O PRZERAŻACZACH

Obudziwszy się rano otwieram oko i co widzę?
PAJĄKA WIDZĘ.
Jak zjeżdża z sufitu PROSTO NA MOJĄ GŁOWĘ.

Podobno pająki to szczęscie. Chce ktoś trochę tego szczęścia?…
Bo ja mam ich na kilogramy. Wszędzie. Nawet jeden skurczybyk siedzi w zlewie, w tej mniejszej komorze, i łypie na mnie spode łba, kiedy zmywam.

Bo to chyba już babie lato, nie? Jak pająki zaczynaja chodzić człowiekowi po głowie – widomy znak, że zbliża się jesień.

A JA JESZCZE NIE BYŁAM NA WAKACJACH!
I nie nosiłam moich letnich tunik, zakupionych na wakacje, ŻE NIE WSPOMNE O SPODNIACH!

W ogóle nie wiem w co ręce wsadzić na tym bezrobociu, bo tak, tu po Hanię, tu do Ewy, tu wracamy, bo gramy w filmie, tu wyjeżdżamy na wywczas, tu wracamy, bo z kolei gra mój mąż…

W piątek przyszła paczka z torbą („To twoja nowa torba? Fajna, to co, spakujemy się do niej na urlop, nie? Bo po co nam walizka” – owszem, jest trochę SPORA, ale to dobrze, wejda mi do niej wszystkie thrillery Deavera, jakie przyszły z Merlina w sobotę i jeszcze będzie miejsce na 15 kg ziemniaków i szczoteczkę do zębów).

W piątek po pracy zrobiłam imprezę pożegnalną i znowu WPADŁAM W CIĄG weekendowego pożerania tłuszczów zwierzęcych pod różna postacią… Nie ma już chyba dla mnie ratunku… Ten wieloryb, co pływa po Zatoce Gdańskiej (biedulek!…) to chyba DO MNIE przypłynął, żeby mnie ostrzec przed tym, jak będę wyglądać, jak się nie uspokoję i nie przestanę pożerać boczku z grilla, cielęcych sznycelków i pól słoika smarowidełka mojej mamusi na jedno posiedzenie.

IDE NA ODWYK
JAGODY I WODA MINERALNA
ZEN I LOTOS NA TAFLI

Jedyne co mnie przeraża BARDZIEJ niż mój brzuch i waga, to notowania PIS-u.

I pająki, oczywiście.

„O ZIELONĄ, CZYSTĄ POLSKĘ”*

Wzorem najlepszych robię czystkę.
Czystka dotyczy moich służbowych szafek.

Doszłam do wniosku, że kocham niszczarkę. Mogę rzucać robotę co drugi dzień, pod warunkiem, że będę sobie mogła pozjadać papiery w niszczarce.

Nikomu nieprzydatne, no bo kogo tu interesuje teoria ekonomii instytucjonalnej.
No nie – niesprawiedliwa jestem, kilku moich pracowników może by zainteresowała, ale oni są strasznie zarobieni – musza zapierdzielać za siebie i za kuzynów wiceministrów. Przy czym za PIS-u trochę zachwiały się proporcje. Na jednego pracownika przypadało dotychczas góra dwóch nierobów. Teraz tak około pięciu – and counting!

Anyway.

Wchodze przeczytać swój horoskop i pierwsze zdanie brzmi: „Trwa pozytywna fala mobilizacji mocnych stron twojej osobowości”.

ŻE CO?

Czytam drugi raz, trzeci.
NIC NIE ROZUMIEM.

Ta „mobilizacja” mnie troche przeraziła, bo poza tym to nawet pieknie napisali.

Chyba że ta MOBILIZACJA to synonim moich nowych spodni. W obliczu bezrobocia przerzuciłam się na UBRANIA PRAKTYCZNE. I zakupiłam spodnie, które mają następujące podstawowe zalety:

a) TROK W PASIE. Mogę przytyc (lub schudnąć! Owszem, JEST to bardzo mało prawdopodobne, ale przecież nie nie możliwe!) do 40 kilogramów, a spodnie nadal będą na mnie dobre – bo trok.
b) Pomyslcie sobie jakiś kolor. Wszystko jedno jaki – ulubiony czy znienawidzony. Nie rzutuje. KAŻDY z nich występuje na moich nowych spodniach. Za jednym zamachem weszłam w całe widmo kolorystyczne przy pomocy jednych cienkich bawełnianych spodni. W dodatku szalenie pasują do klapek w truskawki.
c) Nie ma siły, żebym gdzieś się zgubiła w tych spodniach. Nawet, jeśli mąż nie pozwoli mi iść przy swoim boku, odzianej w to dzieło sztuki, to i tak będzie mnie miał na oku w każdym momencie. Nie sposób ich przeoczyć.

No taka jestem z siebie dumna, że nie wiem.
Myslę, ze Pierwsza tez byłaby ze mnie dumna. Zawsze zachęca do odważnych zestawień.

Walnęłam wczoraj półtora thrillera medycznego niejakiej Tess Gerritsen – zupełnie nie zauważyłam, że ona teraz jest na topie. Bardzo wciągające opisy sekcji zwłok, a akcja lepsza niż u Cooka (którym umówmy się, chwilami był zbyt męczący). Romansu w sam raz, w dodatku z nutką perwersji (pani patolog zakochana w księdzu katolickim!). Na leżaczek – w sam raz (zwłaszcza opisy zwłok trędowatej kobiety do połowy zjedzonej przez szczury).

Czuję, że jako świeżo namaszczona kura domowa wejdę w mufinki. Wciągają mnie przepisy na mufinki na forum „Kuchnia” na gazecie.

* – tytuł broszury, jaką właśnie znalazłam w szafce.

O URZĄDZENIU NAPROWADZAJĄCYM

W jednym z felietonów Marian Keyes przeczytałam takie zdanie, które ona kazała przepisywać swojemu mężowi 100 razy: „MACICA TO NIE JEST URZĄDZENIE NAPROWADZAJĄCE”.

I bardzo się zdziwiłam, bo myślałam, że tylko mój mąż tak ma! A tu proszę.

Z nieznanych mi przyczyn, obowiązek znania miejsca przebywania WSZYSTKICH przedmiotów w domu (dwóch domach) należy do mnie.

Defoltowo codziennie odpowiadam na pytania „Kochanie, gdzie jest mój portfel?” oraz „Kochanie, gdzie jest mój telefon?”. To program obowiązkowy. Nawet, jeśli właśnie wrócił z dwudniowej delegacji. (Nie wspomne ile razy proponowałam „Przywiążę ci je do tyłka!” – ale nie spotkało się to z entuzjazmem. Nie wiem, dlaczego).

Albo takie na przykład:
„Kochanie, gdzie jest korkociąg?”.
(No gdzie.)
W SZUFLADZIE W KUCHNI.
„Kochanie, ale w której szufladzie?”
(Szuflad w kuchni mamy całe cztery. Mieszkamy razem od ponad 6 lat i naprawdę było parę okazji, żeby się zapoznać z ich zawartością.)
W DRUGIEJ OD GÓRY.
I teraz uwaga absolutny hit, mój ulubiony, po prostu ukochany:
„Kochanie, NIE MA GO TAM”.

Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!…

Odkładam książkę / herbatkę / komputer czy czym tam się aktualnie zajmuję, idę i oczywiście znajduję korkociąg w drugiej szufladzie od góry. Przykryty drewnianą łopatką do mieszania jajecznicy.

ALE DOBRA
NIECH IM BĘDZIE
To my jesteśmy tymi BOGINIAMI ogniska domowego, powinnyśmy wiedzieć, gdzie co jest, znać na pamięć uplasowanie przestrzenne każdej pary skarpetek i każdego ruchomego przedmiotu. Nawet, jeśli w domu jest bałagan (a jest).

OKEJ.

Czemu jednak trafiają nam się wyzwania w stylu „Kochanie, gdzie jest takie moje zaświadczenie co pamiętasz dostałem dwa lata temu z takiej firmy a później schowałem do takiej teczki która położyłem w tej drewnianej szafce a później robiłem porządki w papierach i niektóre wywiozłem do drugiego domu a niektóre wyrzuciłem – no więc, GDZIE JEST TO ZAŚWIADCZENIE bo mi strasznie potrzebne na za pół godziny?”.

Albo „Nie pamiętasz gdzie położyłem te muchy, co kupiłem w środę od Wasyla?”
(Te, które najpierw przede mną chowałeś, bo ukrywasz, że w ogóle masz jeszcze jakikolwiek kontakt z Wasylem, a poza tym masz ZABRONIONE kupowanie kolejnych gówien wędkarskich, a później, jak już je znalazłam, to mnie dwie godziny przekonywałeś, że to są STARE MUCHY i w ogóle ich nie kupiłeś, tylko zamierzasz wyrzucić?… NIE PAMIĘTAM).

I weź im człowieku nie każ przepisywać!…

(Ja gubię tylko okulary. Codziennie. Kiedy zdejmuję szkła, nigdy, ale to NIGDY nie mogę znaleźć okularów. I pytam wtedy, gdzie sa moje okulary, no bo nie mogę ich znaleźć, bo nic nie widze bez szkieł. Ale może powinnam je sobie przywiązac do tyłka?…)

NIE WIEM, CO TERAZ

Może teraz wystąpi panna Giergielas? Która występowała już nie raz.

A może teraz panna Andzia zrobi mostek?…

BO JA ZNOWU NIE MOGĘ SIE RUSZYĆ
WYGLĄDAM JAK WIEPRZ
CZUJĘ SIĘ JAK NADĘTA KOBZA

Do Zebry przyjechali goście na występy z psem.
W ZWIĄZKU Z CZYM LEDWO ZYJĘ z powodu ilości zeżartej materii przyrządzonej na grillu oraz popitej winem.

ZEMSTA ŚWIŃ JEST BLISKO (vide: blog Hanki) – w pierwszej kolejnosci przyjdą DO MNIE, rozprują mi brzuch i uwolnią ze trzy prosiaki, które tam teraz wesolutko hasają.

CZUJE SIE STRASZNIE
PRZECHODZE NA KORZONKI
KIEDY JA SPOWAŻNIEJĘ

Wielki płowy bokser z zadartym nosem zakochał się w Szczypawce. Szczypawka jest wielkości jego jednej łapy.

NIC DZIS NIE JEM (powiedziała po opierniczeniu śniadania w postaci twarożku z rzodkieweczką)
Żyję miłością i powietrzem
MUSZE WYGLĄDAC JAK CZŁOWIEK a nie jak skład opon! Aaaaaaaa

Idę po herbatę. WYPŁUCZĘ TE ŚWINIE Z ORGANIZMU.

BEZ CZEGO NIE WYOBRAŻAM SOBIE ŻYCIA

Zastanawialiście się kiedyś, jak by wyglądało życie bez Internetu? My z Hanką dośc często się zastanawiamy. Po pierwsze, nie pamiętamy już, jak to było BEZ Internetu. No skleroza starcza i już. Po drugie – spróbujcie sobie wizualizować taki koszmar: przychodzicie do pracy… odpalacie kompa… a tam… MACIE DO WYBORU SOLITERA ALBO FREE CELL, bo nie jest podłączony do sieci!!! Matkooooooooo!… Gdyby to był SEN, to bym się własnie obudziła, krzycząc, zlana zimnym potem!…

A przeciez były takie czasy!

W ogóle nie można było zacząć dnia od przesłania przyjaciółkom informacji, że w TVN-ie będzie tańczył transwestyta (BARDZO DOBRZE! Bardzo się z tego cieszę! Uwielbiam transwestytów i podziwiam ich, są sto razy bardziej kobietami niż jakaś wąsata pani minister z jajem z blond włosów po jednej stronie głowy… Są piękni, barwni i pozytywni, a Priscilla Królowa Pustyni rządzi!) oraz że Paris Hilton męczy już siedem psów! A w dodatku wychodzi z nimi na spacery bez majtek. Jedziemy dalej… Sutki Vicki Bekhamowej znowu zaatakowały… Gosia Andrzejewicz (kto to w ogóle jest?) ubrana w srebrne kimono a la Zoltar… Brad chce wysłać Angelinę na odwyk… Nudy, nudyyyyyy!

W związku z nudą na kozaczkach i pudelkach, udajemy się do sklepu z butami (nie mamy basenowych klapek, a właśnie są przeceny i te śliczne w truskawki chodzą po 9 zybli!), skąd następnie miękko przechodzimy do działu „Rozwój osobowości” („Jesteś obserwowana przez kogoś z działu rozwój osobowości!”). Wyszukujemy w Merlinie wszystkie pozycje Dealera, odkreślamy ptaszkiem te przeczytane i zamawiamy pozostałe, plus nową książkę Moniki Szwai i Marty Madery (muszę szybko nakupić na zapas, bo za chwile będę bezrobotna i nie będzie mnie stać! I będę musiała sobie sama napisać książkę, żeby móc coś przeczytać!).

I TO WSZYSTKO PRZY PIERWSZEJ KAWIE!

Nawet nie chce myśleć, co by było, gdyby nagle ZNIKNĄŁ INTERNET. Bo to by panowie była jakaś masakra.

PS. Oprócz Internetu nie wyobrażam sobie życia bez pralki, pudru matującego oraz tabletek przeciwbólowych. Ciekawe, kiedy dopisze do tej listy botoks i bieliznę wyszczuplającą.

AAAAAAAAUGUSTOWSKIE NOCEEEE…

(Polecam polską wersje sałatki caprese: bierzemy hodujemy w ogródku pomidorki czereśniowe, a gdy sa dojrzałe, kroimy na połóweczki i podajemy z serem korycińskim, pokrojonym w kostkę; zero przypraw).

Na Mazurach byłam.
Oj bo mój mąż kupił dwa jachty i musiał je obejrzeć (rychło w czas).

Więc romantyczny mazurski weekend zaczęłam od kiszki ziemniaczanej w oberży “Pod Czarnym Baranem” (“Co pani umie, pani Steniu?” – Kiszke ziemniaczana umiem!”). Wiecie, że nawet była interesująca. Tylko trochę trudna w odbiorze (mój mąż syczał “TO SIE JE Z FLAKIEM!”).

Następnie w apartamencie hotelu w Rynie czekała na mnie butelka schłodzonego Moeta i winogrona. No przyznam, że mnie zaskoczył. Po tylu latach. Za to targanie słoneczników w moje imieniny. (Phi! To ja co drugi dzien mogę targać te słoneczniki!…)

No bardzo było romantycznie.
Nawet będąc cyniczną suką nastrój mnie ogarnął, kiedy spacerowałam sobie po ryńskiej marinie, karmiłam kaczki i łabędzia goframi, a z przyjeziornej dyski leciało “ZOOOOOOOOSTAAAŃMY RAZEEEEEEEM JA I TYYYYYYYY!”, a później poszliśmy do winiarni…

– Ty mi lepiej powiedz, dlaczego ten recepcjonista TAK SIĘ UŚMIECHA na twój widok. PAMIĘTA CIĘ Z POPRZEDNIEGO POBYTU? Mów mi tu zaraz, co nawywijałaś!

Pfff, akurat. Uśmiecha się bo jestem sympatyczna (a może np. z tyłu zwisała mi nitka? Tez prawdopodobne).

A żeby juz było CAŁKIEM romantycznie, to zapomniałam zapłacic za telefon i mi wyłączyli.

Ech.
Idę robić sałatkę z pomidorów, póki sezon. Tym razem z winegretem.

ŻE CO? ŻE KICHUJ?…

Wstaje rano – wua la, ptaszkowie śpiewają, plecy mnie rypią…

STOP!
To moje IMIENINY!
W imieniny się człowiek NIE STARZEJE o rok! Więc DLACZEGO rypią mnie plecy?…

Następnie udałam sie do pracy. Zapowiedziałam, że W TYM ROKU IMIENINY RAZEM Z POŻEGNANIEM. Cukierków tylko kupiłam.

Następnie dostałam NAJGŁUPSZE W CAŁYM MOIM ZYCIU polecenie zawodowe.
Wykonałam je.

Później przez cały dzień miałam pielgrzymkę. Odkąd powiedziałam, że odchodzę, to nijak nie mam kiedy przeczytać horoskopu, zagrac w pociąg czy chociaż wejśc na Pudelka, żeby sprawdzić, jak tam silikon Wiki Bekhamowej się miewa. CO PIĘTNAŚCIE MINUT przychodzi jakas dusza wyżalić się, jakie to okropne, że odchodzę, jak mnie tu wszyscy kochają i co to będzie. I naprawdę tylko dwie osoby przyniosły mi niejako przy okazji wniosek o podwyżkę, więc nie wiem. Szczerze mówią, czy co?…

Następnie dostałam wiecheć półtorametrowych słoneczników. NAPRAWDĘ OLBRZYMI i naprawde piękny.
I naprawde musiałam go targać do domu pociągiem podmiejskim, bo mój małżonek bawi dziś w stolicy Galicji (do której mieliśmy pojechać obydwoje, jutro, a tak się złożyło, że pojechał on sam, dziś. Wyrwę mu kiedyś nogi z dupy czy nie wyrwę?… Oto jest pytanie). Szłam sobie ulicą jak jakiś oszalały wielbiciel Van Gogha.

A bukiet był taki ciężki, że rozbolały mnie plecy, które jakby w ciągu dnia UCICHŁY.

I tak oto moje życie na przestrzeni dnia zatoczyło koło.

Obejrzałam parę dni temu “Małą Miss”, którą mi sprezentowałą Zibra. BARDZO niebanalny film z Toni Colette, którą kocham, a Zebra mnie straszyła, że pozamiata mną jak “Jabłka Adama”. Nie pozamiatał, bo w sumie był bardzo ciepły, ale był moment grozy. NA WYBORACH MAŁYCH MISS. Te dziewczynki… Były… Takie… STRASZNE!!!!!!!!!!! takie MONSTRUALNIE POTWORNE!!!! Jak bym zobaczyła TAKĄ MAŁA DZIEWCZYNKĘ z LOKAMI, TAPIREM, W MAKIJAŻU i w dziwkarskiej sukience – to bym od razu dostała ZAWAŁU. A jeszcze jak one sie strasznie uśmiechały!… MATKO BOSKA, myslałam, że za chwilę RUSZĄ W TŁUM KŁAPIĄC ZĘBAMI, jak laleczki w “Barbarelli” albo nie wiem… Wywrócą im się oczy białkami do góry i zaczną toczyć pianę i syczeć po aramejsku…

TEN MOMENT W FILMIE BYŁ NAPRAWDĘ STRASZNY.

Ale reszta – spoko.
Wszystkie rodziny sa nienormalne.
That’s a fact.

JAKI TEN ŚWIAT JEST DZIWNY

(bardzo dziwny! Właśnie skończyłam konstruować przemyślną pułapke na mole, coś w rodzaju origami z tektury, a w środku lep i FEROMON, który na dodatek przyciąga tylko samce! Jakie to humanitarne! Przylatują podymać i giną przyklejeni wszystkimi sześcioma włochatymi łapami do podłoża – DOBRZE IM TAK, TRZEBA BYŁO SIEDZIEĆ W DOMU Z ŻONĄ).

Miałam taki surrealistyczny weekend.
W dodatku pamiętam go tak… POKLATKOWO. W sensie wybrane obrazy utrwalone w niesamowitej masie czerwonego wina.

Oczywiście znowu wypaliłam paczkę fajek, choć przecież nie palę, a noca w ogrodzie zalęgli mi się LUDZIE. Konktretnie na hamaku i konkretnie Hanka. A żeby było weselej, to tej Hanki szukała przez pół nocy Ewka. Bardzo było wesoło.

Schodzę rano na dół z potwornym bólem głowy, a na moim tarasie trzy piękne kobiety piją szampana na sniadanie. No to im zrobiłam jajecznicy do tego szampana, bo mi te dwa dania (kuchni staropolskiej) bardzo ze sobą konweniują.

W międzyczasie na kanapie w salonie leżały jakieś zwłoki z czarnymi stopami.

– Dlaczego nie umyłaś Piotrkowi nóg? – zagaił Hankę mój małżonek.
– I NIE WYPIŁAŚ WODY? – dokończyła Hanka.

Kocham te poranki, kiedy piekne, skacowane kobiety piją szampana na moim tarasie.

(trochę mniej kocham, kiedy musze się pozbierać, wytrzeźwieć i pojechać do pracy w poniedziałek rano, ALE TO JUZ NIEDŁUGO, ha! Tym się tylko pocieszam, bo nawet na tej końcówce jest TAK syficznie, że naprawdę, gdyby nie zdjęcia duchów, to nie wiem jak bym dała radę. Szczególnie MAŁE DZIEWCZYNKI SIEDZĄCE NA SWOICH GROBACH oraz TWARZE W TELEWIZORZE NAD BAWIĄCYM SIĘ DZIECKIEM bardzo mnie inspirują. O, TU trochę tego jest).

Idę robić Andrzeja i delektowac się lekturą od Hanki – PONURĄ OPOWIEŚCIĄ o seryjnym mordercy.

O.

PS. KTo zna jakąś dobrą historię o duchach?… DAWAĆ MI TU!

CAŁĄ NOC NIE SPAŁAM, BO…

…mój domowy ekspert od sztuki kulinarnej północnej Hiszpanii wyjął z czeluści tylko jemu znanych hiszpańskie SERY (które jedzą tylko on i Hanka. Dla mnie one smakują jak świeczka, ale oni je UWIELBIAJĄ) i cały wieczór je KĄPAŁ I PRZEWIJAŁ. Sprawdzał łokciem wodę, czy nie za ciepła, i kazał mi przynosić delikatne bawełniane ściereczki, w które może je wytrzeć. NIE ZA SZORSTKIE!

Następnie sery lezały na blacie RZĘDEM i emitowały woń.

Woń jak woń, ale poważnie bałam się, że one po prostu z tego blatu za chwilę ZESKOCZĄ i zaczną się radośnie gonic po chałupie i poszczekiwać. Bo tak wyglądały. ŻYWO I RADOŚNIE. Wcale nie jak nabiał.

Dobra.
Pojechały już.
JAK ICH HANKA NIE ZJE NA MIEJSCU, to weźmie je ze sobą na wynos!
DRUGI RAZ POD JEDNYM DACHEM NIE ZAMIERZAM Z NIMI SPAĆ.

Idę się przebrać za mandarynę (żeńska wersja mandaryna, nie kopia polskiej piosenkarki) i dołączam do serów.

OGÓRKI, OGÓRKI… I OGRODNIKA CÓRKI

Co tu napisać – w myślach się gubię,
Czy żart swawolny, czy dobrą radę,
Jedno ci powiem – bardzo cię lubię
I na pamiątkę swój podpis kładę.

Dzieci teraz nie mają pamiętników. Maja tamagoszi i Barbie i kucyki pony (fioletowe! W PELERYNACH!!!!), maja końskie głowy do stylizacji… Ale pamiętniki?…

Kto miał PAMIĘTNIK?
Ja miałam. Biały taki ze złoconymi wzorami na okładce. I w ogóle to było okropne, bo ja nic nie umiałam narysować, a co najgorsze – moja matka TEŻ nic nie umiała narysowac. A wtedy jak się komus DAŁO PAMIĘTNIK ŻEBY SIĘ WPISAŁ, to nie było to tamto – trzeba było wymyśleć zarówno dobry tekst, jak i oprawę graficzną. No więc ja graficznie kulałam, niestety. Dośc potężnie. A dziewuchy cudów dokonywały. Np. jedna miała opracowany numer z wiewiórką. Jak dostawała pamiętnik do wpisania, to jej matka miała trzy dni roboty, bo rysowała wiewiórkę. Przepiękną. A ja nic. Zawsze pisałam wierszyk, a dookoła musiałam pierdolnąć szlaczek, bo zarówno abstrakcja, jak naturalizm sa mi niedostępne.

I takie oto wierszyki pamiętam: „Życie podobieństwo róży ci dało – lecz było dla ciebie łaskawsze – bo róża podobac się raz tylko może – a ty podobasz się zawsze” (w dodatku dziewczyna mi to napisała. No. Dziś by ją Minister Edukacji oddał do poprawczaka w krótkich abcugach za cóś takiego).

Albo nieco zmodyfikowana wersja o różach i fiołkach: „Na górze parówki, na dole schab, a my się lubmy jak Flip i Flap”.

Chłopacy w ogóle nie mieli wyobraźni i wpisywali „Na ostatniej stronie wpisał się mąż żonie, nic nie narysował bo obiad gotował”. I faktycznie nic nie rysowali, cwaniaki.

Były i klasyki naturalnie, na przykład: „Gdy opuścisz szkolne mury i w daleki pójdziesz świat, niech ta kartka ci przypomni koleżankę z dawnych lat”.

I wiecie co, chyba tej szczypty poezji w narodzie brakuje, bo odkąd ludzie nie mają pamiętników, to wyżywają się w zaproszeniach ślubnych.

A teraz niech mi się każdy wpisze wierszykiem.
Może być twórczość własna.

(Hanka może ten o kogucie za stodołą).