Rano wstałam, umyłam się, umalowałam, wypiłam herbatę i mąż mnie odwiózł do pracy.
Następnie w godzinach biurowych dostałam tulipana od męskiej załogi mojego departamentu (szt. 1).
Następnie zadzwonił mój mąż:
– Kochanie, niestety musisz wrócic do domu sama, gdyż moja rada nadzorcza zbiera się dziś o 17.00 więc sama rozumiesz.
(Proponuje wprowadzic zapis niepowoływania do rad nadzorczych ludzi nie posiadających zycia prywatnego, żon oraz ogólnych wartości międzyludzkich, gdyż tacy ludzie są głęboko nieszczęśliwi i nie wiem, czy są w stanie zrobić cos dobrego dla państwa, skoro nie potrafili zrobic nic dobrego dla siebie samego. Skoro planuje się w Dzień Kobiet o 17 posiedzenie, zamiast kolacji z żoną zakończonej wspolną, gorącą kąpielą, to znaczy, ze jest się człowiekiem trochę upośledzonym i żałosnym).
Zaklęłam szpetnie i wróciłam sama. W pociągu czytałam „Chłopaków Anansiego”.
W domu spożyłam uroczysta kolację, składającą się z:
– gorącej bagietki z masłem czosnkowym (BŁOGOSŁAWIONY TEN PRODUKT w postaci głęboko mrożonej odkryłam w naszym lokalnym supermarkecie i wykupiłam prawie cały nakład, ledwo mi się pomieściły do zamrażarki);
– pomidorów suszonych w oliwie;
– połowy butelki wina czerwonego Tcherga.
Podczas uroczystej kolacji obejrzałam cztery odcinki „Seksu w wielkim mieście”, seria druga.
Następnie poszłam spać.
N. próbował mnie obudzić bukietem róż, jak już wrócił z tej zasranej rady, ale mój sen nie należy do płytkich lub łatwych do obudzenia zeń.
W związku z czym śmierdze dziś czosnkiem.
I mam to w dupie.