PIES CASE

To musi być jamniczka.
A najlepiej dwie, bo moja mama chce rudą glizdę gładkowłosą, a mój tata – szorstka glizdę, podobną do Melanii.
To jest dom jamników. Od ponad 20 lat mieszkały w nim jamniki i moi rodzice po prostu chcą jamnika.

(Lub joreczka – to moja mama. Tłumaczymy jej NA MIŁY BÓG KOBIETO. JORK TO NIE JEST PIES.)

Nie latamy po hodowlach, bo nie zalezy nam na psie z papierami (pies z papierami?… u moich rodziców w domu?… Aaaaaahahhhahahaha), a raczej suce. Ale to musza być jamniczki.

(No chyba, ze uda misie namowic matke na kucyka Rory, który mysli, ze jest psem i aportuje patyk).

Nie, kucyk nie przejdzie.
Musiałby mieć krótkie, krzywe łapy, długie zwisające uszy i polować na koty.

W dodatku musimy się pospieszyć, bo mój ojciec – wódz stada – bardzo źle znosi brak stada do przewodzenia.

Spoko. Do nowego domu poszukamy jakiegos niedużego poczochrańca.
Teraz mam mission – jamnik.

ROZWAZANIA O NATURZE LUCKIEJ

Nie chce mi się o ludziach rozmyślać, ale czasem samo się pcha.

(Na przykład po tym weekendzie, kiedy to wyczailiśmy ogłoszenie w Internecie o szorstkowłosej suczce, dogadaliśmy się z facetem, umówiliśmy na odbior w niedziele – bo to 250 kilometrow – codziennie dzwoniliśmy, kupiliśmy rozowy kocyk… Po czym pan zadzwonil w sobote o 21.00, ze nieaktualne, bo wlasnie oddal psa. Nie no, spoko. Na pewno miał jakis powód.)

Ale tak się zastanawiam, jak to nazwac. Taka, ze tak nieśmiało to nazwe, lekka niekonsekwencje pewnych zachowan.

Na przykład, wszyscy chcemy mieć w kraju dobre drogi i wieszamy psy na kolejnych ekipach rządzących, ze nam tych drog nie budują, złamasy kutane.

Natomiast w momencie, kiedy trzeba droge wytyczyc, to natychmiast sa protesty społeczne. Tlumy potencjalnych pokrzywdzonych rzucaja geodetom pod tachimetry niemowlęta i matki – staruszki, którym ta droga zrujnuje zycie.

Co prawda – owszem, kupili swoje mieszkania w tej a nie innej dzielnicy taniej z uwagi na fakt, że w pobliżu miala przebiegac droga szybkiego ruchu, ale to nie rzutuje, żeby w momencie, kiedy już je kupili i tam mieszkaja, nie zaprotestowac przeciwko jej budowie.

Dziala tu zreszta pewien dosc prosty mechanizm, który – podobnie jak żarliwość protestow ekologow – ustepuje w momencie wyasygnowania na rzecz protestujących określonej kwoty środków finansowych.

Niewątpliwie natomiast każdy kupujący dom, dzialke lub mieszkanie ma zyczenie mieć jednoczesnie: nieskalany cywilizacja widok po horyzont oraz bardzo dobre polaczenie komunikacyjne. Ale żeby to polaczenie nie było widoczne z jego okna.

Ja mam to proszę panstwa generalnie gleboko w dupie, jak zreszta coraz wiecej rzeczy (z wiekiem tak mi się robi). Ale za każdym razem, jak jade Zakopianka, której od wielu lat nie można poszerzyc, albo stoje w korku na wyjezdzie z naszej przecudnej stolicy ukochanej, ponieważ z uwagi na CHAŁUPE POSRODKU SKRZYZOWANIA w tym miejscu jest gwałtowne zwężenie, to cos mi się robi w srodku i niewykluczone, ze to COS któregoś dnia wyjdzie mi przez klatke piersiowa, splunie kwasem i zacznie zaprowadzac porządek.

Przynajmniej urbanistyczny.
Na początek.

NOWOROCZNE POSTANOWIENIA

W nowym roku zamierzam nadal kochac psy, czytac książki i prowadzić emuizację społeczeństwa.

Nigdy nie zapomnę o Melanii, ale pustka, jaką zostawiła, prosi się o zapełnienie następną psią duszą. Najlepiej niedużą, skoczną i łakomą. Jakie bez sensu jest życie bez psa, to naprawdę.

Ksiązki czytać będę niezależnie od mojego nieznania się na literaturze. W ramach którego ostatnio odkryłam cudowną serię McCall Smitha (tego od Mma Ramotswe) o Isabel Dallhousie. Rzecz dzieje się w Szkocji, w Edynburgu, a akcja toczy się najczęściej w trakcie rozmów nad filiżanka herbaty i w ogole zakochałam się w tym klimacie.

A emuizacja społeczeństwa to wiadomo. Nie musze nikomu tłumaczyć.

Natomiast postaram się nie:
– mieć na biurku w pracy takiego burdelu; założę się, ze Isabel Dallhousie trzyma swoje papiery w idealnym porządku, nie rozmazuje na nich czekolady, segreguje je tematycznie i chronologicznie, a nie układa na losowo wybranej kupie, i w ogole;
– kłócic z moim mężem, choć to by mogło świadczyc o tym, że w naszym związku zabrakło pasji, prawda? No to może kłócic umiarkowanie i konstruktywnie;
– opóźniać przeprowadzki do nowego domu – choc oczywiście zanim się tam przeprowadzimy, to JAKIEŚ MEBLE MUSIMY MIEĆ do cholery, a nie mieszkać na pudełkach, bo jestem już za stara na te klimaty harcerskie;
– zapominac o datach urodzin, imienin, ślubów i tym podobnych;
– zreć tyle tłustych, niezdrowych i pysznych fastfudów z KFC, Pizzy Hut i innych przybytków kuszenia człowieka do złego, a dupa rośnie. Jeszcze nie wiem, co zrobić z kluskami Alfredo, niewątpliwie tuczącymi jak cholera, ale nie jestem gotowa z nich zrezygnować… JESZCZE NIE.
– czekac z przyszyciem guzika do mężowskiej koszuli, az ten nie będzie miał na co zapiąc koszuli idąc na superważne posiedzenie zarządu, bo głupio to wygląda („bo grupio tak wygrądasz, Erżbieto”);
– gubic rachunków za prąd, wodę i telefony lub odkładać ich w takie miejsce, Żeby Na Pewno Je Znaleźć, po czym giną one na forewer – trzymajmy się starego, sprawdzonego sposobu archiwizacji rachunków z wielkim wazonem przy wejściu do jadalni;
– chodzic po domu w odzieniu włochatym w odcieniach niebieskiego i we wzory z kreskówek, bo naprawdę w moim wieku to już nie wypada;
– zakładac pod spodnie rajstop, które maja na jednej nodze powyżej trzech oczek, tylko je wypierdzielac do kosza bezpardonowo;
– zachowywac jak abnegat w soboty i w niedziele, tylko dziarsko przebierać się z piżam w odzież dzienną i wykazywać aktywność inną niż tylko czytanie, picie herbaty i obżeranie się;

Oraz zamierzam być piękna i okrutna.
(Bo jak piękna, to i okrutna, nie? A nie jak te pipy od Disneya co śpiewaja i tańczą z drobiem lub kurduplami po kuchni).

Nnnnnnnno.
To mam listę, a teraz do roboty.

I CO, ZNOWU NOWY ROK? TO ZACZYNA BYĆ MONOTONNE

– Musze ci powiedziec – stwierdzila we wtorek rano przy sniadaniu moja przyjaciolka Hanna – ze takie związki, kiedy to FACECI musza chowac przed kobietami alkohol, sa piekne. Nie sadzisz?…

Sadzilam. Poprzedniego dnia nasi wspaniali mężczyźni schowali nam butelke wina, twierdzac, ze wszystko już wychlałyśmy. Nastepnego dnia rano wino się znalazlo, ale – jak w tym pieknym dowcipie o teściowej – niesmak pozostal.

A być może to wszystko dlatego, ze przed samym Sylwestrem troche marudziłyśmy, ze jesteśmy już stare i malo ekscentryczne i w ogole nic już nowego nie wymyslimy, wiec postanowiłam stanac na wysokości zadania i walnac cos ekscentrycznego. Myślałam, myślałam, myślałam… Az wymyśliłam.

Przespalam Sylwestra! TADAM!!!!

I niech zamilkna zle żmijowate jezyki ludzkie, które twierdza, jakobym była pijana jak wor i dlatego poszlam spac o 22.00, majac przypominam caly dom gosci (i Sylwestra, jak by nie było). Jest to oczywista nieprawda, chciałam tylko na chwile przyłożyć do poduszki glowe, zmeczona całodziennym gotowaniem dla niewiadomej liczby osob (telefony od kolegi Motyla: „Przyjeżdżamy! Albo nie. Nie chce się nam pakowac. Albo dobra, przyjade. Albo wiecie co, nie, nie ma sensu. Albo dobra. Jestem w sklepie. Co kupic?…”).

No dobra. Może troche spożyłam.
A Sylwester?… PFFFFFF, obchodziliśmy Sylwestra co wieczor od piatku do wtorku, wiec AKURAT W NIEDZIELE mialam prawo położyć sie nieco wczesniej.
No i jak by nie patrzec, jako JEDYNA zostalam w roku 2006 i jestem od was o rok mlodsza. TAK?

Oraz nie wiem, czy AZ TAK WIELE stracilam.
Kiedy ich przesłuchiwałam z wydarzen po polnocy, okazalo się, ze tematyka zeszla na inseminacje (dzieki Hance, która opowiedziala jak rozmnażają się buldogi angielskie, które potrzebuja stymulacji. Trzykrotna stymulacja buldoga kosztuje 50 zybli. Taniocha).

Podobno w schyłkowym etapie imprezy panowie pili Napoleona na kieliszki i prowadzili dialogi:
– Suchajcie… A dlaczego konia do kobyly prowadzi się TRZY RAZY?… PO CO?….
– NOooooooo jak to po co… Najpierw sie musza zapoznac, nie? Pozniej są zaręczyny, nie?… No a za trzecim razem konsumpcja. Nie?

Poza tym 1 stycznia oglądaliśmy nowego Bonda – jest PRZESLICZNY. Robi taki slodki RYJEK i jest uroczy.

Oraz chodziłyśmy w butach Emu non stop. Co spotykalo się z głębokim zrozumieniem ze strony naszych ukochanych mężczyzn:
– Jezus Maria Piotrek zobacz co one maja na nogach. No przeciez zaraz nas aresztuja – to w Nieborowie przy palacu.

Oraz oglądaliśmy Little Britain.
Call me Bubbles. Everyone does.
MRUGAM DO PANA.

„CIEPŁO Z KREMATORIÓW OGRZEJE KOSCIOŁY” (W DANII)

Żeby nie pozostac z tym końcem roku w waszych oczach jako całkiem wredna, zajadła i wyschnięta suka wredna, to chciałabym poinformować, że:
Jeśli chodzi o „Bez mojej zgody”, to owszem: temat jest ważny, serio. Postep cywilizacyjny niesie ze sobą coraz więceń wyzwań moralnych i rzeczywiście w któryms momencie trzeba sobie odpowiedzieć na ważne pytania.
I ja wiem, że temat celowo został sfabularyzowany, żeby dotrzeć do jak największej liczby czytelników.

ALE NA MIŁOŚC BOSKĄ.
Romans adwokata z padaczka z panią kurator, szkolna kolezanka z nizin społecznych?
HALO?…

I zakończenie. No zlituj się Panie. Zakończenie odbiera jakikolwiek sens całej sprawie. Nawet byłam ciekawa, co tez pani autorka wymysli na koniec, żeby wilk był syty i Manchester City.
Otóż NIC NIE WYMYŚLIŁA.
Poszła na łatwiznę.
Wszyscy odetchnęli z ulgą i wyszli z twarzą, nikt nie musiał iśc na kompromis… UFF.

Jak mawia moja siostra Zebra, „Ty to każdą szmirę przeczytasz”. No 🙂 Kazdą. Taka na przykład Mniszkównę, szmirę doskonała, uwielbiam, bo jest niepowtarzalna. Albo ta taka od „Księżniczki Daisy” – cudo po prostu. Ale ta książka jest taka… letnia. Ani ciepła, ani zimna. Ani polecam, ani nie polecam. (Tylko Pablo Kueblo i Wiśniewskiego nie daje rady, choć przysięgam, że próbowałam. Nie daje rady. Trzy strony i się zacinam. Na dodatek dostalam teraz „Cień wiatru” i tez nie bardzo wiem co z nim zrobić, na razie go dotykam przez ścierkę).

Normalnie powiadam państwu, a to wiadro tak się wtedy przewróciło!!!

Nic to, jak mawiał Mały Rycerz (po czym wyleciał w powietrze). Dziś o 20.00 stawiam się na peronie, znak szczególny – różowa torba EMU, zgarniam Hanke i jedziemy spędzac Sylwestra w rozciągniętych dresach.

Wszystkiego najlepszego dla Państwa i do zobaczenia za rok.

O MAJ GAD! O MAJ BRZUCH!

Ważę jakieś tysiąc sześćset kilogramów. A wy?

Wśród prezentów dostałam bardzo piekna książkę. Zyciową. O siostrze dziewczynki chorej na białaczke promielocytową, która przez całe życie robi za magazyn części zamiennych dla ww. siostry i ma już tego dosyć i podaje cała rodzinę do sądu w momencie, kiedy zażyczyli sobie jej nerki. W tle trwa romans jej adwokata, chorego na padaczkę, oraz pięknej i seksownej pani kurator, która miała z nim kiedyś romans, ale pochodziła z nizin społecznych, a on – wprost przeciwnie, miał fundusz powierniczy. Żeby było już całkiem amerykańsko, to tatus obu sióstr jest strażakiem i astronomem – amatorem. Chyba nawet Janusz Leon by się nie powstydzil takiej fabuły, ani nie wymyślił lepszego zakończenia.

W poniedziałek, wróciwszy od teściów z obiadu, zastaliśmy Kota Frankensztaina, który siedział na dachu nad gankiem i wył w niebogłosy.

Z nas dwojga miękcejsze serce ma, o dziwo, mój mąż. Natychmiast schwycił drabinę i rzucił się ściągać kota z dachu. Kot zgrabnie przeskoczył na magnolię i tam zawisł, drąc ryja na cała okolicę. Drabina pod moim mężem trochę się złamała, a ja stałam w bezpiecznej odległości i składałam wnioski racjonalizatorskie: „Potrząśnij drzewem! Ja potrząsnę! Rzucę w niego kamieniem! Podać ci tego długiego kija?… Za kark go! Sam wlazł, niech sam złazi!” i tym podobne.

W końcu faktycznie zlazł sam.
A nie mówiłam.

A na północy Australii – plaga ropuch.

Być może z Hanną spędzimy Sylwestra na balu z Pudzianowskim. Nasi menedżerowie porozumiewają się w tej kwestii.

TAK – TO JUŻ CZAS NA ZYCZENIA

Uspokójcie się.
Te pingwinki to taka GRA. Pingwinki zdobywcy góry lodowej czy cos. A nie pingwinki nadziane odwłokami na słomki od coca-coli (w ogole… HALO? Pingwinek a la Azja Tuhaj – Bejowicz, nadziany na słomke?… DLA DZIECKA NA GWIAZDKE?… A pozniej „SKAD SIĘ BIERZE PRZEMOC W SZKOŁACH”, kruca fix…).

I faktycznie, daty mi się pomyliły.
I dlaczego nikt mnie nie oświecił w kwestii plastikowych torebek?

I wiecie co?

Wesołych swiąt.
Ciepłych i włochatych.

GENERALNIE O PINGWINKACH

Wigilia jakby za 3 dni.
Prezentów jakby nie mam.

Najgorsze, ze nie mam prezentów dla bachórków.
Dorosłym się jakos wytłumaczy (hmmmmmmm…), ale bachórkom? „Drogie dzieci! Ponieważ nie ma w tym roku śniegu, to Mikołaj nie dojechał, albowiem jeździ saniami. A teraz idźcie grzecznie zmówic paciorek i spać”.

A nie mam prezentów albowiem mój szef – któremu przekazałam otwarte zaproszenie jako pierwszego świadka w przypadku założenia przez mojego męża sprawy rozwodowej – wysłał mnie do Brukseli i znowu nie poszliśmy na zakupy.

Jak zwykle było przezabawnie.
Przez cały czwartek nie latały samoloty do Warszawy. Ten, na który mieliśmy bilety, był pierwszy tego dnia, w związku z czym tak napakowany, że chyba nawet w toalecie kogos posadzili. Miałam w tym wszystkim bardzo dużo szczęścia, ponieważ dostalam miejsce pomiędzy dwoma facetami, z których żaden nie śmierdział ani nie mlaskał przy jedzeniu. W dodatku prześwietlali mi buty w specjalnej maszynie (ale nie robiła PING, niestety, byłam zawiedziona) oraz pan mnie opieprzył za dezodorant w kulce, którego nie dałam innemu panu, żeby mi go zapakował do plastikowej torebki typu ziplock.

I ja mam pytanie: w jaki sposób pakowanie dezodorantów, kremów i innych mazideł w torebke plastikowa typu ziplock – całkowicie i w każdej chwili można ja otworzyc i zamknąć – ma zapobiegac zamachom. Niech mi ktos to przystępnie wytłumaczy. Ze niby co, jak będę zamierzała porwać samolot przy pomocy dezodorantu i zaczne go odpakowywać z plastikowej torebki z ziplockiem, to stewardesa akurat będzie miała czas, żeby mnie ogłuszyć?…

Dobra, koniec dygresji. Najgorsze jest to, ze bachórki chcą na gwiazdke pingwinki, których nie ma. SKOŃCZYŁY SIĘ. Oddelegowałam N., żeby wynegocjował jakas alternatywe dla pingwinków. NIE MA ALTERNATYWY. Dowiedzieliśmy się, ze mamy się nie przejmowac, bo „PINGWINKI SĄ WSZĘDZIE”.

Super. Zaraz poszukam pod dywanem.

Zasrane pingwinki.

NO JUŻ JESTEM!

Nie piłam palinki, nie piłam cujki, nie jadłam mamałygi. Nie było czasu.

Za to się wzruszyłam.
Kiedy na koniec rozmów, po paru godzinach magla, rozprężyliśmy się i zaczęliśmy uśmiechać jedni do drugich i liczyc, za ile dni Rumunia wstapi do Unii, i nasz minister powiedział do ich ministra (bardzo fajnego) „So – welcome to the family!”.

Bo naprawde, w tej Unii jest jak w rodzinie. Owszem, wszyscy się ze sobą kłócą, jak to w rodzinie – jest walnięta ciotka i stryj – utracjusz, i wujostwo konserwatyści i pokręcone nastolatki, a wszyscy razem nienawidzą bogatej babci, ale się jej słuchają, bo ma kasę. I oczywiście, ze się narzeka na głupia Komisję i biurokrację… Ale stoi się w okienku „EU citizen”, podróżuje na dowód osobisty i jest się Europejczykiem. Po prostu. Jak za Austrowęgier, które, według mnie, były pierwszą Unia Europejską. (Według mojego męża, pierwszą Unią Europejską było CESARSTWO RZYMSKIE, z Markiem Aureliuszem w roli Schumana, i z Komisja Europejską w Rzymie).

A, no i kupiłam wino VAMPIRE produkowane w Transylwanii.
Na razie nie zamierzam go odkorkowywać.

Nie mam prezentów, nie mam pomysłów… MAM FONTANNĘ.
Jest przecudowna.
Nie wiem, jak mogłam zyc bez fontanny.

Dlaczego ja mam tyle roboty, hm?
CO ROBIĘ ŹLE?…