O MOIM ULUBIONYM SPORCIE I PORTUGALSKICH PORCJACH

Dzis zajmiemy się moja ulubiona dziedziną sportu „CHODZENIE PO BARACH”.

Jest to fascynujący sport, doprowadzony do perfekcji przez mieszkańców polnocnej Hiszpanii. Sport drużynowy, dodam.

Liczebność druzyny nie jest stała. Możliwe jest dokladanie i odejmowanie zawodników w trakcie rundy, wrecz do całkowitej wymiany wszystkich członków pierwotnej druzyny.

Zasady nie są proste, ale po kilku dniach intensywnego treningu osoba inteligentna poradzi sobie, naturalnie nie jako lider drużyny, ale jako zwykły uczestnik – śpiewająco.

Podstawowa zasada jest taka, że druzyna w pierwotnym składzie musi się spotkać w jednym barze o określonej godzinie. Wszyscy pija drinka, po którym następuje zwyczajowa kłótnia o to, kto płaci (zwykle jest więcej niż jeden chętny do postawienia kolejki, a czasem proceder ten jest utrudniony, bo a) stawia właściciel baru, b) zapłacił jakis facet, który nic nie powiedział i już sobie poszedł) oraz zostaje rzucone hasło wymarszu do kolejnego baru.

W kolejnym barze do druzyny mogą dołączyć kolejni zawodnicy, spotkani na miejscu lub po drodze. Mogą być znajomymi wszystkich uczestników druzyny lub tylko niektórych lub w ogole nie są nikomu znani, ale chętnie się przedstawią i zaprzyjaźnią i postawią kolejkę. Z druzyny mogą także ubywac kolejni zawodnicy (bo np. mają w domu przygotowaną na kolacje ośmiornicę i wlasnie idą ją zjeść). Drużyna może się dzielic na mniejsze poddrużyny odbywające alternatywną ścieżkę przemarszu po barach i spotykać się w niektórych z nich lub po drodze, wymieniać skład, zmieniać trasę lub kolejność odwiedzin barów.

Nie ma reguły, o czym będzie się rozmawiac podczas całej rundy – zwykle są to tematy najbardziej aktualne, np. trwający właśnie mecz albo temat rzucony przez napotkanego osobnika „Złowiłem wczoraj 40 kalmarów”. Dośc istotne jest strategiczne zajmowanie pozycji w kolejnym barze, bo np. kobiety lokuje się na samym końcu baru, żeby nie zawracały głowy, a także trzeba uważac żeby nie ustawic obok siebie członków druzyny którzy Chwilowo Są Na Siebie Obrażeni i Nie Rozmawiają, Bo Się Pokłócili o Przynęty – gdyz grozi to zapadnięciem niezdrowej ciszy.

Należy pamiętać, że nie wolno pic w jednym barze wiecej niż jednego drinka, bo grozi to zapascia i przedwczesnym ukończeniem wieczoru.

Bardzo piekny sport.

Oraz musze cos wyznać. Ale w tajemnicy i umówmy się, że INFORMACJA TA NIE OPUSCI CZTERECH SCIAN TEGO BLOGA.

Ze wszystkich serwowanych mi dań (a było ich sporo, w tym langusty sięgające mi do kolan, krewetki wielkości dłoni oraz policzki z dorsza) (czujecie. Policzki. Z. Dorsza) najbardziej smakowała mi tzw. ZORZA (czytac TSORSA).

Jest to ni mniej ni więcej, tylko mieso doprawione i przygotowane jak na chorizo (te ich paprykowa kiełbasę), usmażone na patelni luzem, ułożone na frytkach i jedzone bardzo gorące.

Czujecie.
Mięso na kiełbasę.

NATOMIAST WERSJA OFICJALNA JEST TAKA, ze oczywiście NADAL NAJBARDZIEJ UWIELBIAM jeść ostrygi i popijać szampanem. OKEJ?

(Boże, jaka ja jednak jestem nieskomplikowana. Smażona kiełbasa bez flaka).
(no przepraszam, ale chyba lepsza smazona kiełbasa niż policzki z dorsza!)

Chwilę byłam w Portugalii. W Porto na porto oraz na kolacji.

UWAŻAJCIE Z ZAMAWIANIEM JEDZENIA w Portugalii w knajpie.
Proponuję zamawiać jedna porcję na dwie – trzy duże, bardzo głodne osoby (jedna porcja to dwa kraby wielkości półmiska każdy, półmetrowa langusta oraz mała wanna ryżu z owocami morza).

Pierwszy raz w zyciu piłam bożole nuwo w hiszpańskim barze (symbolicznie, bo błagam, kto pije bożole, kiedy wszędzie dookoła rioja i ribeira sacra).

Byłam się ukłonic Świętemu Jakubowi.

Tak mnie ten wyjazd, wiecie, natchnął.
Jakie ludzie mają życie. Proste i piekne.

I jak zwykle eksplorowałam siebie i to, co znalazłam, zaskoczyło mnie.
SMAŻONA KIEŁBASA.

0 Replies to “O MOIM ULUBIONYM SPORCIE I PORTUGALSKICH PORCJACH”

  1. co do portugalskich porcji – to fakt.
    moja portugalska teściowa czuje się niezręcznie, gdy obiad składa się z mniej niż trzech dań i dwóch deserów, i owoców, a patrząc na stół zastawiony tak szczelnie, że nie ma gdzie dostawić szklanki, wykrzykuje przerażona: “mój boże, zapomniałam chleba, czekajcie, pobiegnę tylko do sklepu na dole…”
    i za to też ich kocham 🙂

  2. uuuuff
    na szczescie ta kielbasa
    bo juz zaczelam sie bac ze moglabym w tej hiszpanii umrzec z glodu
    owocow morza nie tykam, no chyba ze kijem na plazy

  3. Boziu kochana, byłam w Galicji. Brałam udział w zawodach barowych, nie jadłam żadnej z ostryg, langust etc. bo nie lubię (wmusili raz we mnie ośmiornicę – połknęłam!), kiełbasę bez kiełbasy kocham. Cudownie tam jeeest! Kto nie zna Galicji niech nie mówi, że zna Hiszpanię, bo był w Andaluzji. Ole.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*