Do swiat poltora tygodnia. Wobec tego ja co?
Jade do Bukaresztu na delegacje.
AAAAAAAAAAHAHAHAHAHAHA.
Czy mam juz kupione prezenty?
Alez.
Strefa wolna od sportu i lajfstajlu
Do swiat poltora tygodnia. Wobec tego ja co?
Jade do Bukaresztu na delegacje.
AAAAAAAAAAHAHAHAHAHAHA.
Czy mam juz kupione prezenty?
Alez.
Melania jest chora. Na serce i na wątrobę. Na serce to po mnie (taka wrażliwa), a na wątrobę to wszyscy się bardzo zdziwili, że jak to – przeciez nie pije! (okazało się, że za dużo mięsa jadła. Mój mąż przyjął ten komunikat z godnością).
W domu mam wieczorami czułe dyskusje pełne rzucania talerzami, do kogo w tym roku na Wigilię i u kogo byliśmy w zeszłym roku, a u kogo nie byliśmy. S T A N D A R D. Najlepiej ma moja kolezanka z pracy, która ma małe dziecko, a teściowa wlasnie kupila sobie pitbulla. Jest wyluzowana jak kwiat lotosu na tafli jeziora. Chyba musze sobie kupic pitbulla, a teściowej – małe dziecko, albo na odwrót.
Prezent dla Melanii został wczoraj kupiony w IKEA (rozplaskotana poduszka w kształcie kota, ale nie mówcie jej).
IKEA jest jednym z niewielu sklepów, które lubię.
Lubie IKEA za to, że każda pierdoła ma swoje imię. Nawet najmniejszy świeczniczek za 4 złote albo koszyczek maja na imię KVASTRUP albo NYXDORF, a obok wisza zdjęcia projektantów. A ja zawsze mam taka wizję, jak tak projektantka siedzi sobie w tej Szwecji, je na śniadanie łososia z dżemem, a nastepnie siada do deski kreślarskiej i macha taki koszyczek. A pozniej ogląda wszystkie magazyny z wnętrzami domów i szuka swojego koszyczka na zdjęciach, wycina je i wkleja do specjalnego albumu.
IKEA kojarzy mi się jeszcze z jednym mianowicie z zajęciami z socjologii na studiach. Które, umowmy się, uważałam za strate czasu – po pierwsze, były głupie, po drugie, nie cierpiałam laski z która mielismy zajęcia. Laska była ewidentnie w okresie godowym i całe zajęcia poświęcała na flirtowanie z meska częścią grupy. Po pierwszych zajęciach zeszłam do Hadesu i powiedziałam „ O MATKO z jaka beznadziejna flądra mam socjologię!” – po czym okazało się, że kumpel, któremu to powiedziałam, już jest z tą laska umówiony na randkę, tak? Tłumaczyliśmy mu OPAMIETAJ SIĘ CZLOWIEKU, ona jest STARA – ma chyba ze 27 lat! (no ja wiem. Wiem. Ale mielismy wtedy po 22 lata).
I ta laska powiedziała na ktorychs zajeciach, ze kupowanie w IKEA to jest KONFORMIZM.
Nie no, jasne.
Kupowanie w IKEA to jest zajebisty konformizm, w szczególności dla dwudziestokilkulatków utrzymujących się ze stypendium. Jasne, że wszyscy powinni dziedziczyc meble po dziadkach, strugac je własnoręcznie lub szperac po DESACH. Kurwa mać, jak ona mnie wtedy wkurzyła.
Po czym ZUPEŁNIE NIEKONFORMISTYCZNIE zaszła z tym moim kumplem w ciążę po trzeciej randce, a on absolunie niekonformistycznie on się z nia ożenił. HA HA HA HA HA HA.
Lubie IKEA również za restaurację. Wczoraj np. wciągaliśmy szwedzkie mielone z dżemem, podczas gdy leciał właśnie odcinek jakiegoś serialu, w którym niejaki Kacper dał jakiejś lasce pierścionek zaręczynowy, a ona przeżywała w związku z tym rozdarcie emocjonalne, nawet poszła z wizyta do księdza, a jeden pan pił alkohol sam, bo nie ma się z kim napić, a jak córka na niego nakrzyczała, to jej powiedział, że pije, bo lubi, a nie dlatego, że musi.
Bardzo Was proszę, jeśli ktos to ogląda, to dajcie mi znać, czy ta laska zgodziła się ożenić z Kacprem i dlaczego ten pan tak pije. I o czym ten serial generalnie jest.
Kupiłam sobie prześliczny szaliczek, jednego nie przewidziawszy.
Ze prześlicznośc będzie przełazić z szaliczka na wszystko, co mam na sobie, oraz na otoczenie.
Kłaki z szaliczka maja interesujący morski kolor, aczkolwiek N. się nie podobają. Zwłaszcza na jego kurtce. Malkontent.
Kot z Piekła Rodem swobodnie i bez specjalnego skrępowania wchodzi za nami do domu, siada na wycieraczce i awanturuje się. Ja mdleję, a N. planuje, co by tu kupic kotu na gwiazdkę (proponuję ze 3 sesje u egzorcysty).
Liczba zakupionych prezentów wynosi słownie jeden.
W sobote imieniny teściowej (TEŻ jeszcze nie mamy prezentu. Szukaliśmy wczoraj w Galerii Mokotów. Mój mąż jednakowoż nie znalazł nic godnego uwagi).
A poza tym to straszna nuda. Nic się nie dzieje nowego. Nic. No np. mój mąz sprowadził tysiąc win w prezencie dla swojego szefa. Nuda, nie? Albo cieknie mi z sufitu w łazience. STRASZNA nuda, już ze 3 lata cieknie. W krzyżu mnie łupie – też już było. Nuda.
A nie!
Jest cos fajnego: Płyty Marka Niedźwieckiego na 25-lecie listy.
Są kawałki, które dosłownie człowiekowi dech w piersiach zapierają. Myślałam, że ich już nigdy w życiu nie usłyszę, a tu proszę.
Od razu się przypominają czasy, kiedy człowiek siedział z gotowym do nagrywania GRUNDIGIEM z taśma STILON, ustawionym naprzeciwko radia i z palcami na czerwonym guziku, żeby wcisnąć, jak będzie jakis hit, i trzeba było pilnowac matki, żeby wtedy nie odkurzała ani nie włączała miksera (trudne to bylo, bo piątki wieczorem to akurat świetny termin na ciasto).
Albo inne skojarzenia, na przykład związane z kawałkiem „SAY YOU, SAY ME”. Otóż na studiach obracałam się w pewnym towarzystwie, które często robiło prywatki. Na prywatki przychodził jeden kolega – nazwijmy go X – typ faceta: BARDZO miły, BARDZO porządny, całkiem przystojny, za Chiny Ludowe nie mógł sobie znaleźć dziewczyny. Zatem kolega X na prywatkach głownie odpowiedzialny był za oprawe muzyczną – siedział i zmieniał płyty. I pił. Bo co mu pozostało. Jednakowoz po klilku wódkach kolegę X zaczynało rozbierać uczucie. Zawsze w tym momencie zapuszczał „SAY YOU SAY ME” i wstawał ze swojego smutnego i wilgotnego miejsca za odtwarzaczem CD, aby zagarnąć w ramiona którąś z koleżanek i wykonac na parkiecie ten utwór. Dla nas, istot żeńskich, pierwsze takty „SAY YOU, SAY ME” zawsze były sygnałem, ze trzeba zwiewać do kibla i tam się zabarykadować. W przeciwnym razie można było skończyc jako powiernica kolegi X i borykac się do końca prywatki z ogromem nieszczęść, dotykających tego skądinąd całkiem miłego faceta.
Przy czym „skądinąd” robi wielką różnicę.
A wy?
Z czym wam się kojarzą kawałki ze składanek Pana Marka?
(I kto napisze do niego maila, żeby zmienił zdjęcie na pierwszej stronie, ta dzinsowa koszula jest straszna).
Nooooooo wieeeec… Caly weekend przechorowałam.
Niby gardlo przestalo mnie bolec, kataru nie mam, a czuje jak chodza po mnie te małe z ogonkami… W sensie, ze nie plemniki, tylko zarazki.
(A miało być tak pięknie, jeszcze w piątek uśmiałam się jak nieboskie stworzenie ze szwagra, który wykonywał utwór „Nadaję ci imie… JAFTFĄB” z odpowiednią intonacja oraz na motywach dialogu z South Park: „-Garrison ty pedale! – Halo, kto mowi? – Anonim, mkaaay?…”).
Łykam gripex i jestem w takim znieczulającym kokonie, przez który świat dociera do mnie z pewnym opóźnieniem. I bardzo dobrze, wziawszy pod uwage zawartość serwisów prasowych.
Przeczytałam tego „Merde” w Paryżu (warto), „Pleciugę” (warto, choć bardzo smutna) i rozwiązałam jakies 700 sudoku; jak zamkne oczy, mam powidok kwadratów wypełnionych cyframi. Wiecie, ze na toys4boys jest papier toaletowy w sudoku?…
(a na luxlux – PRZESLICZNE TRUMNY, jako ze nie dziala mi w pracy pudelek, to siedze z Haniuta na luxlux i bardzo mi się podobaja NOWOCZESNE TRUMNY, zrobiłabym sobie z takiej toaletkę albo skrzynkę na obrusy, nie wiem jeszcze).
Prezentów nadal ZERO.
Aaa.
Zośka Loren w wieku 72 lat zostala sfotografowana do kalendarza Pirelli 2007.
Bardzo mnie to podnosi na duchu i zaczynam mieć nadzieję, że może ewentualnie świat się JESZCZE nie skończy (mimo progresywnego trendu zwycięstw naszych sportowców w kolejnych dziedzinach, co samo w sobie jest ZATRWAŻAJĄCE).
Natomiast byłam wczoraj w markecie budowlanym LEROY.
Market jest CAŁKOWICIE opanowany przez kiermasz ozdób świątecznych.
Nie ukrywam, że zrobiło mi się słabo (jutro już grudzień, a tradycyjnie kupionych prezentów – ZERO, przecinek, zero, zero).
Poza tym, to takie… SMUTNE.
Ozdoby z marketu budowlanego.
Zamiast z romantycznego małego sklepiku, ręcznie robione przez rodzine goblinów mieszkających pod podłogą i sprzedawane przez małą siwą staruszkę oraz jej pomocnika – jednookiego garbuska… Yyyyyyyyy… STOP (moja wyobraznia kiedys mnie ukatrupi). Będę się jednakowoż upierać, ze MARKET BUDOWLANY to nie jest miejsce dla magicznych ozdób świątecznych. Poza tym, były w sprzedaży SKRZYDŁA. Normalnie SKRZYDŁA Z PIÓR. Dosyc to było ohydne, bo jako żywo przywodziło na myśl obcięte skrzydła gęsi.
(Za chwileczkę, za momencik spodziewam się dyskusji „A U KOGO W TYM ROKU WIGILIA” i zacznie się jazda.)
Mam strasznie duzo roboty drogi pamiętniku oraz zablokowane strony internetowe z blogami i z horoskopem, ale taka na przykład www.crimelibrary.com DZIAŁA jak ta lala! Czyli co – pornografia i rozrywka jest be, ale kanibalizm i seryjne morderstwa – jak najbardziej w porządku?… Zdaniem aminów, naturalnie. Poza tym, OCZYWIŚCIE ze znalazłam strone, na której mogę sobie grać w tetrisa online. Niech mnie nie rozśmieszają.
N. twierdzi, że jeśli chodzi o zwierzątka domowe, to on zawsze był przekonany, ze świerszcz to jest przynęta na pstrąga, a nie pupilek. A w koty to kamieniami rzucał, a nie je karmił i głaskał (mam nadzieje, że zartuje z tymi kamieniami. I z tymi pstrągami też).
Natomiast co wieczór, kiedy wracamy do domu, to kot rzuca się na nas jak pocisk – pędząca przez całe podwórko kulka szarego futra (POZSZYWANA Z KAWAŁKÓW) (lubię zwierzęta, naprawdę, ale na widok tego kota ZAWSZE mam odruch, żeby się przeżegnać). W dodatku na przemian agresywnie miauczy i syczy. Może i on naprawde jest spragniony ludzkiego towarzystwa, ale po tych odgłosach, które z siebie wydaje, to jemu chyba chodzi o ludzka wątrobę, świeżą i cieplą. No ja nie wiem. N. go głaszcze. Odważny koles z tego mojego starego.
Natomiast co do sugestii Majka.
Nie zamierzam się kochać w T-Bagu.
Nie dlatego, że jest krańcowym psychopatą ze zjechaną psychiką. Nie nie.
Po prostu, w T-Bagu kocha się Hanka (i w Eryczku Cartmanie, przypominam). A ja Hance nie zamierzam wchodzic w drogę. Mamy taka niepisaną umowę dzentelmeńską od czasów, kiedy ona była Miss Wirtualnej Kawiarenki, a ja – Wicemiss (było to bardzo dawno temu, kiedy to serwer kawiarenki padał spektakularnie, jeśli zalogowało się więcej niż 40 osób, a jeden z bywalców kawiarenki podrywał admina jednocześnie pod pięcioma żeńskimi nickami).
A Abruzzi to przecież Andropow z Armageddonu, no nie będę się przeciez kochac w rosyjskich kosmonautach.
Pozwolicie zatem, że pozostanę przy starszym bracie z dziwnymi uszami.
(Natomiast pania doktor ajmsory, ale mam ochote kopnąć w tyłek z całej siły).
Mgła jak w Londynie.
Za każdą latarnią może się czaić Kubus Rozpruwacz.
Szłam sobie wczoraj i myślałam, ze taka zamglona Warszawa jest PRAWIE ładna.
PRAWIE.
Po czym wsiadłam do autobusu miejskiego i wrażenie zaraz mi przeszło.
Na przykład wsiadła mama z córką, lat około sześciu, targającą wielkiego loda MAGNUM.
W listopadzie, dwudziestego siódmego, ja się pytam?…
Nic się nie znam na wychowaniu dzieci. NIC.
Oraz siedząc wczoraj na przystanku, zaczepiła mnie Wariatka.
Na pierwszy rzut oka nie było widac, że to wariatka. Podeszła, troche się jakając zapytała o autobus, po czym wlepiła we mnie oczy.
– JAKIE TY MASZ ŁADNE WŁOSY! I oczy! I uśmiech! I tyle masz w sobie piękna wewnętrznego! I w ogóle jesteś taka ładna! Wiesz?
No teraz już wiem.
Podziękowałam wariatce, bo w sumie to zawsze miło, kiedy ktoś człowiekowi powie komplement. Nie, żebym nie wolała usłyszec komplementów od tego starszego brata z Prison Break (bardzo mi się podoba, chociaż ma MEGA DZIWNE USZY! Zupełnie jak doktor Jack z Losta. O co chodzi z tymi uszami?…). Chociaż Haniuta mówi, że takie anonimowe wariatki zawsze okazują się być królowa Anglii incognito albo ekscentryczną miliarderką, albo dobrą wróżką.
JEŚLI TO PRAWDA i faktycznie jest Dobra Wróżką, to plis plis plis, niech mi pomoze KUPIC PREZENTY NA SWIETA dla całej rodziny!… Bo ja nie mam zadnego pomysłu i chyba zwariuje!
Co nie zmienia faktu, że przez cały dzien miałam przez Wariatke nastrój refleksyjny i filozoficzny.
A na miłe zakończenie dnia obejrzałam ten odcinek SP, w którym Eryczek jest dyżurnym, a Ike ma romans z przedszkolanką.
Nnnnnnnnnnnnnajssssssssssssss.
Zamiatając dziś z tarasu zgniłe liście wraz z ukrywającymi się pod nimi glizdami, rozmyślałam sobie na tematy ogrodnicze.
Doszłam do wniosku, że nasze współżycie z roślinkami układa się zawsze trzyetapowo.
ETAP PIERWSZY – JESTEM TWOJA NOWA ROSLINKĄ, KOCHAJ MNIE I KUP MI DONICZKĘ
Kupujemy roślinki. Wybieramy oczywiście same super wypasione osobniki, najpiękniejsze w całej szkółce. Zabieramy je do ogrodu, sadzimy, sypiemy nawóz, chuchamy, dmuchamy, podlewamy, zraszamy.
Jak odwdzięczają nam się za to roślinki? Połowa od razu zdycha – te najdroższe, naturalnie; reszte rąbią robaki albo łamią im się gałązki podczas deszczu, albo usychają, żeby nie wiem jak często je podlewać. Z całej partii zakupionych roślinek zostają 2 – 3 najbardziej pokraczne krzaczory.
ETAP DRUGI – JESTEM TWOJĄ ROŚLINKĄ, MIESZKAM W TWOIM OGRÓDKU
Etap ten jest najkrótszy z wszystkich trzech. W ramach tego etapu roślinka tkwi sobie w ogrodzie na swoim miejscu i wygląda mniej więcej tak, jak od niej oczekiwaliśmy. Jakieś dwa tygodnie.
ETAP TRZECI – JESTEM TWOJĄ ROŚLINKĄ Z PIEKŁA RODEM
W etapie trzecim nasze roślinki wymykaja się nam spod kontroli i zamieniają w dzungle amazońską. Nasza sliczna japońska tawuła nagle ma trzy metry wysokości i rzuca się na nas z zębami, kiedy podchodzimy z sekatorem. Jeśli chodzi o kąt, w którym posadzilismy rdest, to od dwóch lat nikt tam nie był, żeby rdest nie pochwycił go i nie wpierdzielił. Giną koty sąsiadów i dramatycznie zmniejsza się nam powierzchnia ogrodu. Żeby dotrzeć do altany, trzeba się wyposażyć w maczetę, pochodnię i napalm. Wieczorami, stojąc na tarasie, z drżeniem wsłuchujemy się w ciche mlaskanie, dochodzące z ogrodu. Sąsiadka z naprzeciwka pyta, czy nie widzieliśmy jej męża, bo nie wrócił do domu po tym, jak poszedł nas odwiedzić…
Oraz mam traumę, związana z jasnymi bojówkami mojego męża.
Kiedy widzę, że odwija z folii świeżo przyniesione z pralni jasne bojówki, osuwam się wewnętrznie, bo wiem, że będzie katastrofa. Beznadziejnie próbuję jej zapobiec: „Kochanie, nie możesz założyc innych spodni?…” – ale to tak jakbym próbowała skręcić Titanikiem. Tylko pogarszam sytuację. Dowiaduję się, że mój mąz NIE MA INNYCH SPODNI (nawet jeśli wczoraj wlasnie kupil sobie 2 pary w Decathlonie).
Zakłada te spodnie i idzie:
– wymieniac olej w samochodzie (polowa zawartości miski olejowej ląduje na bojówkach);
– podsypywac torfem winogrona (tak, mój mąż założył sobie winnicę; nie, nie chcę na ten temat rozmawiać) – połowa torfu ląduje na…
– przykręcac progi do samochodu, co wymaga klęczenia w błocie;
– impregnować łupek na tarasie (połowa impregnatu ląduje na…);
– trzymac na kolanach psa, który jest kudłatym jamnikoterierem, a mamy wyjątkowo deszczowy dzień;
– malowac na ciemnobrązowo debowy stół dla Sosko. Zagadka: gdzie ląduje połowa ciemnobrązowego mazidła?…
Ja nie wiem, skąd mu się to bierze, ale te jasne bojówki, kiedy sa uprane, to działają na niego jak PŁACHTA NA BYKA. Natychmiast znajduje sobie wyzwanie i je realizuje. Dopiero, kedy bojówki wyglądają, jakby Uma wyszła z nich z grobu w II części Kill Billa, mój mąż może się zrelaksowac przy cygarze.
Dziś niedopałek cygara został wetknięty w kopiec kreta.
Ciekawe, czy kret to doceni.
(Ależ jesteśmy wyrafinowani – u nas nawet krety dostaja hawańskie cygara).
Kupiłam (sobie) mojemu mezowi (naturalnie ukochanemu) na lotnisku tego Clarksona „Wierzę, że masz duszę”. O maszynach, które mają duszę.
Bo ja tez wierzę, że maszyny maja duszę. Np. mój stary piec. Niewątpliwie i bezsprzecznie ma w sobie duszę pokutującą. Albo komputery. Każdy jest inny i trafiają się osobniki wyjątkowo złośliwe i wredne, a niektóre są miłe i fajne jak psy.
Oczywiście, zanim on zdążył w samolocie zdegustowac Rzeczpospolitą, ja już kończyłam książke. Popłakałam się rzewnie nad Concordem, uśmiałam jak dzika fretka z opisu lotniskowca i w ogole jestem oczarowana tymi felietonami. Clarkson cudownie pisze, widać, że to jego pasja. A jak człowiek ma pasje to i z opisu zupy potrafi zrobic arcydzieło, jak Makłowicz (a jak nie ma pasji, tylko troki od kaleson, to nawet żeby uśmiercił siedemset głuchoniemych jedną koparką, to dalej troki od kaleson).
No. Ale o czym to ja.
NO WIEC. W jednym z felietonow Clarkson pisze, ze Nicole Kidman ma uwaga cytuje „POSLADKI JAK STRUSIE JAJA”.
Najpierw się na niego zdenerwowałam, bo porównanie jest mało poetyckie, a Nicole jest bardzo piekna i w ogóle co on sobie wyobraża, wielki brytyjski brzydal.
Ale po chwili zwizualizowałam sobie strusie jaja, leżace w koszyczku w Piotrze i Pawle.
Hmmmmmmmm.
COŚ W TYM JEST.
Jako osoba racjonalna musza przyznać, iż być może porównanie istotnie nie jest zbyt poetyckie, natomiast jeśli chodzi o sedno sprawy, to ja na przykład bym się zanadto nie broniła, żeby wiecie. Jak te strusie jaja. Mieć.
Jest to jeden z tych trudnych komplementów, kiedy to człowiek w pierwszym odruchu ma ochote dac komplementodawcy w pysk. Zdecydowanie jednak wole TAKIE komplementy od czegoś co UWIELBIAJĄ mowic kobiety kobietom, i co POZORNIE ma być komplementem, a tak naprawde nim nie jest, na przykład „SWIETNA SUKIENKA, w ogole w niej nie widac ze masz na brzuchu te fałdy tłuszczu”.
Niech mu będą te strusie jaja.
Dzis zajmiemy się moja ulubiona dziedziną sportu „CHODZENIE PO BARACH”.
Jest to fascynujący sport, doprowadzony do perfekcji przez mieszkańców polnocnej Hiszpanii. Sport drużynowy, dodam.
Liczebność druzyny nie jest stała. Możliwe jest dokladanie i odejmowanie zawodników w trakcie rundy, wrecz do całkowitej wymiany wszystkich członków pierwotnej druzyny.
Zasady nie są proste, ale po kilku dniach intensywnego treningu osoba inteligentna poradzi sobie, naturalnie nie jako lider drużyny, ale jako zwykły uczestnik – śpiewająco.
Podstawowa zasada jest taka, że druzyna w pierwotnym składzie musi się spotkać w jednym barze o określonej godzinie. Wszyscy pija drinka, po którym następuje zwyczajowa kłótnia o to, kto płaci (zwykle jest więcej niż jeden chętny do postawienia kolejki, a czasem proceder ten jest utrudniony, bo a) stawia właściciel baru, b) zapłacił jakis facet, który nic nie powiedział i już sobie poszedł) oraz zostaje rzucone hasło wymarszu do kolejnego baru.
W kolejnym barze do druzyny mogą dołączyć kolejni zawodnicy, spotkani na miejscu lub po drodze. Mogą być znajomymi wszystkich uczestników druzyny lub tylko niektórych lub w ogole nie są nikomu znani, ale chętnie się przedstawią i zaprzyjaźnią i postawią kolejkę. Z druzyny mogą także ubywac kolejni zawodnicy (bo np. mają w domu przygotowaną na kolacje ośmiornicę i wlasnie idą ją zjeść). Drużyna może się dzielic na mniejsze poddrużyny odbywające alternatywną ścieżkę przemarszu po barach i spotykać się w niektórych z nich lub po drodze, wymieniać skład, zmieniać trasę lub kolejność odwiedzin barów.
Nie ma reguły, o czym będzie się rozmawiac podczas całej rundy – zwykle są to tematy najbardziej aktualne, np. trwający właśnie mecz albo temat rzucony przez napotkanego osobnika „Złowiłem wczoraj 40 kalmarów”. Dośc istotne jest strategiczne zajmowanie pozycji w kolejnym barze, bo np. kobiety lokuje się na samym końcu baru, żeby nie zawracały głowy, a także trzeba uważac żeby nie ustawic obok siebie członków druzyny którzy Chwilowo Są Na Siebie Obrażeni i Nie Rozmawiają, Bo Się Pokłócili o Przynęty – gdyz grozi to zapadnięciem niezdrowej ciszy.
Należy pamiętać, że nie wolno pic w jednym barze wiecej niż jednego drinka, bo grozi to zapascia i przedwczesnym ukończeniem wieczoru.
Bardzo piekny sport.
Oraz musze cos wyznać. Ale w tajemnicy i umówmy się, że INFORMACJA TA NIE OPUSCI CZTERECH SCIAN TEGO BLOGA.
Ze wszystkich serwowanych mi dań (a było ich sporo, w tym langusty sięgające mi do kolan, krewetki wielkości dłoni oraz policzki z dorsza) (czujecie. Policzki. Z. Dorsza) najbardziej smakowała mi tzw. ZORZA (czytac TSORSA).
Jest to ni mniej ni więcej, tylko mieso doprawione i przygotowane jak na chorizo (te ich paprykowa kiełbasę), usmażone na patelni luzem, ułożone na frytkach i jedzone bardzo gorące.
Czujecie.
Mięso na kiełbasę.
NATOMIAST WERSJA OFICJALNA JEST TAKA, ze oczywiście NADAL NAJBARDZIEJ UWIELBIAM jeść ostrygi i popijać szampanem. OKEJ?
(Boże, jaka ja jednak jestem nieskomplikowana. Smażona kiełbasa bez flaka).
(no przepraszam, ale chyba lepsza smazona kiełbasa niż policzki z dorsza!)
Chwilę byłam w Portugalii. W Porto na porto oraz na kolacji.
UWAŻAJCIE Z ZAMAWIANIEM JEDZENIA w Portugalii w knajpie.
Proponuję zamawiać jedna porcję na dwie – trzy duże, bardzo głodne osoby (jedna porcja to dwa kraby wielkości półmiska każdy, półmetrowa langusta oraz mała wanna ryżu z owocami morza).
Pierwszy raz w zyciu piłam bożole nuwo w hiszpańskim barze (symbolicznie, bo błagam, kto pije bożole, kiedy wszędzie dookoła rioja i ribeira sacra).
Byłam się ukłonic Świętemu Jakubowi.
Tak mnie ten wyjazd, wiecie, natchnął.
Jakie ludzie mają życie. Proste i piekne.
I jak zwykle eksplorowałam siebie i to, co znalazłam, zaskoczyło mnie.
SMAŻONA KIEŁBASA.