ZIEWANIE PORANNE

 

Ten kwiatek, co go zamordowałam już kilka razy, wypuścił małe.

 

Tak mnie wzruszyła ta jego bezgraniczna ufność, że normalnie go podlałam. Miękka się robię na stare lata.

 

W poszukiwaniu niebanalnego prezentu dla pewnej niebanalnej kobiety, odkryłam w Antykwariacie kalendarze „Przyjaciółki” z lat sześćdziesiątych. Czy je natychmiast zakupiłam?… Ha.

 

(Ciekawe, kiedy nam się skończy miejsce w DRUGIEJ bibliotece i trzeba będzie robić trzecią).

 

Jakies takie dziwne biometeo za oknem, ale co mi tam, kiedy w torbie McCall Smith. Aha, i absolutnie polecam „Wyszywanki” Marjane Satrapi, no żywcem irańskie „Lejdis” (Krokodyl ma nosa, mówie wam. Słuchajcie co mówi). Szukam tego jej „Kurczaka ze śliwkami”, ale nigdzie nie ma.

 

Aaaaaaa, no i sprowadzamy z Hanką siedmiopak FREDDY’EGO KRUGERA!!! Stary dobry Freddy, to był mój pierwszy film na video (zaraz obok „Szesnastu świeczek” i „Prywatnego kurortu” – pamieta ktos jeszcze takie hity?…). Stęskniłam się za nim jak pies i jak już przyjdzie, to urządze mu małe przyjęcie powitalne z tortem, czapeczkami i confetti. I winem, naturalnie, bo przeciez by się obraził.

PS. Oraz, jak myslicie, jaki jest najcięższy zawód świata: spawacz w kadłubie statku, górnik czy przedszkolanka?…

 

O METKACH I ZABIEGACH CHIRURGICZNYCH

 

Wczoraj miałam przekichany cały dzień, bo metka koszuli mnie drapała w szyję. Zrazu delikatnie, z rozwojem dnia stawało się to coraz bardziej wkurwiające.

 

W ogóle mam dosyć metek, wypruwania tasiemek (po co komu te cholerne tasiemki?) i kilkunastostronicowych broszur, wszywanych do każdej bawełnianej szmatki. Prom kosmiczny ma krótsza instrukcje obsługi, niż moja bluzka z Vero Moda.

 

Metkom śmierć.

 

A dziś od rana szukam w ofertach medycznych „OPERACJA ZASZYCIA PRZEŁYKU”. Inaczej nic ze mnie już nie będzie.

 

O DZIESIĄTEJ MUZIE (A NAWET JEDENASTEJ!)

 

Coraz bardziej dojrzewam do posiadania kablówki. Emisariuszem jest oczywiście Hanka, która tym razem przy niezobowiązującej kolacji (kiełki, oczywiście, DIETETYCZNE KIEŁKI i niskosodowa mineralna) opowiedziała o programie, w którym pani pod skóra na głowie wędrowała larwa gza, a pan wydalił tasiemca (live), wyniósł go do ogrodu, rozpostarł na trawniku i położył się obok niego.

 

Wnioski na końcu notki.

 

Jako zaprawiony w bojach KO-wiec, Hanka urządzała także seanse kina familijnego.

 

W sobotę o 11.00 obejrzeliśmy „Mgłę”.

Bardzo piękny film, potwory rysowane manierą z roku 1981, główny pan aktor próbuje się nadymać jak Tom Hanks, wypowiada w kółko jedna kwestie do synka „Mommy loves you”, za każdym razem coraz niższym głosem i coraz bardziej upiornie, a na końcu GRA DRAMAT TWARZĄ. Co go niestety przerasta.

 

Ale „Mgła” to jeszcze nic.

 

W niedzielę po śniadaniu mieliśmy „KANIBALI”.

 

Szwagier na lekkim kacu wpadł w stupor podczas projekcji.

 

Produkcja jest ambitna, bo to nie żaden amerykański gniot, tylko kino francuskie, finezyjne naturalnie. Rozkręca się powoli dość, ale JAK JUŻ SIĘ ROZKRĘCI, to naprawdę, naprawdę…

 

Nie, ja nie umiem tego filmu opisać ludzkimi słowami.

 

Zapodam przykładowy dialog. Rozmawiają dziadek – nazista (ulubiony bohater szwagra) oraz Hans, wielki tłusty rzeźnik w skórzanym fartuchu:

– HANS. Twoje dzieci wydostały się z szybu! – bo Hans trzyma swoje dzieci w szybie opuszczonej kopalni.

– WIDOCZNIE POCZUŁY MIĘSO – odpowiada na to Hans.

– Idź zrób z nimi porządek! – nakazuje dziadek – nazista.

Hans bierze wielką dubeltówkę i idzie zapędzić swych niegrzecznych milusińskich z powrotem do kopalni.

 

(Ciekawe, co na to Super Niania).

 

Na końcu poinformowano nas, iż od jedzenia ludzkiego mięsa dostaje się drgawek i światłowstrętu. Zebra to wyśmiała, mówi, że gówno prawda, takie samo białko, jak każde inne.

 

MIMO TO, NIKT NIE CHCIAŁ JEŚC MIELONYCH!

Ciekawe dlaczego, droga redakcjo!…

 

Oraz okazuje się, Frytka prowadzi swój portal, którego jest redaktorem naczelnym.

 

Co ja na to wszystko?…

 

Pozwolę sobie strawestować Pana Mrożka:

 

Czy wierzę w inteligencje pozaziemską?… WYŁĄCZNIE.

 

ZACHMURZENIE ZASADNICZO ZWIĘKSZAJĄCE SIĘ

 

Uważam, że Aztekowie mieli sporo racji, zjadając serca zawodnikom z druzyny przegrywającej mecz. Szastprast i po wszystkiem. I bez tych męczących „Bo gdybyśmy byśmy, to moglibyśmy, jakbyśmy wtedyśmy, oraz byśmy jeszcze mieliśmy zasadniczo szansę!”.

 

Kurwa mać, panowie. Won kanarki doić.

 

A może tym biednym tłustowłosym chłopcom z krzywymi nogami za dużo grają hymnu narodowego i chłopaki się wsłuchali w tekst „Dał nam przykład Bonaparte jak zwyciężać mamy” i się wczuli i robią co mogą, żeby być jak Bonaparte (pod Moskwą).

 

Przepraszam, że ja tak (ręką) od rana otwartym tekstem, ale mało co spałam, bo w ślad za poranną zorza ekspediowałam małżonka na lotnisko. Gdzie przyszli fachowcy od zarządzania i ZROBILI LEPIEJ. W sensie, wrzucili do jednego wora odloty krajowe ze wszystkim innym. I się trzeba odprawiać z Terminala 2 stojąc w tej samej kolejce, co Staszek wiozący świeży transport krakowskiej suchej do Czikago, pani Ziuta z mężem na modna w tym roku Kretę, stado urzędników na konferencje do Brukseli (z czego na konferencji siedzi 1 pechowa sztuka wybrana poprzez grę w marynarza, a reszta leci pić wódkę w rozmaitych przedstawicielstwach albo na zakupy) oraz romantyczne pary w podróż poślubną do Paryża.

 

Tak, sa automatyczne terminale do odprawiania się w przypadku niemania bagażu. Z tym, że nieczynne, ahahah.

 

Po odprawieniu z Terminala 2 się biegnie nazad przez całe lotnisko, bo samoloty krajowe odlatują nadal z tego samego miejsca, co wcześniej, czyli na samiuśkim końcu Terminala 1.

 

Czyli trzeba być na lotnisku dwie godziny wcześniej, a nie jak poprzednio 30 minut (lub 10 minut. Poznajcie mojego męża. Który w środe zatrzymał już jeden samolot pod groźbą rozebrania całego Terminala 2, z taką pieczołowitością dopiero co oddanego do użytku, ale cos mu się ta zabawa nie spodobała i zdecydował, że jednak będzie wcześniej).

 

Ale bardzo bym chciała zapoznać tego geniusza organizacji, który to wymyślił.

 

I wiecie co? Chyba wiem, co by mi odpowiedział. Mianowicie on by mi powiedział, że TO UNIA NAM KAZAŁA. Bo to jest świetna wymówka na każdą głupotę i debilizm w naszym kraju od mniej więcej 2000 roku. UNIA NAM KAZAŁA po prostu! Zlikwidować zielone strzałki – Unia! Produkować śmierdzące wędliny – Unia! Mnożyć urzędasów w ministerstwach – no przecież, że Unia!

 

Co my byśmy bez tej Unii zrobili, to ja naprawdę nie wiem.

 

LEKKIE ZACHMURZENIE PRZECHODZĄCE W OPADY

 

Czasem jest tak, że człowiek wstaje rano i oho! Już wiadomo – cos wisi w powietrzu.

 

W sumie nie wiadomo dlaczego – bo szliśmy spać szczęśliwi (i pełni hiszpańskiego wina i spaghetti diavolo, niech go piekło pochłonie, czyli niech idzie tam, skad przyszło, wypaliło mi śluzówkę. Co nie zmienia faktu, że b. smaczne i ujemne kalorycznie, prawda? PRAWDA?).

 

No nie wiem. Obudziłam się podkurwiona.

Gdyby trafil się jakis świergolący ptaszek, to nie śpiewałabym z nim, jak Spiąca Królewna, o nie. Raczej zostałby podany na przekąskę na grzance.

 

Odpalam Gmaila i jebut. Już wiem.

 

Tak, wierzę w duchy, w telepatię i w UFO (choc gdybym zobaczyła ducha, to szybko bym do niego dołączyła, w sensie wykitowała na zawał) (albo usłyszała. Proszę, koleżanki mogą opowiedzieć, jak się darłam na horrorze „GŁOSY”).

 

(Interia: „Chciał poderżnąć gardło koledze”. Pfff. Gdyby Interia MNIE monitorowała, CO JA BYM CHCIAŁA KOMU ZROBIĆ, to miałaby o czym pisać do 2067 roku).

 

No i tak o.

W biusze u mnie dzien dobroci dla roślinek (trochę znowu nie żyje ten kwiatek u mnie, wyparłam go ze świadomości najwyraźniej, bo ZUPEŁNIE GO NIE WIDZĘ, nie dostrzegam go na tym parapecie, no i zonk. Skurczył się i zwisa), choć dają się słyszec głosy, iż za późno ta impreza. O jakiś tydzień.

 

ONE HIPOPOTAM, TWO HIPOPOTAM, THREE HIPOPOTAM

 

Podobno Catherine Deneuve powiedziała, że po czterdziestce kobieta ma do wyboru: tyłek albo twarz.

 

Z kolei Cot powiedziała, że podobno siedemdziesiątka to nowa czterdziestka.

 

Czyli kiedy trzeba się decydować o tem tyłku?… Bo całkiem się zamotałam. Już miałam przejść na dietę wodną (zwłaszcza, że upał), ale w takim razie jeszcze chwile poczekam.

 

Zresztą – jakby co, to my z dziewczynami wybieramy TWARZ. Jakby przyszedł Korbaczewski i pytał.

 

Co poza tym. Kotki mielim.

 

(„Dzien dobry, czy jest mięso mielone?” – „Mielim” – „To ja zaczekam” – „Mielim wczoraj!”).

 

Dwa małe czarne i jedną dużą. W kompoście.

Po interwencji Szczypawki ta duża wzięła te małe w pysk i poszła precz. Co nie zmienia faktu, że od tamtej pory ma bufet open, wołowina i mleko skondensowane w opcji „All You Can Eat”.

 

Ja zwariuję z tymi kotami. A koty ze mną, bo jak by na to nie patrzeć, to one dostają sprzeczne sygnały. A wiadomo, co się z psychiką dzieje, jak otrzymuje sprzeczne sygnały. Weźmie ta kotka i dostanie syndromu Sztokholmskiego, zakocha się w Szczypawce i założą lesbijską komunę mieszanogatunkową.

 

Oraz mam bardzo zła wiadomość: znudziły mi się plotki, pudelki i kozaczki. Na których obserwuję nieustający dzień świstaka – w kółko to samo i o tych samych dziwnych ludzikach. I żeby chociaz jadowicie, jak na Superficialu. Naprawdę, muszę się rozejrzeć za świeżą krwią.

 

(Apropos „świezą krwią”: trochę mnie przeraża fakt, że do kart wielu restauracji wróciła CZERNINA).

 

PIEKNA, PIEKNA NIEDZIELA

– Kochanie, moj tata pyta, czy już skończyłeś "Dorsz: ryba która zmieniła świat". Bo on by przeczytał.
– Wiesz, że ja zasypiam po każdej stronie. To najnudniejsza książka na świecie.

(Co nie przeszkadza wam kupować i czytać takiej literatury, tak?)

– A on mowi, że własnie nie, bo to bardzo fajna książka, dużo faktów.
– No tak. Faktów, tak. Ale wiesz – Z ŻYCIA DORSZA.

Dlaczego ja muszę jutro jechać na konferencję?
Chciałabym siedzieć na tarasie, robić nic i patrzeć na mój obłędny ogród. I gwizdać do kosów.

WĄTŁA? NIE ROZSMIESZAJCIE MNIE

Ja już nigdy nie będe wątła. Chyba nie ma takiej możliwości. Poza skomplikowaną operacją chirurgiczną.

Ma to swoje zalety – np. wczoraj tortillla espaniollla z młodymi ziemniaczkami.
Bardzo udany mariaż. Bardzo.

I brawo dla mnie za pokrojenie pół kg ziemniaczków w cieniutkie aż przezroczyste plasterki (tak trzeba do tortilli).

A dupa rośnie.
HEJ!

O NIEKONSEKWENCJI

 

Ja już nie mam do siebie siły.

 

Naprawdę nie mam.

 

Naprawdę kupiłam sobie wczoraj zeszyt w Empiku i zamierzam w nim napisać teraz 1000 razy:

„Człowiek nie chudnie od zeżarcia penne w sosie cztery sery, ani od zamawiania gnocchi w sosie gorgonzola, posypanych parmezanem. Żeby nie wiem ile zielonych herbat wypić w ciągu dnia”.

 

Już mam kurwa dosyć tej UROCZEJ KOBIECEJ NIEKONSEKWENCJI, co to się rozpacza nad cellulitem, a później radośnie wpiernicza kluski. KONIEC TEGO DOBREGO. Niech mnie ktoś zastrzeli.

 

A dzis ma imieniny mój mąż! W dobrym towarzystwie: „Benignus, Dominika, Klaudiusz, Laurenty, Norbert, Norberta, Paulina, Symeon, Wincerad”.