękny budynek po tych zabiegach wygląda gównianie, ale przeciez najważniejsze, ze każdemu wszystko wolno.

Nes pa?

Co powinnam łykać?…

DZIS NIESMIESZNIE

„PO CO NIEKTÓRZY LUDZIE KOMENTUJĄ w Internecie” – wątek ten się przewija przez znane blogi jak zapaszek gotowanej kapusty. Po co przychodza na blogi ziać nienawiścią, na fora, po co czytaja i komentuja artykuły, których nie rozumieją…

Wydaje mi się subiektywnie, ze odpowiedz jest bardzo prosta: BO MOGĄ.

Ja to stara już jestem i pamiętam początki Internetu 10 lat temu. Strony internetowe składające się głownie z tekstu, głownie strony uczelni, instytutów, pasjonatów, owszem – trafiało się i wtedy na świrów (na pewnej podstronie jednego z szacownych niemieckich instytutów jeden chłopak prezentował kolekcje zdjęć najbrudniejszych kibli świata, a ludzie radośnie mu je przysyłali). Ale to wszystko jakos takie było… na wyższym poziomie absurdu.

Później nasza radość z IRC, pierwszych komunikatorów, zaawansowanych przeglądarek (ja zaczynałam od LYCOS i interesowały mnie głównie zdjęcia przestrzeni kosmicznej pomiędzy kserowaniem a wpisywaniem korespondencji do logu korespondencji, gdyż sekretarkowałam naonczas).

Następnie Internet trafił pod strzechy ze wszystkimi tego konsekwencjami. Próba zaczęła być reprezentatywna, drodzy państwo. Bo poprzednio był to dobór celowy, a ekstrapolacja na całe społeczeństwo groziła uwierzeniem, że ludzie są generalnie mądrzy, dobrzy, sympatyczni i pozytywnie zwariowani.

Kurwa… Nie są.

Dla 99% użytkowników Internet jest obecnie skrzyżowaniem ogólnoświatowej agencji towarzyskiej ze scianą w toalecie publicznej. KAŻDY MOŻE ZAISTNIEĆ. Nawet, jeśli nie ma nic do powiedzenia, zawsze może przeciez przypierdolić się do tych, co mają. I to jak efektywnie! I efektownie! Jeśli nie ma się argumentów do dyskusji, zawsze przeciez można napisac autorce, ze: – jest GŁUPIA, żałosna, zazdrosna, łysieje, jest tłusta, ma cellulitis, zżeraja ja kompleksy, na pewno nie ma faceta oraz w ogóle po co się wypowiada, skoro to nikogo nie interesuje.

Przypomina mi się historia z jakiegoś zebrania, kiedy to trzeba było rozwiązac dość nabrzmiały problem i ze 3 osoby zawzięcie dyskutowały, żeby wypracować rozwiązanie. A pewnej chwili jeden pan, który w ogóle się nie odzywał, wstał i oznajmił: „CO PRAWDA NIE MAM ZDANIA na ten temat, ale chciałbym się wypowiedzieć” – i wypowiadał się na tematy ogólnoludzkie przez 45 minut. Po zakończeniu wypowiedzi pana 3 osoby podjęły dyskusje w tym samym miejscu, w którym ja przerwały z uwagi na wypowiedź pana.

Tak samo wyglądaja te komentarze: CO PRAWDA JESTEM NIEDOUCZONYM KRETYNEM, który nawet nie opanował podstawowych zasad ortografii i gramatyki, nie mówiąc o umiejętności czytania ze zrozumieniem, ale za to chętnie pierdolne kilka inwektyw pod adresem autorki.

Niewątpliwa zaletą dostępu do Internetu wszystkich środowisk jest zawartośc forów internetowych. Te na gazeta.pl dostarczaja mi mnóstwo rozrywki. Tylko od czasu do czasu przechodzi mnie dreszcz, że w zasadzie to nie jest śmieszne, tylko straszne, bo ci ludzie naprawde żyja i NAPRAWDE tak myślą. Wybieram jednak rozrywkę. Nie zbawie świata. Lepsi ode mnie próbowali. Trza się okopać i smiac, bo co nam zostaje?…

SAMBA I TEODOR W CHARAKTERZE ZAGADKI

Dziś w Rio maszeruja dywizjony kobiet, ubranych tylko w kolczyki i strusie pióra na głowie, i tańczą sambę.

Czasem dociera do mnie wyraźniej niż kiedy indziej, jak bardzo nierówna jest dystrybucja dóbr na świecie.

Nie, żebym koniecznie chciała maszerować z gołymi cyckami i potrząsac kuprem, bo ani umiem, ani lubie, ani mi to wychodzi specjalnie. ALE CHCIAŁABYM MIEĆ TAKA MOŻLIWOŚĆ.

Żądam natychmiastowego zniesienia stref klimatycznych.

PS. Zaglądam któregos dnia przez ramie N., a on czyta w jednej takiej gazecie artykuł o zjawiskach, które nazywaja się „DUŻY TEODOR” oraz „ODWROTNY FRANCUZ”. Kto zgadnie, jaka to była gazeta?…

PALECGATE C.D.

W nocy wysiadł piec… Nie komentuję… Kocham zycie, kocham świat, ograniczam liczbę słów uznawanych powszechnie za wulgarne… Pozytywne afirmacje kluczem do sukcesu… Jakim cudem jest zycie…

Palec przewinęłam. Nawet dwa razy przewinęłam. Troche trudno zakłada się plasterek z odwrócona do tyłu głową, żeby nie widzieć tej masakry, ale dało radę.

Jakos nie chce mi się podejmowac tematu „kiedy ta *&^#%^$ zima się skończy”. W ogóle mi się nie chce. Czytam sobie na ukojenie nerwów „Dolores Claiborne”.

NIE DLA LUDZI O SŁABYCH NERWACH

Jak to pozniej opowiadał N.:
– Dlubie sobie przy sprzecie, nagle slysze z kuchni – drze się. Oho, mysle, pewnie pajaka zobaczyła. Ale drze się i drze się, cos za długo na pająka. Musze isc sprawdzic, czego ona się tak drze.

A darłam się, gdyz odkroiłam sobie czubek wskazującego palca (nożem).

Kroiłam czerstwy chleb dla ptaszków. W taki oto sposób nagradzane zostaja chrześcijańskie uczynki, tak? To już była ostatnia przylepka, która kroiłam, przebywając myslami gdzie indziej, az tu nagle CIACH!… I nie mam czubka palca.

KREW SIĘ LAŁA NA PODŁOGĘ (no dobra – KAPAŁA, ale dużymi kroplami). N. mi założył opatrunek (KTÓRY ZA CHWILE CALY PRZESIĄKŁ KRWIĄ), a ja zemdlałam sobie cichutko. Zimna kula w żołądku, niedobrze, zawroty glowy, smak metalu w ustach, zimny pot ot stóp do głów i ciemno przed oczami. Tak to wygląda w praktyce.

Mam go teraz zaklejonego plastrem i owiniętego bandażem, ale boję się zajrzeć. N. mi go każe przewinąc. Chyba nie dam rady albo znowu zemdleję. Kąpałam się w lateksowej rękawiczce.

Korzysc jest taka, że N. zmywa.

Czy od palca można umrzeć?… Bardzo proszę o odpowiedz, droga redakcjo. Na pewno można zemdlec, co przetestowałam na sobie.

Mówcie mi 4 Fingers.